Wszyscy odpowiedzieli, że ani im się to śni i że z pewnością nie zapisaliby się na tego rodzaju przeprowadzkę. Bo ryzyko, bo smutne życie tam, bo nie dałoby się zabrać z Ziemi ogrodu, kota, rodziny. A Ziemia jest zwyczajnie zbyt piękna i wciąż na tyle niespenetrowana, że nonsensem byłoby ją opuszczać.
Człowieka marsjańskiego bardziej zajmowałyby kwestie egzystencjalne niż rachunki za prąd
Ale przecież - odpowiadam na to - ludzie od zawsze podróżują, czyli ciągnie ich do tego, aby zaznać jakiejś inności. Mars byłby spełnieniem tej tęsknoty w stopniu maksymalnym. Oczywiście, przez życiowy przełom można przejść, wyszedłszy do parku dwie ulice od domu, ale czym innym jest znaleźć się tam, skąd widać (prawdopodobnie - skoro z Ziemi widuje się Marsa, to chyba i odwrotnie) naszą niebieską planetę. Zobaczyć ją całą naraz i uświadomić sobie, że mieści się na niej wszystko, co się kiedykolwiek kochało.
I drugi powód: sądzę, że mózg takiego hipotetycznego człowieka żyjącego na Marsie pracowałby zupełnie inaczej niż na Ziemi. Wyobrażam sobie, że człowieka marsjańskiego znacznie bardziej zajmowałyby kwestie egzystencjalne i filozoficzne - bo sprzyjałoby temu nieustanne zdumienie - niż rachunki za prąd albo serwis auta. Może dopiero z tak wielkiej odległości widać, które z naszych spraw są naprawdę nasze, a które tylko odziedziczyliśmy po codzienności.
I w ten nieco pokrętny sposób doszedłem do wniosku, że projekt Elona Muska, SpaceX - a jeszcze bardziej prospekt przed IPO - to nie są fantasmagorie. Może ten debiut giełdowy powiódł się tak nadzwyczajnie nie tylko dlatego, że, jak mówiono na Wall Street, nikt nie może sobie pozwolić na ignorowanie Elona Muska, lecz także dlatego, że finanse, biznes i giełda to również marzenia. Możemy je nazwać - być może na tym polu trafniej - wielkimi wizjami. Akcje SpaceX zamknęły pierwszą sesję niemal dwadzieścia procent ponad ceną emisyjną, a spółka z miejsca weszła do grona najcenniejszych na świecie. Rynek zapłacił za obietnicę. Nie taką zwyczajną. Za Nową Ziemię Obiecaną?
I dlatego inwestorzy kupują dziś przemysł kosmiczny, a za chwilę kupować będą gigantów sztucznej inteligencji.
Giełdy stały się prorokiniami, wieszczkami i ambasadorami wizjonerskich przedsięwzięć
Natomiast oklepany bon mot, jakoby giełda była barometrem gospodarki, nie wyraża już istoty rynku giełdowego. Prawdę mówiąc, skończyło się to jakiś czas temu - pewnie w okolicach wielkiego kryzysu finansowego. Dziś wiodące giełdy świata do funkcji barometrycznej, mocno już zmarginalizowanej, dorzuciły dwie kolejne: kreowania rzeczywistości gospodarczej oraz eksponowania projektów, które zmieniły przyszłość, zanim jeszcze pojawiły się na rynku.
Giełdy - powtarzam to zastrzeżenie: te z wiodących, innowacyjnych gospodarek - stały się prorokiniami, wieszczkami i ambasadorkami wizjonerskich przedsięwzięć, odrzucając w kąt instrumenty barometryczne.
Nasz rynek tymczasem rozbrzmiewa fanfarami z okazji debiutów deweloperów oraz sprzedawców parówek i serków. Całe szczęście, że swoją obecność zaznacza na nim coraz mocniej sektor kosmiczny. Sny o potędze zaistniały także w portfelach inwestorów - i to jest właściwy kierunek. W świecie zdominowanym przez rewolucję marzycieli lepiej dotrzymywać im kroku. Inaczej pozostaniesz tanim barometrem.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














