Karol Nawrocki wrócił do Senatu z postulatem referendum w sprawie polityki klimatycznej. Poprzednie podejście zostało przez wyższą izbę polskiego parlamentu odrzucone w maju. Oficjalnym powodem było niewłaściwie sformułowane pytanie. Głowa państwa chciała Polaków zapytać, czy są "za odrzuceniem polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej oraz rolniczej"? Senat uznał, że to sugeruje odpowiedź i się na referendum nie zgodził. Prezydent przysyła więc teraz do senatu poprawione pytanie, które brzmi obecnie zupełnie neutralnie "czy jesteś za realizacją przez Polskę polityki klimatycznej Unii Europejskiej?".
Referendum ws. polityki klimatycznej. "Nie w pytaniu tkwi spór"
Nie ma oczywiście wątpliwości, że i taki kształt pytania referendalnego nie uzyska błogosławieństwa większości naszych senatorów. Nie w pytaniu tkwi bowiem spór o klimatyczne referendum. Rzecz jest przecież w tym, że obecna parlamentarna większość zdaje sobie doskonale sprawę, że gdyby do plebiscytu w sprawie unijnej polityki klimatycznej doszło, to Polacy powiedzieliby jej gromkie oraz zdecydowane "nie". A tego liberałowie od Tuska, Hołowni, Kosiniaka i Czarzastego bardzo się boją. Choć z różnych przyczyn.
Przyjrzyjmy się tym motywacjom, bo to pozwala nam dotrzeć do sedna. Dla naszych rodzimych euroglobalistów jakiekolwiek referendum na jakikolwiek sposób dotykające unijnych polityk jest jednym wielkim "no go". Wejście w takie rewiry bardzo szybko mogłoby przecież pokazać, że zdecydowana większość wyborców jest przeciwna rozmaitym praktycznym przejawom rozpychania się przez Komisję Europejską i inne euroinstytucje w sprawach dotyczących organizacji życia społecznego i ekonomicznego nad Wisłą. Prędko stałoby się jasne, że to wszystko dzieje się tzw. prawem Kaduka, a o kluczowe kwestie, takie jak polityka migracyjna, klimatyczna i inne, nikt nigdy Polaków nie zapytał. I tak ma pozostać - przynajmniej zdaniem wielu polskich polityków obecnej władzy. Kto zaś twierdzi, że to jest problem tego trzeba będzie uciszyć nieśmiertelnym argumentem, że jest zwolennikiem polexitu, Rosji, faszyzmu i wszystkich innych wielkich szatanów naszej galaktyki oraz okolic.
Bardziej pragmatyczni Tuskowcy na referendum nie zgodzą się też z tego prostego powodu, że oznaczałoby ono wzięcie sobie na głowę problemów i zadrażnień z Brukselą oraz złą prasę w czołowych zachodnich stolicach. A przecież to na przyjacielskim wsparciu ze strony liberalnego establiszmentu UE władza Tuska od początku wisi. I bardzo korzysta na tym, że od zmiany władzy w Polsce Unia oślepła na jedno oko, nie widząc oczywistych przejawów łamania praworządności nad Wisłą - na co przed rokiem 2023 była wyczulona niczym plecy księżniczki na ziarnko grochu pod materacem.
Jest też oczywiście argument "bo to Nawrocki". W myśl którego wraży prezydent nie może dostać od parlamentarnej większości żadnej satysfakcji i żadnej szansy na ustrzelenie politycznego sukcesu, którym referendum faktycznie by było.
Unijna polityka klimatyczna. "Coraz droższe paliwo (...), wzrost rachunków (...), zmniejsza marże"
Jednak niezależnie od tych wszystkich motywacji blokowanie przez obecną większość narodowej dyskusji na temat unijnej polityki klimatycznej nie może trwać wiecznie. A to dlatego, że unijna polityka klimatyczna w realny sposób wpływa na życie codzienne milionów Polek i Polaków. Za politykę klimatyczną płacimy tankując coraz droższe paliwo na stacjach. Polityka klimatyczna wpływa na wzrost rachunków za energię dla obywateli i biznesu. Polityka klimatyczna zmniejsza marże zysku wielu branż polskiego przemysłu (hutnictwo, cementownie, rafinerie, elektrownie), co przekłada się na niższe zatrudnienie oraz erozję miejsc pracy.
Przed skutkami nierozsądnej i niszczącej polityki klimatycznej w ostatecznym rozrachunku po prostu nie da się uciec. Można na nią zamykać oczy, można zatykać sobie uszy i można zmieniać temat. Można też mnożyć obelgi wobec każdego, kto ośmieli się o tym głośno mówi. Można mu wymyślać od "denialistów klimatycznych", "zwolenników polexitu" i Bóg jeden wie od kogo jeszcze.
Ale na koniec i tak wrócimy do tego, że obywateli Polski (i całej Unii także) nikt nigdy nie zapytał o to, czy chcą ponosić skutki gonienia za króliczkiem zeroemisyjności oraz dekarbonizacji. Tego nie da się zamieść pod dywan i rozsmarować. W demokracji skutki takich polityk zawsze wyjdą na wierzch.
W Europie także. Prędzej niż się to niejednemu wydaje.
A na razie kropla niech drąży skałę.
Rafał Woś
Autor felietonu przedstawia własne poglądy i opinie.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














