Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

PASAŻ FINANSOWY

Jakie zmiany w systemie emerytalnym? - część I

Większość ekonomistów twierdzi, że podwyższenie wieku emerytalnego do 67. roku życia - o dwa lata w przypadku mężczyzn i aż o siedem u kobiet - jest konieczne. Padają dwa "żelazne" argumenty. Po pierwsze ten, że żyjemy coraz dłużej, oraz dodatkowo, według zwolenników projektu, najważniejszy - spodziewany spadek liczby osób w wieku produkcyjnym.

Pewne modyfikacje w systemie emerytalnym są potrzebne
Pewne modyfikacje w systemie emerytalnym są potrzebne /© Panthermedia

Rząd właśnie rozpoczął fazę konsultacji społecznych. Powinien być przygotowany na silny opór, nie tylko ze strony opozycji. Aby nadać "odpowiedni kierunek" tym konsultacjom, premier Tusk zaczął od pogróżek: albo zgoda na wyższy wiek emerytalny albo trwała podwyżka VAT aż o 8 punktów procentowych (lub wzrost składek na I i II filar do 30 proc.). Strategia "negocjacji rządu ze społeczeństwem" jest więc bardzo prosta: mamy wybrać mniej bolesne konsekwencje.

Oczekiwałem kolejnych armatnich salw i wicepremiera Rostowskiego odpalającego lont przy największej z nich; szef finansów państwa doskonale sobie poradził w batalii o obniżenie składki przekazywanej do OFE (z 7,3 proc. do 2,3 proc.), powinien więc być równie skuteczny teraz.

I co usłyszeliśmy później?

Nic! A nawet więcej - zaprzeczenie słowom premiera. Minister Rostowski zapewnił/uspokoił wszystkich, że: "Nie chodzi o to, że zabraknie pieniędzy w systemie emerytalnym. Bo tak jak dzisiaj system emerytalny jest skonstruowany, to on oczywiście w tym 2030 r. albo w 2040 r. się zrównoważy. Ale zrównoważy się na takiej zasadzie, że kobiety będą miały bardzo niskie emerytury - nie niższe niż dzisiaj, ale bardzo niskie w relacji do płac, które wtedy będą obowiązywały".

Jakim cudem wszystko ma się zbilansować, skoro liczba opłacających składki w 2040 roku ma spaść aż o 5 milionów? Powołam się na wyjaśnienia ministra złożone wcześniej - podczas pierwszej emerytalnej potyczki tego rządu o okrojenie składek do OFE, które nazwał wówczas "beczką bez dna". Mogliśmy usłyszeć, że w nowym systemie emerytalnym - obowiązującym od 1999 roku, wszystko jest jak najbardziej w porządku (!), czytaj: jeśli chodzi o I filar.

Podany został nawet wymowny przykład. Pan Rostowski wyjaśnił nam wszystkim, że nawet jeżeli płace Polaków w okresie 20 lat wzrosną czterokrotnie - z 2000 zł do 8000 zł, to, gdy liczba pracujących w tym samym czasie spadnie o połowę, nic złego się nie stanie.

CZYTAJ RÓWNIEŻ

Wszystko w przyszłości "się zbilansuje" - stopa waloryzacji składek zapisanych na koncie w I filarze będzie po prostu dwa razy niższa od wzrostu wynagrodzeń, gdyż zależy ona nie tylko od wzrostu płac (od 400-procentowego ich wzrostu), ale także od liczby opłacających składki (od 50 proc. spadku liczby płatników).

Bardzo logiczne wyjaśnienie! - złożone przez głównego księgowego rządu, znającego się na liczbach jak nikt inny.

Ale idźmy dalej. Jeżeli minister Rostowski mówi prawdę, to zadajmy pytanie premierowi Tuskowi: Skoro w 2040 roku, gdy liczba płacących składki obniży się o 5 milionów, system emerytalny ma się równoważyć i jedynym kosztem będą nasze niskie emerytury - mój koszt, a nie koszt budżetu, to dlaczego premier straszy nas drastycznymi podwyżkami podatków? Co miałoby być ich przyczyną?

