Marzec 2026 roku przyniósł nam w zasadzie powtórkę z marca cztery lata temu. Wówczas okazało się, jak mocno Europa uzależniona jest od dostaw gazu z Rosji. I że bez tego surowca bogate i rozwinięte gospodarki zachodnie nie są w stanie dalej funkcjonować.
Dziś mamy szok naftowy. Starczyło kilkanaście dni zmniejszenia przepustowości cieśniny Ormuz, by ceny paliw na europejskich stacjach wystrzeliły w górę, a Bruksela zaczęła zupełnie poważnie doradzać państwom członkowskim UE wprowadzenie "energetycznych lockdownów" - to znaczy pomysłów na to, jak ograniczyć zużycie paliw. A jak się nie uda to nawet racjonować ich dostępność. Zresztą także dziś nikt nie jest w stanie zapewnić, że w ciągu kilku tygodni faktycznie nie będziemy mieli na kontynencie jakiegoś wariantu "kartek na paliwo".
Rządzący Europą obwiniają Trumpa. "To zamazuje sedno problemu"
Jest jasne, że rządzący w Europie liberalny establishment (polski rząd Donalda Tuska oczywiście należy do niego zaliczyć) nie ustaje w przekonywaniu opinii publicznej, że to wszystko wina złego Donalda Trumpa, który zaatakował Iran. Z tym akurat nikt nie polemizuje. Problem jednak polega na tym, że odmienianie nazwiska Trump przez wszystkie przypadki zamazuje sedno problemu.
A sednem problemu jest dla Europy to, do jakiego stanu energetycznej niesuwerenności się przez ostatnie lata doprowadziła. Kończenie sprawy na "złym Trumpie" jest podobne do sytuacji, w której alkoholik trafia kolejny raz na izbę wytrzeźwień. Ale jedynym wnioskiem, który wyciąga, jest to, że sto procent winy ponosi… producent jego ulubionej whisky. To sytuacja, w której sedno problemu (czyli to, że ów alkoholik nic nie robi ze swoim piciem) zostaje zagadane i odsunięte na dalszy plan. A może na święte nigdy.
"Na zielonej energii Europa nie pojedzie donikąd"
Tymczasem tym, czego nas uczy ta wojna w Iranie, powinna być raczej gorzka refleksja, że Europa (i to kolejny raz w ciągu kilku lat) nie potrafi zapewnić sobie stabilnego i akceptowalnego społecznie (ceny) zaopatrzenia w energię. Bez której to energii nie będzie ani dobrobytu, do którego Europa nawykła, ani szans na rozwój, którego Europa bardzo potrzebuje.
Najważniejsza lekcja polega oczywiście na tym, jak wielkim złudzeniem była wiara w to, że można europejską energetykę oprzeć na zielonej rewolucji i źródłach odnawialnych. Widzieliśmy to już w latach 2021-22 i widzimy to samo teraz. Na zielonej energii Europa nie pojedzie donikąd. Bo OZE mogą być interesującym uzupełnieniem energetycznego miksu. Ale nie jego sednem.
Niestety wygląda na to, że liberalne europejskie elity kompletnie nie zamierzają przyjąć tych oczywistych prawd do wiadomości. Nie zamierzają odstąpić ani od swoich chorych celów klimatycznych, ani od prowadzącej do nich niszczącej dekarbonizacji. Z krytyki takich mechanizmów jak system handlu emisjami ETS absolutnie nic nie wynika. Zeroemisyjność (tzw. net zero) nadal znajduje się na czele agendy politycznej władzy w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Holandii. Jedynym zaś wnioskiem, jaki z trwającego właśnie kryzysu energetycznego jest w stanie wyciągnąć liberalny europejski komentariat, jest przekonanie, że… udział OZE w zachodniej energetyce jest wciąż zbyt mały, a elektromobilność wdrażana zbyt wolno. Więcej tego samego - to recepta europejskiego salonu na to, co wokół nas.
Brak suwerenności energetycznej to dopiero początek. "Mamy po prostu przechlapane"
Nie będę was oszukiwał. Z taką świadomością po stronie unijnych elit mamy po prostu przechlapane. Zwłaszcza, że niesuwerenność energetyczna to nie jest jedyny strategiczny problem współczesnej Europy. W kolejce czeka przecież - na przykład - jeszcze bardziej dojmująca zależność UE od importu innych kluczowych surowców. Choćby tzw. metali ziem rzadkich, potrzebnych do produkcji całej w zasadzie elektroniki jaką można sobie wyobrazić (od baterii po uzbrojenie). Niestety importować te dobra Europa musi od krajów, które nie muszą być jej przychylne - a często po postu nie są. Czyli od Chin, Rosji albo (tak, tak) Stanów Zjednoczonych.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że my (Polska) tkwimy w tych problemach razem z resztą kontynentu. Nie mając jednocześnie większego przełożenia na kierunki rozwoju całej wspólnoty. Zachód oczekuje bowiem, że albo się w jej plany wpiszemy (jak rząd Tuska) i wtedy będziemy przez nich chwaleni jako "dobrzy Europejczycy", albo będziemy fikać (jak w czasach PiS), ale wtedy oni taki rząd uznają za wrogi i zrobią wszystko, by wysadzić go z siodła. Co im się z resztą w roku 2023 udało.
Znikąd nadziei niestety. A może być przecież… jeszcze gorzej.
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji
















