Kilka dni temu prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump obiecał wypłacenie "obywatelskiej dywidendy" wszystkim dorosłym Amerykanom. Warunek jest jeden. Republikanie muszą utrzymać większość w obu izbach parlamentu po listopadowych wyborach połówkowych czyli tzw. midterms.
Reakcja była oczywiście przewidywalna. Betonowo antytrumpowska część amerykańskiej publiczności (i światowej zresztą też) uderzyła w tony oburzenia. Podnoszą wszystkie argumenty, których można się było spodziewać. Liberałowie i fiskalni konserwatyści pytają retorycznie, skąd zadłużona Ameryka weźmie na to pieniądze. Lewica - która teoretycznie powinna przecież tego typu transfery wspierać - wspierać "marchewkowego dyktatora" oczywiście nie może. Krzyczy więc, że Trump ośmiela się kupować poparcie wyborców za publiczny grosz. Jedni i drudzy szydzą też, że Trump nie wprowadził takiej dywidendy w pierwszej części swoich rządów, choć przecież Biały Dom miał w tym czasie oparcie w (niedużej), ale jednak faktycznej większości w Kongresie.
Nie zamierzam w tym miejscu prowadzić fundamentalnych sporów o trumpizm jako taki
Zawieszam więc na innym kołku pytania czy Trump może obronić nas przed Rosją, albo czy wojna w Iranie ma geopolityczny sens? Nie jest to też miejsce do rozprawiania nad skutecznością tego trumpowo-turboludowego sposobu na komunikację z wyborcami, który tak bardzo drażni uszy odbiorcy pretendującego do elitarności. Mam w tych wszystkich sprawach i sprawkach swoje zdanie i wyrażałem je wielokrotnie. Tutaj chodzi jednak o coś innego. Tu idzie o ocenę propozycji z dziedziny ekonomii politycznej, która może mieć bardzo duży wpływ na Amerykę i resztę świata. Jeśli oczywiście wejdzie w życie.
Te trumpowe "5 000" w oczywisty sposób nawiązuje do koncepcji "dywidendy obywatelskiej". Akurat w amerykańskiej polityce jest ona obecna od samego początku istnienia demokracji. Pierwszy pisał o tym jeden z amerykańskich ojców założycieli, czyli Thomas Paine w roku 1797 w pamflecie "O sprawiedliwości agrarnej". Ten klasyk amerykańskiej myśli oświeceniowej argumentował tak: w ówczesnym systemie gospodarczym podstawą dobrobytu było czerpanie dochodu z renty ziemskiej. Odbywało się to w różnych formach - od prowadzenia wielkich plantacji, przez dzierżawę pól najemcom, po zyski czerpane z własności ziemi, na której powstaje przemysł i rozwijają się miasta.
System ten oznacza jednak permanentne łamanie prawa naturalnego, które polega na tym, że nasz wspólny kraj jest wartością wspólną nas wszystkich. Dlaczego więc najcenniejszy z zasobów czyli ziemia jednym przynosi zyski. Innych zaś wpędzić potrafi w biedę czy zadłużenie. Paine nie proponował zniesienia własności prywatnej ani nacjonalizacji wszystkiego - nic z tych rzeczy. Jego odpowiedzią było utworzenie funduszu (zarządzanego przez demokratycznie wybrane władze), który zapewni dostęp do zysków ze wspólnej ziemi szerokim masom obywateli. A nie tylko tym, którzy potrafili "dobrze wybrać sobie rodziców". To była właśnie ta "dywidenda obywatelska". Nie żaden wdowi grosz wypłacany ubogim nieszczęśnikom przez bogatych i szanowanych. Tylko właśnie rodzaj uprawnionego zysku wynikający ze wspólnego udziału we wspólnej własności. Bez takiego rozwiązania - powiadał Paine - społeczeństwo będzie stale targane konfliktami wewnętrznymi, a młode państwo amerykańskie wywróci się na pierwszym poważniejszym zakręcie.
Państwo dobrobytu to jednak trochę coś innego niż logika "obywatelskiej dywidendy"
Przez następne dwieście lat z haczykiem dywidenda fascynowała kolejne pokolenia adeptów myśli politycznej. Z wprowadzeniem w życie było zdecydowanie gorzej. W nękanej wielkimi wojnami XX-wiecznej Europie zwyciężyła ostatecznie koncepcja "państwa dobrobytu", które miało wygładzać nierówności społeczne stale generowane przez kapitalizm i "gorsze anioły" ludzkiej natury. Państwo dobrobytu ze swoimi transferami społecznymi to jednak trochę coś innego niż logika "obywatelskiej dywidendy". Dzieje się tak dlatego, że większość narzędzi państwa dobrobytu jest jednak warunkowa - ma wyrównywać szanse, trafiać do najbardziej potrzebujących, aktywizować. Ale jest zawsze rodzajem "pomocy". Gestu wsparcia finansowanego solidarnościową redystrybucją bogactwa od bogatych do biedniejszych. Dywidenda obywatelska miała wynikać raczej z uniwersalnego prawa obywatela do udziału w bogactwie. Nie była przyznaną z łaski pańskiej pomocą. Ona się miała należeć i już.
