Czy drożyzna staje się celem ekonomistów?

Widać jak na dłoni, że obowiązująca dziś w Europie doktryna "ekologii głębokiej" wywraca świat ekonomistów do góry nogami. Jerzy Osiatyński ceniony profesor ekonomii i minister finansów w rządzie Hanny Suchockiej odważa się postulować przejście na politykę... radykalnie proinflacyjną.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Jerzy Osiatyński to niegdyś ważny polityk Unii Demokratycznej, ceniony profesor ekonomii i minister finansów w rządzie Hanny Suchockiej. W tamtych latach uchodził (co dziś musi brzmieć zabawnie) za "keynesistę", co w praktyce znaczyło tylko tyle, iż odważał się w ogóle stawiać pytania wobec obowiązującej naonczas "doktryny Balcerowicza".

Jako minister Osiatyński zasłynął tym, że z niespodziewanym budżetowym sukcesem wprowadził VAT, czym zapewnił pełną kasę i komfort rządzenia późniejszym ekipom Pawlaka i Oleksego. Ale przez opinię publiczną zapamiętany został jako autor skrajnych oszczędności budżetowych, z jedynym w dziejach wolnej Polski przypadkiem obniżki emerytur, co doprowadziło do przedwczesnego upadku ówczesnego rządu.

Reklama

Potem przez lata Osiatyński należał do "głównego nurtu" polskich ekonomistów, ostrzegających przed luzowaniem polityki fiskalnej i niebezpieczeństwem wymknięcia się inflacji spod kontroli. Był i jest - co oczywiste, krytykiem polityki PiS.

Dlaczego akurat teraz przypominam tamtą starą historię? Bo kazus Osiatyńskiego jest dziś znamiennym świadectwem trendu, który - jak sądzę - już za chwilę ogarnie także innych ekonomistów.

Niegdysiejszy autor restrykcji i późniejszy krytyk fiskalnej lekkomyślności PiS, stał się bowiem teraz jednym z pierwszych, jeśli nie w ogóle pierwszym polskim profesorem ekonomii, który odważa się postulować przejście na politykę... radykalnie proinflacyjną.

W jakim celu? Aby w ten sposób wymusić przyspieszenie "zielonej rewolucji", której Osiatyński wydaje się być wyznawcą. Co ciekawe, propozycja taka pada w czasie, gdy właśnie po raz pierwszy od lat ryzyko wymknięcia się inflacji spod kontroli majaczy gdzieś w możliwej przyszłości, na skutek rozregulowania równowagi fiskalnej przez programy walki ze skutkami zarazy i lockdownów.

W ciekawej debacie o inflacji, jaką zorganizowało TFI Investors, nietrudno dostrzec miękką, mało stanowczą opozycję pomiędzy stanowiskiem prezesa NBP Glapińskiego (który jak wiadomo inflacji się nie boi) i akademickimi ekonomistami, którzy inflacji też w gruncie rzeczy już się bać przestali, ale został im z dawnych lat nawyk przestrzegania przed igraniem ze wzrostem cen, jako "zabawą" dla gospodarki niebezpieczną.

Osiatyński też jest wśród tych przestrzegających. Jednak w pewnym momencie rozpoczyna wątek, który na dobrą sprawę obala wszystko, co wcześniej zostało powiedziane.

Żeby być dokładnym, cytuję za obszerną relacją na łamach "Rzeczpospolitej": "Jeżeli uwzględnić aspekty ekologiczne, możliwość zachowania życia na ziemi, to konieczne jest zredukowanie w naszych koszykach konsumpcyjnych produktów o wysokim śladzie węglowym - nie tylko paliw, ale też mięsa i nabiału.

Aby to osiągnąć w ciągu pokolenia potrzebny jest wzrost cen paliw i tych produktów żywnościowych rzędu 7-8 proc. rocznie. I to musi się przenieść na ogólny wskaźnik inflacji".  Tyle Jerzy Osiatyński - jeden z ojców antyinflacyjnej polityki lat 90. i krytyk ryzykownej fiskalnie polityki PiS.

Widać jak na dłoni, że obowiązująca dziś w Europie doktryna "ekologii głębokiej" wywraca świat ekonomistów do góry nogami.

Przez wiele lat większość z nich (przynajmniej w Polsce) sytuowała się w bezpiecznym nurcie krytyków prawicowego i lewicowego "populizmu", sugerując, że tylko liberałowie mają receptę na uchronienie nas przed kryzysem.

Ale w międzyczasie w Unii Europejskiej nastąpił przewrót  myślowy i dawni liberałowie stają się na naszych oczach wyznawcami totalnej "zielonej rewolucji", która ma nie tylko wstrząsnąć gospodarką, ale także naszym życiem codziennym.

Na przykład wymusić zmianę naszego gustu i smaku, co miałoby się dokonać przez sztuczne napędzanie przez polityków wzrostu cen na artykuły "ideologicznie niepożądane" - np. benzynę, mięso, czy masło.

Wygląda na to, że "głównonurtowi" ekonomiści będą więc coraz częściej z podwiniętym ogonem podążać za tą rosnącą w siłę "zieloną orkiestrą". Pytanie tylko - jakim cudem mieliby uratować swą intelektualną wiarogodność?

Jan Rokita



Gazeta Bankowa
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »