Polska polityka pieniężna w ślepej uliczce

Rozsądnych i radykalnych propozycji rządu w sprawie polityki makroekonomicznej jak nie było, tak nie ma. Profesjonalni ekonomiści z rządu odchodzą albo się doń nie kwapią.

Ostatnie cięcie stóp procentowych NBP prawdziwie niezależni "eksperci", czyli anonimowi forumowicze w internecie, oceniają bardzo różnie. Dla jednych (z pewnością tych spłacających kredyty w PLN) był to dobry prezent na Gwiazdkę, ale wielu (zapewne tych żyjących z zysków kapitałowych) sądzi, że stopy procentowe należy drastycznie podnieść, aby zdusić inflację. Jaką inflację - nie wiadomo, skoro ceny nadal spadają. Wiadomo natomiast, nawet ignorantom, że wyższe stopy rozłożą kompletnie całą gospodarkę.

Kolejna grupa to ci, co uważają, że stopy należy ciąć mocniej i sądzą, że obecne działania Rady Polityki Pieniężnej (RPP) są spóźnione. Działania są rzeczywiście spóźnione, lecz o kilka lat, zatem nie można winić za to obecnego prezesa NBP, ale raczej postkomunistyczny beton - byłych marksistów nawróconych na neoliberalizm stanowiących większość w RPP. Wprawdzie teraz wielu z nich zmienia poglądy o 180 stopni, ale przez szereg lat właśnie ten beton decydował i miał pełne poparcie polityków. W rezultacie polityka pieniężna znalazła się w ślepej uliczce.

Trochę najnowszej historii gospodarczej III RP

Zaczęło się w latach 2000-2001 od horrendalnie wysokich stóp procentowych, by przyciągnąć do Polski obcy kapitał i rozwinąć rynek finansowy. Pisałem o tym już dawno (Nowe Państwo 5/2002; Jaki kapitalizm, taka gospodarka); "Balcerowicz sztucznie rozwijał sektor finansowy, oferując prywatnym (określenie L.B.) zbyt atrakcyjną stopę zysku kapitałowego (8-10 procent w latach 2000-2001). Wyższą stopę zysku proponowała w ubiegłym roku tylko Argentyna, podczas gdy prawie cały świat oferował od 0 do 3 procent. W rezultacie do Polski napłynęło 6 miliardów dolarów kapitału spekulacyjnego. Do banków trafiło ponad 70 miliardów złotych depozytów od firm, a dużo więcej od kapitalistów-rentierów i milionów drobnych ciułaczy. Równocześnie bezpośrednie inwestycje zagraniczne zmniejszyły się z 10 miliardów dolarów w 2000 roku do 7 miliardów dolarów w 2001 roku".

Opisana powyżej terapia szokowa nr 2 - w odróżnieniu od tej pierwszej, z 1990 roku, koniecznej, ale źle przeprowadzonej - była wielkim błędem, wyznaczyła bowiem ciernistą drogę dla kapitalistów-przedsiębiorców i kredytobiorców natomiast stworzyła dolce vita dla dużych i małych kapitalistów-rentierów żyjących z zysków kapitałowych. Gdyby nie boom w gospodarce światowej i przystąpienie Polski w 2004 roku do UE, to kryzys argentyński zawitałby do nas już dawno. Ale nadal jesteśmy wśród krajów najwyższego ryzyka, o czym obywatele mogą dowiedzieć się więcej z zagranicznych gazet niż z naszych mediów. Nie można zatem gwałtownie skorygować siedmioletniego okresu błędów i wypaczeń w polityce Rady w sytuacji, gdy siła złotego na spekulacyjnym kapitale stoi.

Pomimo ostatniej obniżki nasza gospodarka pozostaje z garbem bardzo wysokich stóp procentowych (5 proc., podczas gdy w USA 0,25 proc. a w UE 2,5 proc.). Pozbyć się tego garbu - nie powodując odpływu kapitałów spekulacyjnych, a w konsekwencji nie wywołując paniki na rynku złotego - będzie bardzo trudno. Każde mocniejsze cięcie stóp może wywołać tąpniecie naszej waluty. Z pewnością dobrze zdają sobie z tego sprawę i minister finansów, i prezes NBP, ale politycy i premier jeszcze nie. Słowa tego ostatniego o tym, że Rada powinna przyciąć stopy więcej, to pobożne życzenie laika wierzącego w cuda. Premier chyba czyta opinie byłego wiceprezesa NBP, który twierdzi to samo.