Amerykanie długo się wahali czy wejść w model państwa dobrobytu. Ostatecznie zrobili to za czasów dwóch demokratycznych prezydentów Franklina D. Roosevelta w latach 30-tych i potem, trzy dekady później za Lyndona Johnsona. Potem ten model był rozbudowywany lub okrajany. Ale istnieje do dziś.
Są oczywiście pewne wyjątki. Takim wyjątkiem jest działający na Alasce od lat 70-tych Stały Fundusz zajmujący się gromadzeniem i dystrybuowaniem do obywateli dywidendy pochodzącej ze sprzedaży surowców naturalnych. Jej wysokość jest zależna od sytuacji rynkowej. W ostatnich latach wahała się między 1 a 3 tysiącami dolarów rocznie. Fundusz został utworzony z inicjatywy i pod rządami alaskańskich republikanów. Demokraci zawsze chodzili wokół niego jak pies wokół jeża.
Aż do czasów Donalda Trumpa koncepcja dywidendy obywatelskiej nie przebijała się jednak na poziom polityki federalnej. Niektórzy obserwatorzy przekonują, że pierwszym podejściem do były uchwalone w marcu 2020 czyli pod koniec pierwszej prezydentury Nowojorczyka "czeki covidowe". Czyli jednorazowa pomoc pieniężna w wysokości ok. 1200 dolarów na dorosłego Amerykanina. Ja widzę tam jednak raczej - przygotowany w pośpiechu po wybuchu pandemii - pomysł na osłonięcie ludziom kosztów przymusowej bezczynności wynikającej z lockdownów. A gospodarkę chroniące przed wpadnięciem w głęboką recesję. Tamte posunięcia nie były jednak nigdy uzasadniane jako dywidenda od czegokolwiek.
Wyższe cła w logice "dywidendy obywatelskiej"? "Biały Dom sugerował, że chce te pieniądze "oddać" Amerykanom
Od początku drugiej kadencji Trumpa jest jednak inaczej. Uczciwy obserwator z łatwością dostrzeże, że od samego początku przywracania ceł w relacjach z większością amerykańskich partnerów handlowych Biały Dom sugerował, że chce te pieniądze "oddać" Amerykanom. Właśnie wedle logiki dywidendy - gdy akcjonariusze korporacji dostają wypłatę od zysków bezpośrednio na swoje prywatne konta. Tak też mówi prezydent o swoim najnowszym planie "5 000 dla każdego". Jest to zresztą otwarcie nazywane przez prezydenckie otoczenie "dywidendą obywatelską". Całkiem jak u klasyka Thomasa Paine'a.
Tu dotykamy oczywiście wielu praktycznych wyzwań, które mogą poważnie wpłynąć na ostateczny kształt tej polityki. Już choćby na ten problem, że całkowity koszt jednorazowego transferu w wysokości 5 000 dolarów skierowanego do 250 milionów dorosłych Amerykanów to jakieś 1,25 biliona USD. Jest to więc suma przewyższająca dotychczasowe dochody netto z trampowych ceł. Bo - wbrew lamentom liberalnych sceptyków - Ameryka jest na dziś na cłach mocno do przodu. W 2025 roku było to 250 miliardów dolarów zysku. To jedna wciąż jest kilka razy mniej niż wspomniane 1,25 biliona na obiecaną dywidendę.
Czy jest to jednak problem absolutnie niemożliwy do rozwiązania? Oczywiście, że nie jest. Koszt dywidendy może być przecież zmniejszony poprzez obniżenie jej wysokości. Na przykład do 3 tysięcy na głowę. Wtedy koszt spada do 750 miliardów. Można też ograniczyć program przy pomocy kryterium dochodowego - odbierze mu to oczywiście walor powszechności. Ale zmniejszy także koszt. O takim rozwiązaniu wspominał już zresztą wiceprezydent JD Vance. Można sobie oczywiście wyobrazić także częściowe finansowanie planu Trumpa długiem publicznym. To jednak pozostawałoby w dużej sprzeczności z ogólnym antyzadłużeniowym nastrojem w szeregach partii Republikańskiej. Z drugiej strony Trump już nie raz pokazywał, że w wielu sprawach to on decyduje o aktualnej polityce republikanów. A oni muszą za nim iść, bo to on definiuje dziś czym jest amerykańska prawica. A nie na odwrót. W grę wchodzą także scenariusze, w których zyski z ceł staną się wyższe. Albo dołączone do nich zostaną zyski osiągane przez koncerny energetyczne w wyniku wojny na Bliskim Wschodzie, która uczyniła z Ameryki numer jeden na światowym rynku ropy i wzmocniła ich pozycję gazu.
To wszystko oczywiście melodia przyszłości. Związana przede wszystkim z wynikiem listopadowych wyborów w USA. Gdyby jednak do odpalenia dywidendy obywatelskiej miało dojść to wydaje się, że dość szybko model ów stanie się bardzo ciekawym rozwiązaniem na przebudowę filozofii państwa dobrobytu na całym zachodzie. Właśnie od koncepcji "państwo daje świadczenie komu chce i stawia warunki" do "dywidenda się obywatelowi po prostu należy".
Rafał Woś
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