Który z tych dwóch panów się myli? A może powodem pogróżek premiera Tuska jest zwykła manipulacja - szyte grubymi nićmi oddziaływanie na nasze emocje? Przejdźmy do kolejnych trudnych pytań.

W przedstawionych propozycjach nie podoba mi się przymus dłuższej pracy. Dlaczego? Nie tylko z tego powodu, że nie akceptuję wszelkiego rodzaju ograniczeń i zakazów nakładanych z powodu wyższych racji społecznych, a jeszcze bardziej, gdy ktoś wmawia mi, że chodzi wyłącznie o "moje dobro". Nie godzę się na ustawowe, sztywne podniesienie wieku emerytalnego, także z innego powodu: jest to całkowicie niespójne z fundamentami obowiązującego od 1999 roku systemu opartego na indywidualnych kontach, wręcz niepotrzebne.

CZYTAJ RÓWNIEŻ

  • Potrzebna jest śmielsza propozycja wydłużenia wieku emerytalnego - powiedział w czwartek w Poznaniu prof. Leszek Balcerowicz, b. prezes NBP. Stwierdził, że dla rządu koszt polityczny reform będzie taki sam przy odważnej propozycji, jak i przy tej mniej śmiałej. więcej »

Obowiązujący system, nazywany systemem o zdefiniowanej składce, miał nas (według mnie nadal ma!) skutecznie zachęcać, a nie zmuszać do dłuższej pracy; na razie tych zachęt nie widzimy, jednak tylko dlatego, że od momentu jego uruchomienia minął zbyt krótki okres.

Co więcej, sam premier to potwierdził - w dniu złożenia pogróżek o wzroście podatków, tłumaczył również, że każdy dodatkowy rok pracy, za 20-30 lat, zacznie podnosić naszą emeryturę o około 10 proc. - w tempie ponad 5 razy szybszym niż obecnie. Jak to możliwe? Po pierwsze, pracując dłużej zwiększymy kapitał brany pod uwagę przy wyliczaniu emerytury i po drugie, obniży się wskaźnik dalszego średniego trwania życia. W efekcie, wyższa zgromadzona kwota zostanie podzielona przez mniejszą liczbę miesięcznych wypłat powodując tak wysoki wzrost świadczenia emerytalnego.

Co jeszcze warte jest podkreślenia? Moje dzieci będą pracować dłużej nie tylko z powodu wysokiej premii za każdy dodatkowy rok pracy. One nie przejdą na emeryturę zbyt wcześnie przede wszystkim ze strachu przed drastycznym spadkiem poziomu życia. Przyszła emerytura ma stanowić nie więcej niż 30 proc. ostatnich zarobków.

Przejście na emeryturę w wieku 65 lat będzie wiązało się z o wiele większym spadkiem miesięcznych dochodów niż ma to miejsce teraz (aktualnie stopa zastąpienia znacząco przekracza 50 proc.) - załóżmy, że z poziomu 6 tys. złotych do niecałych dwóch tysięcy. Czy mój 65-letni syn oraz 62-letnia córka za 50 lat przejdą na emeryturę tylko z tego powodu, że uzyskali do tego uprawnienia i gdy jednocześnie ich pracodawca powie im, że są cennymi pracownikami lub po prostu, że są potrzebni, bo będzie brakowało rąk do pracy? Oczywiście, że nie.

Jaki więc mógłby być racjonalny powód dobrowolnego obniżenia poziomu życia 65-latka o dwie trzecie, a 62-latki w jeszcze większym stopniu, poza względami zdrowotnymi? Ja nie widzę żadnego. Doskonale to rozumieli twórcy reformy wprowadzonej 12 lat temu proponując zrównanie wieku emerytalnego na poziomie 62 lat.

CZYTAJ RÓWNIEŻ

  • Wczesne emerytury są nie do utrzymania. Co więcej: odpowiadają za kryzys finansowy i wzrost bezrobocia - taka jest kwintesencja dyskusji panelowej pod nazwą "Dlaczego trzeba podnosić wiek emerytalny" zorganizowanej wspólnie przez SGH i Towarzystwo Ekonomistów Polskich. więcej »

Premier Tusk powinien zdawać sobie sprawę z tego, że trochę się ośmiesza w swoim "emerytalnym boju". Walczy tak naprawdę z wiatrakami, bowiem wiek emerytalny Polaków w 2040 roku i później - w momencie największych zagrożeń - już dawno został "podniesiony", choć nie w formie obowiązującego przepisu, na szczęście.

