Tak samo i nadanie imienia UPA ukraińskiej jednostce wojskowej nie jest interpretacją historii. Jest aktem nieprzyjaznym należącym do bieżącej polityki. Jest aktem lekceważącym, i to brutalnie, wagę relacji z Polską. Patronat UPA związano nie z domem kultury lub stadionem piłkarskim - z czym Polska nie pozostawałaby w żadnym sensownym związku - lecz jednostce wojskowej walczącej w wojnie, z którą Polska - choć jej rola jest marginalizowana i przez Zachód, i przez samą Ukrainę - coś jednak ma i miała wspólnego.
Jakość relacji między dwoma państwami jest podła i niestety na tej bazie wzmacniają się resentymenty społeczne. A to już zahacza wprost o kwestie strategiczne - bezpieczeństwa terytorium oraz nowych możliwości rozwoju gospodarczego. Jest już mocno prawdopodobne, że tak zwanego udziału polskich firm w rekonstrukcji Ukrainy nie będzie. Co prawda, nawet gdyby nie doszło do aktualnej eskalacji, szanse na ten polski udział i tak były niewysokie, o ile nie znikome. Zaś co do bezpieczeństwa w sensie ochrony suwerenności - cóż, odwrócenia przymierzy zdarzały się dość często w historii świata. Im dłużej będzie trwał proces przyjmowania Ukrainy do Unii Europejskiej, tym większe będzie ryzyko takiej zasadniczej zmiany geopolitycznej u naszych granic.
Podobno, gdy nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Akurat ta maksyma nie przydaje się do niczego, jeśli chodzi o reakcję na - kolejne - uczczenie UPA w Kijowie. Bo prezydent Polski powinien stać na straży fundamentalnych interesów Rzeczypospolitej, a bronić pryncypialnie przyzwoitości tylko pod warunkiem, że wspierałoby to te fundamentalne interesy.
Niestety w spolaryzowanej do szpiku kości retoryce i polityce polskiej zatraciła się zdolność do zachowań innych niż zero-jedynkowych. Niczego doniosłego, w sferze symbolicznej, nie zrobić, byłoby złą decyzją. Czy to jednak oznaczało, że pozostawał tylko środek drastyczny?
Niuanse, subtelności czy rozwiązania nieoczywiste, które wprowadzałyby adwersarza w zakłopotanie, nie są praktykowane. Zamiast tego stosuje się metodę cepa. Ktoś nam przywalił, więc trzeba oddać, tak samo mocno lub mocniej.
Tylko że taki wzorzec jest równoznaczny z utratą kontroli nad rozwojem wypadków. W warunkach konfliktu tylko polityka oparta na niejednoznaczności daje szansę kontroli sytuacji.
Prezydent Nawrocki zamiast odbierać order mógł w swym orędziu powiedzieć, że owszem, MÓGŁBY ten order odebrać. Że już niemal podjął taką decyzję, ale jednak niemal. Bo orderem Orla Białego uhonorowano naród ukraiński, a nie pana prezydenta Zełenskiego. Order panu prezydentowi Zełenskiemu odebrałbym, wprawdzie z ciężkim sercem, ale odebrałbym, mówiłby dalej Nawrocki. Ale sytuacja jest inna. Toteż niech prezydent Zełenski będzie nadal, tak jak od początku, depozytariuszem orderu. Nie kawalerem, czy jak to by się pompatycznie nie nazywało, lecz depozytariuszem.
Byłoby interesujące sprawdzić, czy również po takim dictum Zełenski wysłałby order do Warszawy w kartonowym pudełku.
Oczywiście jest to rozwiązanie, które można poddać krytyce - że jakiś półśrodek, że nie wiadomo do końca, o co w tym chodzi, i tak dalej. Trafne uwagi. Ale to byłaby przewaga, a nie wada. Na tej zawiłości i ironii można by przynajmniej próbować coś budować. Na bijatyce, która stała się przewidywalnym efektem odebrania orderu - jak to w walce cepami - zbudować cokolwiek jest bardzo trudno.
Byłoby to znacznie lepsze niż nie zrobić niczego. Byłoby to też lepsze niż to, co zostało zrobione.
Naprawdę, pomiędzy udawaniem, że w sumie to nic się nie stało, a machnięciem cepem, istniała jeszcze pewna przestrzeń. Obawiam się jednak, że jej dostrzeżenie wymagało nie zmysłów postrzegania przestrzeni, lecz inteligencji. Być może wszyscy czołowi polscy politycy powinni regularnie wspomagać się inteligencją sztuczną? Abonament na taki doping nie jest drogi, przynajmniej jak do tej pory.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.













