To by pozwalało przypuszczać, że istnieją nadal połacie planety niedotknięte gwałtownymi zmianami. A skoro nie są dotknięte, to nie ma tam potrzeby częstego posługiwania się pojęciem zmiany. Czas również powinien tam biec w innym tempie.
Z trudem odkrywa się miejsca, które nie podlegały zasadniczej transformacji
Nie do końca. Ci, którzy sporo podróżują, aby sprawdzić, jak wygląda rzeczywistość, niezapośredniczona przez media i AI, mogą mieć podobne spostrzeżenie, co ja: z wielkim trudem odkrywa się miejsca, które nie podlegały w ostatnich dwudziestu czy trzydziestu latach zasadniczej transformacji. W ubiegłym roku pojechałem do Erytrei, założywszy że to jedna z takich nielicznych oaz. Ale okazało się, że nie.
Oczywiście mam na myśli miejsce nie tylko w znaczeniu fizycznym. To także ludzie, relacje pomiędzy nimi, sposoby komunikowania się, odnoszenia się do swoich emocji, rytuały - no cały ten system, który socjologowie prawdopodobnie nazywają kodem kulturowym.
Kiedy więc zbliżał się mundial, pomyślałem, że miejsca przeobrażone w terytorium rozgrywania się świętej, odbywanej co cztery lata wojny piłkarskiej, będą enklawą zakonserwowanych obyczajów o rodowodzie liczonym w dziesiątkach, a nawet już w setkach lat. Że kod kulturowy ponownie objawi się jako monumentalnie niezmienny.
"Futbol to wprawdzie teatr, ale przesadna teatralizacja mu szkodzi"
Ale gdzie tam. Te przerwy, zwane przerwami na nawodnienie, a w istocie reklamowe, to poważne przekształcenie. Wręcz, powiedziałbym, dystorsja. Powab piłki nożnej polegał między innymi na tym, że zawierał on pierwiastki heroicznego boju, w którym trzeba było walczyć mimo potu, poobijania i narastającego zmęczenia. Zachowując zarazem przytomność umysłu i zdolność myślenia (jak to powiedział chyba Boniek, wartościowy piłkarz zaczyna się od pasa w górę). Owszem, trzeba było zapewnić kilkanaście minut wytchnienia, ale tak serio jest to bardziej przerwa strategiczna, gdzie w szatni można się ponownie zmotywować i wysłuchać trenera przed drugimi czterdziestoma pięcioma minutami. I stąd przerwa dzieląca mecz na dwie połowy. Teraz są dwie dodatkowe. Krótkie bo krótkie, ale wystarczają, by rozbić dynamikę i nawet zmodyfikować, jak na mój gust, dotychczasowy etos gry. Piłka nożna to teatr, a w teatrze dosłownym przerwy zrobione w tym celu, aby aktorzy i aktorki przetarli chusteczkami spocone od natężonej pracy czoła, szkodziłyby dramaturgii.
Także to gromadzenie się zespołów na okręgu, wokół kolorowej płachty, jest dyskusyjne. Podobno chodziło o to, żeby zademonstrować jakieś integracyjne przesłanie, czy coś w tym stylu. Czyli że zaczynamy nie od konfrontacji, tylko od…no właśnie, nie wiem od czego. Chyba musiał to wymyślić sam Infantino - jak wiadomo, innowator w łonie FIFA, również w dziedzinie honorowania prezydentów (a konkretnie jednego) za zaprowadzanie pokoju. Wyszło średnio, bo futbol to wprawdzie teatr, ale przesadna teatralizacja mu szkodzi.
Ech, chciałoby się, żeby przynajmniej jakaś jedna ważna rzecz pozostała bez zmiany.
A potem do gabinetów psychologów i psychoterapeutów przychodzą ci, którzy sobie z tą wszechobecną zmianą nie radzą, skarżąc się na alienację, samotność, stres, poczucie tracenia czegoś czy nienadążania, obniżoną samoocenę i tak dalej. Stop - nie trzeba już włóczyć się po tych gabinetach, wszystkie z powyższych przypadłości da się przecież przepracować z AI.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.













