Wojna na podróbki

30 czerwca tego roku francuski sąd orzekł, że gigant aukcyjny eBay jest współwinny sprzedaży podróbek firmy Louis Vuitton. Czy ten wyrok zmieni oblicze światowego rynku e-commerce?

Handel podrabianym towarem za pośrednictwem internetu to smutna codzienność współczesnej gospodarki. Codziennie przez globalną sieć przewijają się setki tysięcy, jeśli nie miliony podrabianych kosmetyków, odzieży, biżuterii, sprzętu komputerowego. To na tyle intratny biznes, że mocno angażuje się w niego coraz więcej grup przestępczych, dla których obrót podróbkami jest bezpieczniejszy i nie mniej opłacalny od narkobiznesu. Internet ciągle uważany jest za dzikie pole, na którym, za pośrednictwem platform aukcyjnych, można kupić i sprzedać wszystko.

Reklama

Do niedawna największe serwisy aukcyjne mogły spać spokojnie, pewne, że nikt nie wytoczy im procesu o opieszałość w ściganiu nielegalnych transakcji czy nawet o współudział w obrocie podrabianym towarem, a jeśli już wytoczy, to zawsze przegrywa. 4 czerwca, a chwilę później 30 czerwca rynkiem e-commerce zatrzęsło. Najpierw firma Hermes, potem zaś jeden z największych na świecie koncernów dóbr luksusowych LVMH (Louis Vuitton Moet Hennessy, posiadający w swoim portfolio takie marki, jak Louis Vuitton, Moët & Chandon, Christian Dior, Givenchy, Kenzo, Zenith czy Valentino) wygrały w pierwszej instancji proces z portalem aukcyjnym eBay o naruszenie praw znaku towarowego. Inne koncerny przyglądają się rozwojowi sprawy, gotowe pójść w ślady Francuzów.

Hoster czy service provider?

Zaczęło się od czterech torebek marki Hermes, wystawionych na aukcji internetowej eBay. Hermes pozwał eBaya, ponieważ wystawiony na ich platformie handlowej towar był podrabiany.

4 czerwca francuski sąd w Troyes orzekł przeciwko dwóm spółkom eBay (aBay International AG i francuskiemu oddziałowi), uznając je za winne naruszenia praw znaku towarowego i orzekł odszkodowanie na rzecz Hermesa w wysokości 24 tys. euro. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że winnym jest nie tylko ten, kto sprzedaje, ale również portal, za którego pośrednictwem doszło do transakcji. Francuski sędzia dodał również, że eBay powinien był zniechęcać strony transakcji do obrotu podróbkami.

Dla internetowego giganta to niewielka kwota, jednak skutki orzecznictwa z początku czerwca odbiły się eBayowi głośną czkawką. 26 dni później ten sam sąd orzekł ponownie w sprawie LVMH vs eBay. Znów poszło o podrabiane torebki marki Louis Vuitton, swoją drogą najczęściej podrabianą markę w historii - szacuje się, że tylko około 1 procenta sprzedawanych na całym świecie torebek LV jest oryginalna. Tym razem dwie spółki eBaya (amerykańska i eBay International AG) dostały karę blisko 40 mln euro.

Co tym razem stwierdził francuski sąd? Przede wszystkim, zrobił rewolucję w podejściu do prawa unijnego. - W Europie implementowano dyrektywę o handlu elektronicznym, która wprowadziła do ustawodawstw krajowych ograniczenie odpowiedzialności hostera, czyli tego, kto tylko udostępnia swoje zasoby systemowe (np. swój serwer czy dysk) aby inni umieszczali tam swoje pliki i dane - wyjaśnia mec. Tomasz Koryzma, partner w kancelarii prawnej Baker&McKenzie, specjalista od ochrony własności intelektualnej. - Jednak w wyrokach francuskich sąd stwierdził, że eBay nie jest tylko hosterem, ale świadczy dodatkowe usługi stronom transakcji - daje sprzedającemu możliwość reklamowania towaru wystawionego na aukcji, pozycjonowania aukcji, umożliwia korzystanie z programu bezpiecznych płatności, kieruje do swoich klientów programy lojalnościowe. Zatem eBay, jako service provider, a nie tylko hoster, nie mógł powoływać się na ograniczenie odpowiedzialności za przechowywane dane i pliki, i poniósł odpowiedzialność na zasadach ogólnych.