To znamienne, że "jastrzębie", które jedyne remedium na gospodarkę widziały w podnoszeniu stóp, teraz agitują za ich drastycznym obniżaniem.

Tacy ekonomiści przypominają kierowców w bagnistej uliczce; na pełnym gazie próbują wyjechać do przodu, a kiedy im się nie udaje, gwałtownie gazują do tyłu. No i grzęzną. Warto zauważyć, że moment ogłoszenia ostatniej decyzji o obniżce stóp był bardzo dobrze trafiony. Dwa dni przed Bożym Narodzeniem podaż euro i dolara na rynku walutowym rokrocznie jest bardzo duża, ponieważ większość zarobkowych emigrantów robi w tym czasie zakupy w Polsce a posiadacze kont walutowych też wymieniają swoje oszczędności na złotówki aby urządzić Święta.

Dlatego całkiem pokaźne cięcie stóp nie wywołało osłabienia złotego, podaż obcych walut była bowiem w tych dniach bardzo wysoka. Problem w tym, że Boże Narodzenie zdarza się raz na rok, a spekulanci mogą po kolejnej obniżce stóp przez RPP znaleźć w świecie jakiegoś nowego Balcerowicza, który zaoferuje im wyższą stopę zwrotu kapitału. A zatem aby utrzymać w miarę stabilny kurs złotego i obniżyć stopy do poziomu euro (to warunek, by kredyty były tak tanie jak w Eurolandzie, a nasza gospodarka konkurencyjna - przystąpienie do strefy euro to sprawa wtórna) rząd i NBP muszą się obecnie modlić, aby nam kapitał spekulacyjny nagle nie wyparował.

Terapia szokowa nr 3 czy chaos i panika

Pilnej, ale niebezpiecznej korekty instrumentów monetarnych, nie można prowadzić, licząc na szczęście i filantropię spekulantów lub ich lojalność wobec banków, które pozwoliły im zarobić krocie. Konieczne jest zatem mocniejsze wykorzystanie instrumentów fiskalnych, a więc także znaczne zwiększenie obciążeń podatkowych. O potrzebie zwiększenia podatków mówiło ostatnio kilku kompetentnych ekonomistów, ale nie zajmujących obecnie rządowych stanowisk. Tymczasem rząd Tuska podatki obniżył (najwyższą stawkę z 40 proc. na 32 proc.) podczas gdy inne państwa podatki dla bogatych podnoszą (np. rząd brytyjski zapowiada podwyższenie z 40 na 45 proc.).

Na duże pieniądze z podatków nie można więc liczyć, także dlatego, że nigdy nie uda się politykom uzgodnić komu i ile zabrać. Cięcia budżetowe ("reforma" KRUS-u i pomostówek, wydatków na administrację itp.) to bardzo małe pieniądze, a wielkie napięcia społeczne. Dochody z prywatyzacji prowadzonej na siłę nie dadzą więcej jak 1,5 mld zł. Obecny rząd będzie zapewne robił to samo, co poprzednicy - czyli zadłużał kraj i równocześnie osłabiał naszą wiarygodność i atrakcyjność dla poważnych inwestorów. W rezultacie należy spodziewać się dalszej pełzającej dewaluacji złotówki.

Ujawnią się też wielorakie sprzeczności interesów. Załóżmy, że optymalny kurs złotego, przy którym nasza waluta może pozostać stabilna, zawiera się w szerokim przedziale pomiędzy 2,5 a 5,5 zł/euro. Wszyscy żyjący z pensji lub emerytur i nie posiadający oszczędności w złotówkach będą chcieli, aby to właśnie 2,5 zł/euro było kursem wymiany z chwilą naszego przystąpienia do unii walutowej z Maastricht. Z kolei eksporterzy i ludzie otrzymujący emerytury zagraniczne zechcą 5,5 zł/euro lub więcej. Bardziej skomplikowane, krzyżowe kalkulacje prowadzić będą osoby, które zarabiają w złotówkach, ale oszczędności mają w walutach obcych lub odwrotnie. Natomiast mnóstwo ludzi obrotnych i czujnych będzie chciało swoje kapitały przewalutować korzystnie w odpowiednim momencie. Ale te najlepsze momenty już były. Posiadacz jednego miliona złotych mógł je zamienić na początku sierpnia tego roku na około 312 tys. euro a teraz otrzyma tylko 244 tysiące.

