Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

PASAŻ FINANSOWY

Waza z ponczem na pogrzebie

O masowej pandemii poważnie ograniczającej przyrost ludzi na świecie, wątpliwościach związanych z globalnym ociepleniem, mafii rządzącej Międzynarodowym Funduszem Walutowym, stumiliardowym deficycie Polski i krachu dolara, który jest nieunikniony opowiada prof. dr. hab. Krzysztof Rybiński, profesor Szkoły Głównej Handlowej, dyrektor programu Sprawne Państwo w Ernst & Young i wiceprezes NBP w latach 2004-2008.

Krzysztof Rybiński
Krzysztof Rybiński /INTERIA.PL

- Jak będzie wyglądać globalizacja w rozpoczętym stuleciu? Czy świat gospodarczy rzeczywiście się zglobalizuje, czy może spolaryzuje w taki sposób, że konkurencyjne wobec siebie będą unie państw, zaś gospodarczy podział świata wciąż będzie przebiegał wzdłuż linii dzielącej glob na bogatą Północ i biedne Południe?

- Globalizacji nie da się zatrzymać. Co prawda globalizacja rynków finansowych doprowadziła do obecnego kryzysu, ale jednocześnie dzięki globalizacji skala recesji jest nieduża. Już w 2007 r. w swojej książce "Globalizacja w trzech odsłonach" sugerowałem, że świat czeka okres turbulencji, ale że dzięki globalizacji nie popełnimy takich błędów jak w latach 30. ubiegłego stulecia, co pozwoli ograniczyć skalę tych turbulencji. Dzisiaj, gdy wielkie transgraniczne korporacje prowadzą interesy w wielu krajach świata, gdy proces produkcyjny danego towaru lub usługi przekracza wiele granic, korporacje owe nie pozwolą politykom na podejmowanie szkodliwych dla ich interesów decyzji protekcjonistycznych.

Badania pokazują, że globalizacja prowadzi do mniejszych różnic w przeciętnym dochodzie na osobę pomiędzy krajami, ale za to do większego zróżnicowania dochodów w ramach poszczególnych krajów. Dlatego trudno sobie wyobrazić za 40 lat bogatą Północ i biedne Południe. Raczej podział w dochodach będzie przebiegał między miliarderami i żebrakami - w podobny sposób na południu i na północy.

Zresztą demografia nie pozwoli na utrzymanie podziału na północ i południe. Silnie rosnąca ludność w krajach biednych i rozwijających się wyleje się do krajów bogatych w postaci migracji na skalę, której jeszcze nie widzieliśmy w czasach pokoju. Można przewidywać, że podobnie jak w Kalifornii, gdzie dzisiaj dominują liczebnie osoby mówiące po hiszpańsku, pod koniec obecnego stulecia w Europie nastąpi zmierzch białego człowieka - na ulicach będą dominować czarni i skośnoocy.

W końcu zupełnie nie wierzę w obecne prognozy demograficzne świata. Nie jest możliwe, stosując obecne technologie, żeby na świecie w 2050 r. żyło 9,5 mld ludzi. Ziemia tego nie wytrzyma, a ponieważ natura ma swoje metody przywracania równowagi, należy oczekiwać masowych pandemii, które poważnie ograniczą przyrost ludności na świecie. AIDS, SARS, choroba szalonych krów, ptasia grypa i świńska grypa - to były tylko niewielkie ostrzeżenia. Jeżeli w Afryce liczba ludności wzrośnie z miliarda do dwóch miliardów w 2050 r. (zgodnie z prognozami), to po drodze z pewnością pojawi się coś w rodzaju Eboli z Zairu. Możemy być tego pewni jak w banku z gwarancjami rządu.

Dopiero wtedy może pojawić się protekcjonizm, gdy strach przez śmiercionośnymi chorobami ograniczy podróże i migracje. To nas czeka jeszcze w pierwszej połowie XXI wieku. Odwrócić te tendencje możemy tylko wtedy, gdy postęp technologiczny radykalnie zmieni nasz styl życia, ale na razie nie widać takiego postępu.

- Prezydent Czech, Vaclav Klaus, przekonuje, że efekt globalnego ocieplenia jest fikcją, zaś zaangażowanie w ochronę środowiska naturalnego Unii Europejskiej jest niczym innym, tylko popieraniem jednej z grup interesów. Czy rzeczywiście?

- Jest raport IPCC, który pokazuje dramatyczne konsekwencje globalnego ocieplenia, ale jest też raport NIPCC, który pokazuje, że to wszystko bzdury, że jeden wybuch wulkanu i pierdzące krowy wydalają więcej gazów cieplarnianych niż cała ludzkość przez kilka lat. Nie wiem jak jest naprawdę, jestem ekonomistą nie klimatologiem. Ale wiem, że wokół polityki zmian klimatu kręci się mnóstwo hochsztaplerów, którzy jeżdżą po świecie i zamiast faktów pokazują na slajdach Power Pointa swoje akty wiary.