Taka interpretacja sędziego pociągała za sobą konkretne skutki. Skoro eBay nie może powołać się na ograniczenie odpowiedzialności wynikające z dyrektywy unijnej, w odniesieniu do spółki zostały zastosowane zasady ogólne, czyli odpowiedzialność cywilna spółki.

Sąd uznał, że eBay miał obowiązek przedsięwziąć środki, które uniemożliwiłyby sprzedaż podróbek, a te, które przedsięwziął, widocznie były niewystarczające. Oprócz blisko czterdziestomilionowego odszkodowania, portal otrzymał zakaz dokonywania obrotu markami z grupy LVMH oraz nakaz ogłoszenia treści wyroku w prasie.

Biznes wymyka się spod kontroli

Dla Starego Kontynentu wyrok dla eBaya był przełomem. Po raz pierwszy ktoś uznał platformę aukcyjną współodpowiedzialną za prowadzone tam aukcje. Jednak orzecznictwo sądu francuskiego nie wpłynęło na amerykański proces Tiffany vs eBay, który zakończył się, przynajmniej na razie, 14 lipca tego roku, po dwóch latach przepychanek sądowych, wygraną eBaya.

Spór ten, toczony od lipca 2004 r., przez wszystkie te lata był sztandarowym przykładem walki marki z portalem aukcyjnym, traktowanym bardzo prestiżowo. Tiffany w 2003 r. stwierdził, że na amerykańskim eBayu jest dużo podróbek jego biżuterii. Wysłał list do kierownictwa amerykańskiego eBaya, że każda aukcja, na której ktoś wystawia więcej niż 5 sztuk biżuterii, prawie stuprocentowo jest nielegalna. Portal został poproszony o zdejmowanie takich transakcji. Między firmami nastąpiła wymiana korespondencji, w efekcie zaś eBay zaprosił Tiffany do programu Vero. - W tej sprawie pojawił się ciekawy wątek - mówi Tomasz Koryzma. - Tiffany intensywnie korzystał z Vero, składał zawiadomienia o podejrzanych transakcjach. Od początku sprawy aż do 2007 r. wysłał prawie 300 tysięcy takich zawiadomień.

Firma, dbając o swój wizerunek, zatrudniła specjalną grupę ludzi, których zadaniem było wysyłanie zawiadomień o podejrzanych transakcjach. Mało tego, dwukrotnie wynajęła też firmę, która kupiła po 150 sztuk biżuterii na aukcjach i sprawdzała jej autentyczność. W 75 procentach był to towar podrobiony.

Sąd uznał jednak, że eBay jest wolny od zarzutów handlu podróbkami na zasadzie pomocniczej działalności i rozmycia marki, argumentując swoją decyzję w ten sposób: sama ogólna wiedza eBaya o procederze nie jest wystarczająca, by uznać firmę winną. Za każdym razem, gdy eBay otrzymywał od Tiffany zawiadomienie, zdejmował aukcje, więc jednak podejmował działania. Pozostaje tylko kwestia skuteczności. Na tej platformie ma miejsce 6 milionów aukcji dziennie, trudno więc ogarnąć ogrom tych transakcji. Zdaniem nowojorskiego sędziego, eBay, po poddaniu się specjalnemu testowi, który był opracowany przy innym casusie - eBay vs Inwood, zachowywał się prawidłowo. Sama ogólna wiedza portalu o naruszeniach nie wystarcza do podciągnięcia firmy do współodpowiedzialności, ponieważ muszą to być konkretne, udokumentowane przypadki.

- Jako były pracownik niemieckiego oddziału eBay mogę powiedzieć, że już kilka lat temu powstały komórki odpowiedzialne za "czysty" handel na platformie, wyłapujące co rusz "czarne owce". Jednak, nie oszukujmy się. Nawet światowy lider handlu aukcyjnego on-line nie ma odpowiednich zasobów do tego, aby kontrolować wszystkie aukcje, których łączna liczba przekracza kilka miliardów rocznie - mówi Maciej Wyszyński, szef polskiego oddziału Zanox, dyrektor sprzedaży na Europę Centralną i Wschodnią, wcześniej związany m.in. z niemieckim oddziałem eBay.

