Stworzenie przez Trumpa tej największej giełdy ma mniej więcej tyle wspólnego z rzeczywistością, co on sam z Jezusem. Nie można jednak odmówić prezydentowi skromności. Przecież nie powiedział, że stworzył giełdę tak w ogóle. Powiedział jedynie, że ściśle dzięki niemu jest ona największa i najwspanialsza. A zatem jest on wielkim twórcą, ale nie żeby aż stwórcą. W sumie to jest w tym pewna zasadnicza jednolitość - przecież nawet Jezus nie stworzył świata, zrobił to ktoś inny. Jezus jedynie zbawił wszystkich ludzi. Podobną misję wykonuje obecnie jego alter ego.
35 lat temu powstała GPW. "Byliśmy po prostu zręcznymi kopistami"
W Polsce natomiast mieliśmy, trzeba to otwarcie przyznać, dość niedawne doświadczenie nie tylko tworzenia, ale i stwarzania. Bo trzydzieści pięć lat temu z niczego powstała w Warszawie giełda papierów wartościowych. W sensie eschatologicznym bylibyśmy więc nawet bardziej potężni niż prezydent Trump.
Przebija on nas natomiast w tym, że nasza giełda nie stała się największą na świecie.
Z drugiej strony na to patrząc, w jakiejś lidze, choćby to nawet nie była ekstraklasa, tacy właśnie jesteśmy. Zajęło to około osiemnastu lat, bo jeśli dobrze pamiętam, w 2009 roku od dziennikarza dowiedziałem się, że osiągamy już wyższe obroty niż giełda wiedeńska. Jakoś tego nie kontrolowaliśmy na bieżąco. Kilka czy kilkanaście miesięcy później mieliśmy już obroty wyższe niż wszystkie giełdy regionu razem wzięte i tak zostało. Nie mówiąc o liczbie spółek, rozmaitości rynków (wtedy, w 2007 roku, powstał NewConnect). Notabene, rzucam tymi datami, a przecież nie ma gwarancji, że dzisiejsze pokolenie Z lub Alfa w ogóle wierzą, że kiedykolwiek było coś takiego jak rok 2007.
Wiele rzeczy wtedy powstało. Ale trzeba też powiedzieć, że i wtedy, i wcześniej, gdy giełda warszawska się rodziła, byliśmy po prostu zręcznymi kopistami. Co więcej, GPW jest być może najbardziej udanym dziełem kopistów (czyli kopistowskim) w historii kapitalizmu europejskiego ostatniej dekady XX wieku i dekad późniejszych. Owszem, ze szczyptami lokalnej innowacyjności, ale bez ich kluczowego wpływu na zasadniczy charakter dzieła.
Giełda jako naturalny element transformacji. "Tylko u nas udał się on nadzwyczajnie dobrze"
Giełdy jako gatunku, rządzącego się swoimi zasadami, nie wymyśliliśmy. Zalęgła się w naszych głowach jako naturalny element transformacji z socjalizmu w gospodarkę rynkową. Natomiast warto powiedzieć, że wszędzie takie przeszczepy wtedy powstawały, od Warszawy po Sofię, ale tylko u nas udał się on nadzwyczajnie dobrze. W 2010 r. mogliśmy rozszerzyć geografię, mówiąc w czasie IPO samej GPW i jej debiutu giełdowego 9 listopada, że jesteśmy największym rynkiem giełdowym między Frankfurtem a Moskwą oraz między Sztokholmem a Atenami.
Sprawiedliwie trzeba też oddać, że Donaldowi Trumpowi było z tym wszystkim trudniej, bo dowiózł to sam, w pojedynkę. U nas trzeba było ludzi zatrudniać, zwalniać (czasem sami odchodzili), motywować, zarządzać, i takie tam. Ale jakoś daliśmy radę.
Koniec końców to bez tych ludzi niczego by nie było. I to jest fakt, najdonioślejszy z tych opisujących owe trzydzieści pięć lat.
Co dalej? Zobaczymy, czy ludzie będą jeszcze nadal potrzebni do stwarzania wielkich rzeczy. Przekonamy się o tym nie za kolejne trzydzieści pięć lat, lecz znacznie wcześniej. Jest to jednak zupełnie inna, przyszła historia. Oby nie nadeszła prawie niezauważona.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.













