Przejdź do głównej części strony

INTERIA.PL - Portal internetowy

Biznes

enhanced by Google

Nawigacja

Serwisy skojarzone

Górne menu

PASAŻ FINANSOWY

Diamentowy kwiatek do kożucha

Ich ceny ustalane są odgórnie, ciężko je spieniężyć z zyskiem, a najwięksi ich producenci prędzej dadzą się pogrzebać żywcem, niż pozwolą, by stały się dobrem inwestycyjnym. Mimo to są zachwalane jako cudowny sposób lokowania pieniędzy. O co tak naprawdę chodzi w bezpośrednim inwestowaniu w diamenty?

3 razy "nie"

Aby inwestycja w diamenty miała jakikolwiek sens, należy się liczyć z wydaniem kwoty nawet 100 tys. zł. Właśnie taką cenę trzeba bowiem zapłacić za kamień odpowiedniej jakości i standardu. Dla wielu taka kwota może się okazać barierą nie do przeskoczenia. A w mniejsze i gorsze kamienie po prostu nie opłaca się inwestować, bo ich ceny nie rosną w kilkunastoprocentowym tempie, znanym z wykresów zachwalających "diamentowe inwestycje".

Nie warto też kupować diamentu dla celów inwestycyjnych u jubilera. Znacznych wzrostów cen diamentów nie należy się spodziewać w obrocie detalicznym, gdyż są one ustalane arbitralnie - w raporcie o nazwie Rapaport (od nazwiska twórcy). W raporcie publikowane są wyceny, których podstawą są takie czynniki jak barwa, czystość, masa, jakość szlifu. Prenumeratorami raportu Rapaport są m.in. jubilerzy, którzy na jego podstawie ustalają ceny.

Innym mankamentem diamentów jako sposobu lokowania kapitału jest to, że nie istnieje wolny rynek obrotu nimi. Diamenty łatwo kupić u certyfikowanego jubilera (płacąc wysoką marżę) lecz trudno korzystnie sprzedać. Jubiler kupi od nas po cenie hurtowej a nie będąc certyfikowanym handlarzem nie sprzedamy ich nikomu innemu. Istnieją co prawda giełdy diamentów, ale przeciętny inwestor nie ma do nich dostępu. Wolny rynek nie powstał przede wszystkim dlatego, że jego istnienie godziłoby w interesy największego gracza - koncernu De Beers, który został stworzony właśnie po to, by rynek stłamsić i zmonopolizować.

Diamentowy kartel

Na stronie internetowej koncernu De Beers (www.debeers.com) nie znajdziemy obszernych informacji na temat jego historii. Z dość prozaicznej przyczyny: owa historia jest mało chlubna.

Geneza molocha sięga 1870 roku, gdy w Kimberly w Afryce koloniści okryli gigantyczne złoża diamentów. Dopływ tych diamentów do rynku przyczynił się do drastycznego spadku cen: z 500 dolarów do 10 centów za karat w ciągu kilku miesięcy. Zyski właścicieli kopalń stopniały w oczach.

W odpowiedzi na te wydarzenia Brytyjczyk Cecil Rhodes założył De Beers Mining Company i wszelkimi dostępnymi środkami zaczął tworzyć kartel producentów diamentów. Z dużym powodzeniem: do roku 1900 kontrolował 90 proc. światowego handlu diamentami. Dzięki temu De Beers mogło dowolnie ustalać podaż diamentów i - co oczywiste - ich ceny.

Sprawy zaczęły się ponownie komplikować dopiero w latach '50 XX wieku. Od tego momentu rozpoczyna się historia konfliktu z amerykańskim departamentem sprawiedliwości, który wielokrotnie zarzuca De Beers praktyki monopolistyczne. W efekcie trwających latami zatargów, konfliktów politycznych i procesów sądowych, spadło znaczenie De Beers jako wydobywcy diamentów (obecnie wydobywa ok. 40 proc. światowych diamentów). Nie przeszkadza to jednak koncernowi w kontrolowaniu, poprzez liczne spółki zależne od siebie, 95proc. światowego obrotu diamentami jubilerskimi i przemysłowymi. W praktyce oznacza to, że rynek będzie wyglądał tak, jak będzie sobie tego życzyć De Beers.

Gra interesów

Producentom i dystrybutorom szlifowanych diamentów nie opłaca się aby były dobrem inwestycyjnym - nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Spopularyzowanie się inwestowania w diamenty sprawiłoby bowiem , że ich ceny przestałyby być tak stabilne jak obecnie, co oznaczałoby de facto utratę jednej z ich zalet (diamenty przestałyby być "wieczne"). Rzesze zamożnych klientów zniechęciłyby się do nabywania tych błyszczących kamieni, co w naturalny sposób pogrążyłoby branżę. Zagrożenie dla cen diamentów oraz ich prestiżu naturalnych stanowią też diamenty syntetyczne. Ich produkcja jest już opanowana i często mogą one być doskonalsze niż diamenty naturalne. Póki co jednak, diamenty syntetyczne wykorzystywane są głównie w przemyśle. Gdyby jednak przedostały się do jubilerstwa, ceny diamentów naturalnych spadną. Analogiczna sytuacja miała już miejsce na rynku pereł.

Z tych powodów De Beers wydaje miliony na akcje mające podtrzymać wizerunek naturalnego diamentu jako luksusowego dobra konsumpcyjnego (nie inwestycyjnego). Jedną z najbardziej spektakularnych akcji tego typu, była kampania z lat '50 XX wieku udziałem Marylin Monroe. To właśnie wtedy powstała piosenka "Diamonds are the girl's best friends". Opinia publiczna dała się przekonać, że biżuteria z brylantami to jedyny słuszny dowód miłości do kobiety. A otrzymanymi dowodami miłości się nie handluje.

Czy warto zatem traktować diamenty jako dobrą inwestycję? "Zalecamy nabywanie diamentów ze względu na ich piękno, radości i osobisty wybór, a nie jedynie w charakterze inwestycji" - pisze na swojej stronie internetowej Certified-Plus Diamonds, amerykańska firma zajmująca się sprzedażą diamentów. Może warto zaufać ludziom z branży?

Wojciech Tukan, Łukasz Rząsik

źródło informacji: Inwestycje Alternatywne

Oceń artykuł

  • Kiepski
  • Poniżej średniej
  • Średni
  • Powyżej średniej
  • Bardzo dobry

kliknij aby ocenić


Dodatki

Firma

Finanse

eKONTO

ecommerce.interia.pl

Samochody

  • Mobile.interia.pl
    Mobile.interia.pl
    rynek samochodów nowych i używanych.
    Tysiące ofert w doskonałych cenach.
    Sprawdź

ecommerce.interia.pl

Biuletyn serwisu Biznes

Najnowsze informacje w Twojej skrzynce mailowej.

Ankieta

Dwa lata rządów premiera Tuska to:





Dwa lata rządów premiera Tuska to:

Dziękujemy. Twój głos został już zarejestrowany

Zobacz wyniki


Informacje dodatkowe