W jakim więc celu premier chce zmusić moje dzieci do dłuższej pracy? - czytaj: bez względu na okoliczności, które mogą być przecież bardzo różne. Przyznam, że nie wiem. Jest to dla mnie tym bardziej niezrozumiałe, że Donald Tusk wielokrotnie w przeszłości podkreślał, iż wierzy w mądrość Polek i Polaków! Dlaczego więc teraz tej wiary mu zabrakło?

Co jeszcze budzi mój opór? To w jaki sposób premier traktuje moje dzieci. Mogę zrozumieć, że nie wierzy w mądrość dzisiejszych nastolatków, w ich rozsądek. Nie akceptuję jednak pomysłu "przywiązania moich dzieci do pracy", niemal na tej samej zasadzie jak kiedyś właściciel ziemski przywiązywał chłopa pańszczyźnianego do ziemi.

Zszokowała mnie druga pogróżka premiera wyrażona w dniu rozpoczęcia konsultacji społecznych: W przyszłości, szczególnie w 2040 roku, Polacy nie powinni przechodzić na emeryturę w wieku 65 lat, bo to zaszkodzi wzrostowi gospodarczemu. O co więc chodzi w tych zmianach? O ratowanie finansów państwa? Chyba nie - jeśli wierzyć ministrowi finansów. O wysokość naszych przyszłych emerytur? Podobno. A może jednak o wzrost gospodarczy? Pogubiłem się całkowicie.

Biznes INTERIA.PL jest już na Facebooku. Dołącz do nas i bądź na bieżąco z informacjami gospodarczymi

Zastanówmy się co oznaczają ostatnie cytowane słowa premiera: to, że osoby rozpoczynające karierę zawodową około 1999 roku, nie będą mogły przejść na emeryturę w wieku 62-65 lat, pomimo opłacania składek przez 40 lat, pomimo zgromadzenia kapitału wystarczającego na wypłatę minimalnej emerytury, z tego powodu, że mój pracodawca nie będzie miał nikogo młodszego na moje zastępstwo. Gdy usłyszałem tę drugą pogróżkę, poczułem się jak bardzo malutki trybik w wielkiej machinie wzrostu gospodarczego.

W tym miejscu premier swoim zwyczajem użył kolejnego straszaka: albo będziecie dłużej harować, albo sprowadzimy do Polski imigrantów. Co jest złego w imigrantach napędzających dalszy rozwój polskiej gospodarki, zwiększających przyszłe emerytury, a dodatkowo uwalniających moje dzieci od zapowiedzianej "pańszczyzny"? Wybór rozwiązania jest chyba oczywisty. Choć, jak widać, nie dla premiera Tuska.

W podsumowaniu chciałbym zaznaczyć, że nie do końca jest prawdą, iż system emerytalny zamortyzuje wszystkie zmiany demograficzne. Aktualnie obowiązujący system nie do końca jest systemem o zdefiniowanej składce.

Są wyjątki, w których emerytura będzie wypłacana na zasadzie systemu o zdefiniowanym świadczeniu - powodując dopłaty do emerytur. Minister Rostowski się myli i warto dokładnie przeanalizować do jakiego stopnia. Pewne modyfikacje w systemie emerytalnym są więc potrzebne.

Jakie? O tym w drugiej części.

Maciej Rogala

Źródło informacji: Emerytariusz.pl

Więcej o:
emerytura,
OFE,
reforma emerytalna,
Donald Tusk,
Jacek Rostowski

Dodatki

 

Ankieta

Czy banki w Polsce są bezpieczne?





Czy banki w Polsce są bezpieczne?

Dziękujemy. Twój głos został już zarejestrowany
WYNIKI

Tak

 
21%

Nie

 
46%

Trudno powiedzieć

 
17%

Czas pokaże

 
16%Głosów: 2421

Zagłosuj w innych ankietach »



Informacje dodatkowe