Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w 2025 roku o blisko 8 procent. Inflacja wyhamowała. Bezrobocie jest najniższe od dekad. A mimo to 28 procent Polaków przyznaje, że terminowe opłacanie rat i rachunków wymaga od nich bardzo dużych wyrzeczeń, cztery procent z nich nie domyka budżetu w ogóle. Ciężko sobie wyobrazić istnienie tych statystyk przy tak dobrej ekonomicznej sytuacji naszego kraju. A jednak wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że wyższy dochód nie musi oznaczać większego poczucia bezpieczeństwa o finanse. Co w takim razie może nam go dać?

Ekonomiści określają to zjawisko jako "hedonic adaptation" (tłum. adaptacja hedonistyczna). Polega na tym, że poziom zadowolenia człowieka z sytuacji finansowej wraca do poprzedniego punktu odniesienia niezależnie od tego, ile zarabia. Wyższe zarobki poprawiają samopoczucie, ale tylko przez chwilę. Potem standard życia dostosowuje się do nowego poziomu dochodu, a wraz z nim pojawiają się nowe zobowiązania, nowe oczekiwania, nowe wydatki i nowe powody do stresu.
Polskie dane z ostatnich dwóch lat pokazują tę zależność wyjątkowo wyraźnie. Według BIK łączne zadłużenie gospodarstw domowych z tytułu produktów kredytowych przekroczyło 807 miliardów złotych. Niemal co drugi dorosły Polak ma czynne zobowiązanie kredytowe. Liczba aktywnych produktów kredytowych na jednego kredytobiorcę rośnie, coraz więcej osób obsługuje jednocześnie kredyt hipoteczny, samochodowy, gotówkowy i kilka rat ratalnych.
To nie jest przypadkowa korelacja z rosnącymi zarobkami. To jej bezpośredni efekt. Wyższe dochody podnoszą zdolność kredytową, a wyższa zdolność kredytowa kusi do zaciągania kolejnych zobowiązań, które jeszcze rok temu byłyby poza zasięgiem. Przykładowy proces takiej adaptacji w praktyce może wyglądać następująco: zarabiam więcej, więc bank przyzna mi większy kredyt i dam radę go spłacać. Przez jakiś czas faktycznie daję radę, do momentu, gdy jedno z zobowiązań zmieni warunki, pensja stanie w miejscu na kwartał, albo pojawi się nieprzewidziany wydatek.
Badanie BIG InfoMonitor z końca 2025 roku zawiera dane, które dla przeciętnego odbiorcy wydają się nieintuicyjne.
28 procent Polaków deklaruje, że płacenie rat i rachunków wymaga bardzo dużych wyrzeczeń. Ale, co ważne, aż 41 procent ocenia swoją sytuację finansową jako raczej dobrą. Te dwie liczby wykluczają się jedynie pozornie. Są po opisem tej samej rzeczywistości finansowej z dwóch różnych punktów widzenia, jeden to realny obraz ciążących na ludziach zaległości, drugi to subiektywne poczucie bezpieczeństwa finansowego. Można mieć "dobrą sytuację finansową" w rozumieniu regularnego dochodu i braku zaległości i jednocześnie żyć w stałym napięciu, bo ryzyko utraty tej płynności i komfortu jest bardzo duże.
42 procent Polaków deklaruje, że w 2026 roku nie planuje zwiększania dochodów. Jeśli ktoś nie planuje podwyżki ani zmiany pracy, a jego raty zostają takie same lub rosną wraz ze zmiennymi stopami, równanie budżetowe będzie się zaciskać bez żadnego zewnętrznego kryzysu.
I wreszcie: spośród 11 procent Polaków, którzy rok wcześniej deklarowali spłatę długów w 2025 roku, faktycznie udało się to tylko 5 procentom. Reszta przeniosła obietnicę na kolejny rok.
O komentarz do tych danych poprosiliśmy eksperta z firmy Outloop zajmującej się doradztwem i pośrednictwem kredytowym. Jak mówi:
"Te dane pokazują, że coraz częściej problemem nie jest już wyłącznie brak dochodu, ale brak rezerwy oszczędności i poczucia bezpieczeństwa finansowego, które z niej wynika. Część osób może obiektywnie oceniać swoją sytuację jako dobrą, bo ma pracę, regularne wpływy i nie zalega z płatnościami. Jednocześnie te same osoby mogą funkcjonować pod dużą presją, jeśli każda rata, rachunek czy nieplanowany wydatek oznacza konieczność rezygnacji z innych potrzeb.
Luka między deklaracją spłaty długów a faktycznym efektem pokazuje jeszcze jedno zjawisko: stres finansowy staje się stanem przewlekłym. Ludzie często odkładają decyzje na kolejny rok dlatego, że przeceniają swoją zdolność finansową, a bieżące zobowiązania okazują się nie zostawiać miejsca na ewentualne nadpłaty lub oszczędności."
Podwyżka sama w sobie nie rozwiązuje stresu finansowego. Ale może go rozwiązać, jeśli spełnione są trzy warunki.