Widzę też wokół tego tematu sporo ukrytych interesów. Na przykład Wielka Brytania i firmy naftowe lobbują za technologią wychwytywania dwutlenku węgla i transportowania go rurociągami do miejsc, gdzie go można składować (tzw. CCS). Oczywiście do tego najlepiej nadają się dziury w ziemi po złożach ropy, bo nie tylko można zarobić setki miliardów na składowaniu, ale jeszcze tłocząc dwutlenek węgla wydobyć więcej ropy. Są nawet plany budowy olbrzymich rurociągów przecinających Europę, transportujących dwutlenek węgla.

A jeżeli wierzymy w globalne ocieplenie, to nad Wisłą powinniśmy raczej się skupić na gazyfikacji węgla, niż jego wychwytywaniu. Mamy podobno w tej dziedzinie osiągnięcia - np. prof. Nazimek w Lublinie potrafi produkować tanie paliwo samochodowe z CO2. Ale jeżeli są to naprawdę przełomowe odkrycia, to dlaczego jeszcze ich nie komercjalizujemy na wielką skalę? Czyżby miało być tak jak z niebieskim laserem?

Dzisiaj mało kto otwarcie jest w stanie zakwestionować fakt istnienia globalnego ocieplenia, bo natychmiast staje się intelektualnym banitą, nie zaproszą go więcej na salony, bo zachowuje się politycznie niepoprawnie. Ja nie wiem jak jest: czy za 50 lat globalne ocieplenie roztopi lodowce, czy w ciągu 50 lat odwróci się cykl plam na słońcu i klimat się oziębi, a stężenie CO2 spadnie. Dlatego mój stosunek do problemu globalnego ocieplenia i polityki ograniczającej emisję CO2 jest następujący. Globalne ocieplenie traktuję tak samo jak ryzyko pożaru domu. Nie oczekuję, że w przyszłym roku dom się spali, ale wolę wykupić polisę ubezpieczeniową - czyli podjąć działania ograniczające emisję CO2 - byleby polisa nie była za droga, bo na pewno nie chciałbym kupić polisy, której cena przekracza na przykład połowę wartości domu.

- W jaki sposób kryzys w światowych finansach negatywnie wpłynie na najsilniejszą gospodarkę Azji-Chiny?

- Jeszcze nigdy w historii Chiny nie goniły tak szybko świata Zachodu, jak teraz w kryzysie. Niemcy skurczą się o 5 proc., a Chiny urosną o 8 proc., czyli różnica w tempie wzrostu zamożności wynosi aż 13 proc. Wniosek: kryzys wzmacnia relatywną siłę Chin w świecie. Oczywiście Chiny mają wiele problemów z powodu kryzysu - silny wzrost bezrobocia, szczególnie wśród absolwentów uczelni, co może prowadzić do niepokojów społecznych. Chiny martwią się, że ich dolarowe inwestycje w obligacje rządu USA mogą być niewiele warte, jeśli Amerykanie doprowadzą do spadku wartości dolara, dzięki czemu tanio wyjdą z długów, które teraz narobili. Załamały się też główne rynki eksportowe Chin, co przez pewien czas mocno potrząsnęło tą gospodarką nastawioną na eksport. Ale jednocześnie kryzys stwarza olbrzymie szanse przed Chinami, które mają mnóstwo pieniędzy zarządzanych przez SAFE i jego szefa Yi Ganga. I środki te mogą przeznaczyć na tanie zagraniczne akwizycje, głównie złóż surowców, które będą potrzebne w kolejnych latach szybko rosnącej gospodarce Chin. Wiem, że niektórzy znani analitycy przewidują krach Chin, ale ja i moje dzieci na wszelki wypadek uczymy się chińskiego (mandaryńskiego).

Źródło informacji: Gazeta Bankowa

Więcej o:
Wąż,
kryzys,
ocieplenie,
USA,
Biznes,
PKB,
południe,
globalne ocieplenie,
CO2,
Chiny

Dodatki

 

Ankieta

Czy banki w Polsce są bezpieczne?





Czy banki w Polsce są bezpieczne?

Dziękujemy. Twój głos został już zarejestrowany
WYNIKI

Tak

 
21%

Nie

 
46%

Trudno powiedzieć

 
17%

Czas pokaże

 
16%Głosów: 4113

Zagłosuj w innych ankietach »



Informacje dodatkowe