Następne dobre momenty łatwo będzie można zauważyć, bo kolejki do banków będą stały na ulicy.

Młodzi ludzie, którzy szturmu na banki w czasie pierwszej terapii szokowej nie widzieli, nie słyszeli o łamaniu kości w kolejkach po jakiekolwiek akcje teraz zapewne zobaczą prawdziwe oblicze kapitalizmu politycznego.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa w przypadku ucieczki z oszczędnościami w zakupy nieruchomości. Jedni będą je sprzedawać ze stratą a drudzy kupować z obawą, że też stracą. Będzie więc jak na początku lat 90., kiedy wielu za grosze spłacało cały kredyt za domy i mieszkania wybudowane w PRL-u a inni pozostali z książeczkami mieszkaniowymi bez wartości.

Rozsądnych i radykalnych propozycji rządu w sprawie polityki makroekonomicznej jak nie było, tak nie ma. Profesjonalni ekonomiści z rządu odchodzą albo się doń nie kwapią. Minister finansów, jak jego poprzednicy, wydaje się sprowadzony do roli głównego księgowego budżetu państwa. A zatem nie zdrowej terapii, lecz powtórki błędów z pierwszych lat transformacji należy się spodziewać. Ze ślepej uliczki zbyt wysokich stóp procentowych wycofywać się będziemy rakiem a towarzyszyć temu będzie chaos i panika. No i znowu pojawią się pytania kto nas okradł, dlaczego jedni za dużo stracili a inni za dużo zarobili.

Czyja to będzie wina

Z pewnością będzie to wina całej klasy politycznej - wszystkich partii, które w sejmie były i tych, które nadal w nim są. To najważniejsi politycy III RP umożliwili Balcerowiczowi "naukowe" eksperymenty na polskiej gospodarce. Był najlepszym ekonomistą zarówno dla Wałęsy jak i dla Kwaśniewskiego (skąd oni to mogli wiedzieć) a skład Rady był tak dobierany przez sejm, senat i prezydentów, aby guru ekonomii III RP mógł robić swoje - ściągać obcy kapitał, płacąc wygórowaną cenę i rozbudować sektor finansowy zdolny zapewnić wysokie zyski kapitałowe dla elit majątkowych powstałych w 90. latach. Z pewnością do tych elit należy wielu polityków, którzy do inwestowania w gospodarkę się nie kwapili (bo nie mają o niej pojęcia), ale szybko poczuli blues inwestycji portfelowych. Ponieważ nawet drobni ciułacze też ten blues czują i coś tam na lokatach zarabiają, to nadal większość obywateli chwali "reformy" Balcerowicza. Ale ci ostatni nie muszą mieć elementarnej wiedzy ekonomicznej, którą z pewnością posiada pewna liczba posłów.

A zatem to egoizm i obłuda polityków zaprowadziły nas w ślepą uliczkę wysokich stóp procentowych. Balcerowicz i jego ludzie to tylko ambitni doktrynerzy, którzy dobrze wypełnili wolę polityczną swoich mocodawców. Pewni politycy zapewne chcą teraz zrobić z nich kozłów ofiarnych.

Wiele mówiące jest moje własne doświadczenie; tekstu na temat kapitalizmu rentiersko-politycznego długo nie mogłem nigdzie opublikować. Na początku 2002 roku wysłałem artykuł do wszystkich szefów klubów parlamentarnych i do wicepremiera Marka Belki. Odpowiedź otrzymałem jedynie od ówczesnego szefa klubu Unii Pracy, Janusza Lisaka i od Marka Belki. Obaj podzielali moje poglądy, ale twierdzili, że nie mają żadnych możliwości podważenia polityki NBP. I łatwo mogłem domyśleć się dlaczego; pan B. cieszył się wówczas pełnym poparciem najważniejszych polityków i najbogatszych Polaków, a pewien znany kompozytor wzywał głupi, niewdzięczny naród do stawiania pomników prezesowi NBP. To wyjaśnia, dlaczego przez lata trwamy w ślepej uliczce wysokich stóp procentowych i dlaczego politycy, nie wiedząc, jak z tego wybrnąć, próbują nas zabawiać mydlanymi operami prosto z sejmu.

Jan Kazimierz Kruk

Tygodnik Solidarność
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »