Szczególnie interesujący poznawczo byli alkoholicy. Którzy zniszczyli kiedyś życie sobie i innym, bo byli na tyle słabi, że chlali na umór. I często przy tym jeszcze "brali". A teraz chwalą się, ile już czasu nie piją i w związku z tym, w poczuciu moralnej wyższości, strofują tych, którzy piją, bo lubią, nikogo nie biją, normalnie pracują i nie wymiotują na siebie i innych. I trzeba ich przed tym powstrzymać. Najlepiej utrudniając zakup alkoholu, bo zabronić się nie da - jak pokazuje przykład amerykańskiej prohibicji. Ale kto wie? Może kiedyś spróbuje się tego jeszcze raz? Jak w socjalizmie wprowadzonym w celu ochrony robotników dochodziło do strajków robotników, nie likwidowano socjalizmu, tylko podejmowano kolejną próbę jego wdrożenia w lepszej postaci. Obecną jego postać nazywa się "liberalizmem". I w ramach tej wolności (liberalizm to wolność: od liberte) zabrania się kupowania alkoholu, a to zbyt mocnego, a to w zbyt małych butelkach, a to w sklepach nocnych, a to na stacjach benzynowych.
"Trzeba dbać nie tylko o konkretnych pijaków i palaczy"
Inni moraliści, choć często to ci sami, nie chcą, żeby ludzie palili tytoń. A nawet jego substytuty. Więc ich sprzedaży też należy ponoć zakazać. Bo palacze chorują na raka. Trzeba się zatroszczyć o ich zdrowie, bo oni sami nie potrafią o swoje. To tak samo, jak "awangarda klasy robotniczej" - czyli niepracujący intelektualiści, a odczuwający moralną wyższość nad zwykłymi "robolami", którzy, zgodnie z teorią Karola Marksa, nie uświadamiają sobie, jaki jest ich prawdziwy interes. Tak jak teraz pijacy i palacze. Jak to się skończyło dla "roboli", wiemy. Pełnym zniewoleniem - bez niczego w zamian.
No i trzeba dbać nie tylko o konkretnych pijaków i palaczy. Trzeba dbać o całość "społeczeństwa". Znowu jak pisał Marks. Narodowy Fundusz Zdrowia za dużo wydaje na leczenie pijaków i palaczy i przez to ma mniej… na przykład na leczenie dzieci chorych na białaczkę (lub na coś innego równie wzruszającego - by postulaty ograniczenia picia i palenia brzmiały jeszcze mocniej).
No ale tak się dziwnie składa, że najwięcej to wydajemy na leczenie chorób naczyniowych, sercowych i metabolicznych. Na które wielki wpływ mają różnego rodzaju słodycze, od których uginają się półki sklepowe, które zajmują najwięcej miejsca w każdym prawie sklepie. I nie dość, że nikt nie postuluje na razie wprowadzenia zakazu sprzedaży słodyczy, to jeszcze państwo promuje polityką podatkową picie wody osłodzonej niż czystej. Co dowodzi, że nie chodzi o zdrowie publiczne, ani o wydatki NFZ na jego ochronę. A o co chodzi? Na tym polu też pojawiają się coraz częściej w przestrzeni publicznej głosy - lekarzy, czy dietetyków - dziwujące się takiej polityce fiskalnej państwa. Ale jakoś ich głosy przeciwko niej nie są promowane jak głosy byłych alkoholików i palaczy przeciwko napojom alkoholowym i tytoniowi.
O dziewczynę w tym wypadku raczej nie chodzi
No bo każda "polityka społeczna" ma swoich beneficjentów. Jak nie będziemy mogli kupić alkoholu w nocy na stacji benzynowej, kupimy więcej na zapas w jakimś dyskoncie. No i mamy beneficjenta. Jak nie będziemy mogli kupić substytutów papierosów legalnie, będziemy kupowali ich więcej nielegalnie. No i więcej będziemy kupowali tradycyjnych papierosów, bo one nie zostaną zakazane (przynajmniej na razie). Skorzystają na tym przemytnicy i producenci tych wyrobów tytoniowych, które pozostaną legalne. No i mamy kolejnych beneficjentów.
A jak słodka woda posłodzona sokiem jest tańsza od wody czystej, z uwagi na preferencyjną stawkę VAT (5 proc., a nie 23 proc.), to korzystają na tym producenci wody posłodzonej sokiem. No i mamy kolejnych beneficjentów.
A jak nie wiadomo o co chodzi. To wiadomo, że chodzi o dziewczynę albo o pieniądze. O dziewczynę w tym wypadku chyba raczej nie chodzi. Więc skąd tyle fanatyzmu?
Robert Gwiazdowski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.









![KSeF jest rewolucją, ale z odpowiednim wsparciem do opanowania [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MNFFSCWK3PESV-C401.webp)


