Ameryka jest dziś największym na świecie producentem ropy naftowej. Ich produkcja bije rekordy wszech czasów i w tych dniach zbliża się do 14 mln baryłek dziennie.
Ameryka jest obecnie największym eksporterem ropy nieprzetworzonej - 5,2 mln baryłek dziennie.
Ameryka jest największym eksporterem produktów naftowych - 7,2 mln baryłek dziennie.
Ameryka jest największym producentem gazu ziemnego na świecie. Produkuje 119 mld metrów sześciennych dziennie, czyli więcej niż główni konkurenci - Rosja, Iran i Chiny - razem wzięci.
Ameryka produkuje więcej surowców energetycznych (ropa, produkty naftowe, gaz) niż Arabia Saudyjska i Rosja razem wzięci.
Ameryka jest największym producentem energii jądrowej na ziemi (ok. 30 procent globalnej produkcji).
Wenezuela ma największe na świecie złoża surowca
Do tego mamy zupełnie odmienną sytuację geopolityczną niż jeszcze pół roku temu.
W Wenezueli jest nowa władza, która - trochę ze strachu, trochę z kalkulacji, a trochę z braku alternatywy - zaczyna rozmowy z Amerykanami o zacieśnieniu współpracy naftowej. A sprawa nie jest błaha. Wenezuela siedzi na największych na świecie złożach surowca (ok. 17 procent całych globalnych zasobów).
Przez ostatnią dekadę kontrolowany przez państwo przemysł naftowy dobywał ledwie niewielkiej części wenezuelskich zasobów. Jeszcze na początku wieku produkcja ropy wynosiła tam 3,5 mln baryłek dziennie. Dziś jest to mniej niż milion. A to oznacza, że w Wenezueli istnieje faktyczna infrastruktura wydobywcza pozwalająca na kilkukrotne zwiększenie eksploatacji.
I to nie jest tak, że trzeba wszystko stawiać od nowa. Przeciwnie. Starczy tylko - by tak rzec - wgrać w system najnowszą aktualizację. Kapitał gotów, by to zrobić, czeka już w blokach startowych. Amerykańskie koncerny naftowe twierdzą, że dysponują odpowiednią technologią zdolną do uzdatnienia wenezuelskiej ropy. A to wszystko całkiem lokalnie, bo po drugiej stronie zatoki do niedawna nazywanej meksykańską.
Cieśniny pod "kontrolą" USA
Do tego dochodzi sprawa cieśnin. Ormuz zablokowany. Panama kontrolowana przez USA. Malakka (900 km korytarz między Indonezją a Malezją) na celowniku USA - ostatnio Waszyngton podpisał z Dżakartą porozumienia o zacieśnieniu współpracy wojskowej. I to też nie są fakty bez znaczenia.
Druga (po amerykańskiej) światowa gospodarka, czyli Chiny, ma ok. 25 procent swojego importu ropy uwiązane w Ormuzie. 75 procent jej importu przechodzi przez Malakkę. Indie - piąta globalna gospodarka - 60 procent swojej ropy czerpie z Bliskiego Wschodu właśnie przez Ormuz. Stanom Zjednoczonym daje to wszystko olbrzymią dźwignię negocjacyjną w rozmowach o nowym ładzie gospodarczym świata.
Rosja - globalny konkurent Ameryki w produkcji ropy i gazu - ma od czterech lat ograniczone możliwości ich eksportu do Stanów i do Europy. Po dojściu do władzy Trump tych sankcji bynajmniej nie zdjął. Tylko raczej jeszcze je zaostrzył. I szczerze mówiąc nie ma najmniejszego powodu, by je luzować.
Na naszych oczach zmienia się rynek ropy
W ostatnich tygodniach Stanom Zjednoczonym udało się w sposób wręcz niesamowity przekierować światowe szlaki handlu ropą z Ormuzu do nich. Niektórzy analitycy twierdzą, że oto na naszych oczach zmienia się natura rynku ropy. Odtąd ma nie być już na nim jednej ceny za baryłkę, na którą orientują się wszystkie giełdy. W ubiegłym tygodniu ceny różnych indeksów wahały się między 70 a 130 dolarów za baryłkę. Płacona dziś cena zależy od stopnia podpięcia pod nowy amerykański energetyczny hub. Europa i Azja licytują się o baryłki i muszą płacić więcej. Ameryka ma nadpodaż surowca i czeka na oferty.
Stanom Zjednoczonym udało się odwrócić wiele niepokojących trendów. Jeszcze w początkach XXI stulecia Waszyngton był globalnym supermocarstwem, które energetycznie pozostawało uzależnione od krajów Bliskiego Wschodu - importowali netto 10 milionów baryłek ropy dziennie.
Dziś amerykański eksport ropy netto zbliża się do 5 milionów baryłek dziennie. Tu faktycznie zaszła niesamowita zmiana.
Układ z Mar-a-Lago
Gdy zaczynała się druga kadencja Trumpa to wśród jego współpracowników padało hasło "układu z Mar-a-Lago". Pisałem o tym także w Interii.
Koncepcja stanowiła sedno projektu politycznego trumpizmu i jego trwały wkład w historię. Wedle planów obecnej administracji to w Mar-a-Lago miałyby się odbyć rokowania nad - ni mniej, ni więcej - tylko nowym międzynarodowym ładem gospodarczym na parę kolejnych dekad XXI wieku. To miałoby być coś w rodzaju współczesnego wcielenia kongresów wiedeńskiego czy wersalskiego, które znamy z przeszłości.
Przywiązani do antytrumpizmu obserwatorzy ten koncept zawsze ochoczo wyśmiewali, widząc tu kolejny przejaw megalomanii 47. prezydenta USA. Ciekawe, czy nadal będą wyśmiewać teraz, gdy Ameryka z nowej pozycji siły wracać będzie do takich rokowań z wrogami oraz partnerami. Ja już zabezpieczyłem popcorn i czekam na te rokowania z wielkim zaciekawieniem.
Rafał Woś
Autor felietonu przedstawia własne poglądy i opinie.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