Pierwszym jest to, że wzrost dochodu nie jest natychmiast pochłaniany przez nowe zobowiązania. Brzmi banalnie, a jednak to właśnie ten mechanizm zawodzi najczęściej. Finansiści osobistych mówią tu o zjawisku "lifestyle inflation" - automatycznym dostosowaniu stylu życia do nowego poziomu dochodu w ciągu pierwszych kilku miesięcy po podwyżce. Antidotum jest konkretne przeznaczenie nadwyżki zanim pojawi się na koncie: oszczędności, spłata droższych zobowiązań, fundusz na sytuacje awaryjne.
Drugim warunkiem jest porządek w istniejących zobowiązaniach przed sięganiem po nowe. Jeśli ktoś ma już trzy aktywne raty i dostaje podwyżkę, moment przed zaciągnięciem czwartego zobowiązania jest dobrym momentem, żeby sprawdzić, czy trzy istniejące da się scalić w jedno tańsze. Konsolidacja kilku zobowiązań w jeden kredyt z niższą ratą miesięczną, przy jednoczesnym wzroście dochodu, daje podwójny efekt: niższe obciążenie i wyraźnie lepszy stosunek raty do dochodu.
Trzecim warunkiem jest zbudowanie poduszki finansowej zanim pojawi się potrzeba. Trzy miesiące wydatków odłożone na koncie oszczędnościowym to granica, po przekroczeniu której większość nieprzewidzianych wydatków przestaje być tak dramatycznym stresorem.
Dla osób, które rozpoznają u siebie opisany schemat - rosnące zarobki, rosnące zobowiązania, nie zmieniający się poziom stresu, rozwiązanie jest niezwykle proste: pełna inwentaryzacja sytuacji finansowej.
Spis wszystkich czynnych zobowiązań z kwotami, terminami i oprocentowaniem oraz sprawdzenie swojej zdolności kredytowej, daje konkretny obraz tego jak instytucje finansowe widzą daną osobę w tym momencie. Zsumowanie wszystkich rat miesięcznych i zestawienie ich z dochodem netto może być punktem realizacji, że nasza sytuacja jest lepsza niż początkowo zakładaliśmy i stres jest niepotrzebny, lub sygnałem, że warto w następnych miesiącach jeszcze dodatkowo zadbać o swój komfort oszczędnościowy, aby ten stres zmniejszyć.
Jeśli na liście zobowiązań jest kilka produktów o wysokim RRSO lub kilka równoległych rat w różnych miejscach, kolejnym krokiem jest rozmowa z niezależnym pośrednikiem kredytowym o możliwości ich konsolidacji. Nie każdy przypadek kwalifikuje się do konsolidacji, ale ulga i komfort jaki przynosi taka inwestycja, jest warty zaangażowania.
Jeden z najskuteczniejszych sposobów na obniżenie poziomu stresu finansowego to zmniejszenie liczby równoległych zobowiązań. Na tym właśnie polega istota konsolidacji kredytów: kilka różnych rat, w różnych instytucjach, z różnymi terminami płatności i różnym oprocentowaniem, zostaje zastąpionych jednym kredytem z jedną ratą miesięczną.
Efektem takiej konsolidacji jest niższa rata miesięczna, jeden termin płatności, często niższe RRSO niż w przypadku produktów konsumpcyjnych czy chwilówek wchodzących w skład konsolidacji. Ale badania nad stresem finansowym pokazują, że równie ważny jest efekt psychologiczny: uproszczenie struktury zobowiązań redukuje poczucie chaosu, które samo w sobie generuje napięcie niezależne od wysokości kwot.
Dla kogo takie rozwiązanie ma sens? Przede wszystkim dla osób, które mają co najmniej trzy aktywne zobowiązania konsumpcyjne, czują się przytłoczone liczbą rat i terminów, a ich łączna miesięczna rata przekracza 35-40 procent dochodu netto. Konsolidacja wymaga zdolności kredytowej i akceptowalnej historii kredytowej, co oznacza, że nie jest dostępna dla każdego, ale warto sprawdzić swoją sytuację, zanim założy się, że jest niedostępna. Bezpłatna analiza u niezależnego pośrednika kredytowego zwykle pokazuje, czy i na jakich warunkach konsolidacja jest w danym przypadku możliwa.
Rok 2026 w Polsce wygląda dobrze w skali makroekonomicznej. Ale makroekonomia i mikroekonomia gospodarstw domowych to dwie różne rzeczy. Spokój finansowy nie jest automatyczną nagrodą za wyższe zarobki. Jest wynikiem konkretnych decyzji: o tym, ile zobowiązań się bierze, jak się nimi zarządza i co robi się z nadwyżką. W Polsce w 2026 roku więcej osób niż kiedykolwiek ma wystarczające zarobki, żeby te decyzje podejmować świadomie. Pytanie brzmi tylko, ile z nich faktycznie to robi.
Artykuł sponsorowany