Jesteśmy platformą handlową

Dla dużych firm, które sporo inwestują w markę, znacznie łatwiej jest ścigać jeden duży portal niż uganiać się za małymi sprzedawcami.

- Pojedynczych, mniejszych sprzedawców nie uda się skontrolować. Jest ich po prostu zbyt wielu, chyba że uczyni się to wyrywkowo lub zatrudni "armie testowych kupców". Jednak to oznaczałoby wzrost opłat na rzecz eBaya dla wszystkich uczestników rynku. W tym przypadku widzę rozwiązanie w bliższej współpracy między producentami markowych produktów i eBayem - stwierdza M. Wyszyński.

- Tak naprawdę wyrok wydany we Francji nie pomoże w niczym w walce z piractwem i podróbkami w Internecie. Proszę zauważyć, że do odpowiedzialności pociągnięto podmiot, który walczy z podróbkami - mówi Patryk Tryzubiak, PR menedżer Grupy Allegro.pl. - Każdy serwis aukcyjny ma program pozwalający na zwalczanie tego typu procederu. W przypadku Allegro, mowa o programie Współpraca w Ochronie Praw. Podobny program ma eBay. I każdy inny serwis aukcyjny. Zapraszamy do niego podmioty, których produkty są podrabiane. Wspólnie eliminujemy je z Internetu. Niestety, część producentów, np. branża kosmetyczna czy odzieżowa, nie chce przystąpić do programu. Ich zdaniem, problem jest marginalny, bądź też nie są w stanie rozróżniać swoich produktów oryginalnych czy podrabianych. Co w takiej sytuacji? Kto powinien ponieść odpowiedzialność karną za pojawiające się podróbki? Jesteśmy firmą, która udostępnia platformę handlową. Nie jesteśmy zarządcą wirtualnego centrum handlowego. Pozwalamy jednym użytkownikom sprzedawać w naszym centrum, a innym kupować. Dbamy też o to, by aukcje były zgodne z polskim prawem oraz naszym regulaminem (który w wielu wypadkach jest bardziej restrykcyjny niż polskie prawo).

Inaczej widzi to mec. T. Koryzma: Można powiedzieć, że ogólna linia obrony portali aukcyjnych jest taka - "W walce z podróbkami robimy wszystko co w naszej mocy, jednak tak naprawdę my tylko udostępniamy naszą platformę sprzedającym i kupującym, i dopóty nie możemy odpowiadać za nielegalny obrót, dopóki nie otrzymamy wiarygodnej informacji o konkretnym naruszeniu". Powstaje jednak pytanie, czy takie działania są wystarczające? Można wejść na dowolny portal aukcyjny, aby przekonać się, że podróbki są sprzedawane każdego dnia. Usunięcie sprzedawcy z jednego portalu nie oznacza, iż taki sprzedawca przestanie handlować na innym portalu lub nawet na tym samym portalu, zmieniając tylko nazwę. Moim zdaniem, właściciele praw potrzebują skuteczniejszych środków, aby zwalczyć proceder handlu podróbkami na portalach aukcyjnych.

- Platformy aukcyjne powinny z jeszcze większą starannością przyglądać się średniej wielkości i dużym sprzedawcom. Tym bardziej że to właśnie oni otrzymują status "power seller", czyli super sprzedawcy, i są monitorowani przez odpowiednią komórkę w eBayu, odpowiedzialną za kontakt z największymi sprzedawcami. A więc, jeżeli taki sprzedawca, mimo kontroli ze strony platformy, sprzedaje podróbki, wówczas także platforma aukcyjna powinna ponieść konsekwencje! - stwierdza Maciej Wyszyński.

Nie zarzynać kury!

Co łączy sprawy wytoczone przeciwko eBayowi w USA i Francji? - W obu sprawach sądy przyznały, że eBay nie jest tylko hosterem, ale oferuje dodatkowe usługi - zaznacza mec. T. Koryzma. - Nie jest zatem prawdą, że portale tego typu są tylko "elektronicznym targowiskiem".

Teraz producenci dóbr patrzą, co się będzie działo dalej, bo nikt nie wątpi, że zarówno w USA, jak i Francji wyroki pierwszej instancji są dopiero początkiem batalii. We Francji eBay już zapowiedział apelację. - Proces w USA kosztował Tiffany tysiące dolarów, a gra idzie o jeszcze większe sumy. Nie sądzę, aby Tiffany odpuściło, nawet jeżeli eBay ostatecznie wygra w Europie - stwierdza T. Koryzma.

W 2007 r. Loreal wytoczył eBayowi jednocześnie 5 procesów - w Hiszpanii, Francji, Niemczech, Belgii i Anglii. W kolejce są inne firmy, na przykład Adidas czy Levis. - Biorąc pod uwagę ostatni casus oraz wysokość grożących kolejnych odszkodowań, przyszłość eBaya, innych platform aukcyjnych czy też całego e-commerce przestaje malować się w różowych kolorach - mówi Maciej Wyszyński z Zanoksa.

Jeśli okazałoby się, że francuskie sądy apelacyjne podtrzymają wcześniejsze wyroki, dojdzie do olbrzymich odszkodowań i do zmiany modelu biznesowego platform poprzez ogromne nakłady na inny rodzaj walki z podróbkami. Może być też inaczej, sąd apelacyjny może stwierdzić, że próba obarczenia współwiną eBaya jest grubą przesadą i wyda wyrok uniewinniający.

Czy ewentualny niekorzystny wyrok dla eBaya będzie miał negatywne implikacje na rozwój całego handlu on-line? - Moja odpowiedź brzmi: NIE! Na szczęście, dla milionów internautów, setek tysięcy sklepów internetowych i producentów dóbr, ale także dla ogromnej liczby nowoczesnych firm, które żyją z rozwoju handlu internetowego - mówi M. Wyszyński - rozpędzonego pociągu nie da się już zatrzymać. Handel elektroniczny w USA stanowi już blisko 15 proc. ogólnej wartości handlu i jest liczony w miliardach dolarów, zaś średnia światowa zbliża się do 10 proc. Zapytam zatem retorycznie - kto odważy się unicestwić kurę znoszącą złote jajka?

Ucichły już pierwsze salwy, opadł pył bitewny, pozostaje więc tylko niecierpliwie czekać na rozwój sytuacji.

Grzegorz Stech

eBay a sprawa polska

Wyroki francuskie są istotne dla Polski, ponieważ powiedziano, że nie można powoływać się na zasady ograniczenia odpowiedzialności wynikające z dyrektywy unijnej.

W Polsce żaden z producentów nie pokusił się jeszcze o wytoczenie procesu portalom aukcyjnym. Oczywiście, taka możliwość nie jest wykluczona, tym bardziej że w polskim prawie znajdują się odpowiednie zapisy, z których można skorzystać.

W Ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną, w art. 14 jest zapisane, że osoba która udostępnia zasoby systemów informatycznych dopóty nie ma obowiązku sprawdzać, co jest tam zamieszczane, dopóki nie otrzyma wiarygodnej informacji lub urzędowego zawiadomienia, że materiał, który się tam znalazł nie narusza czyichś praw. Nawet jeśli uchyli się art. 14 Ustawy, do dyspozycji jest jeszcze kodeks cywilny, prawo własności przemysłowej i kodeks karny. Jednak samo spowodowanie odpowiedzialności portalu aukcyjnego nie byłoby łatwe. Trzeba by znaleźć winę, dokonać zakupów kontrolowanych, zgłaszać uchybienia i obserwować, jak reaguje portal.

Na razie żaden z producentów nie planuje takich działań, raczej obserwują lub współpracują z portalami w celu eliminowania podejrzanych aukcji.

Polacy on-line

Dzięki coraz większemu zainteresowaniu handlem elektronicznym, jego wartość w zeszłym roku w naszym kraju przekroczyła 8 mld zł (z czego 4,6 mld zł pochodziło z platform aukcyjnych, pozostała kwota zaś ze sklepów on-line, przy dynamice 62 proc.).

Businessman
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »