Dywersyfikacja, procent składany, rozumienie ryzyka, niepochopność decyzji, kontrolowanie emocji, świadome zarządzanie pieniędzmi, umiejętność wyskakiwania z pędzącego pociągu, niełapania spadającego noża oraz powstrzymywania się przed zamianą straty papierowej w rzeczywistą, do tego horyzonty czasowe i lata cierpliwości, a także systematyczności, inwestowanie pasywne czy aktywne; i tak dalej, i tym podobne.
Dobrze, że przynajmniej od czasu do czasu zdarza się coś takiego, co bardziej napina umysły edukatorów finansów. Jak nie jakiś potężny kryzys, to pełzający proces zmiany.
Jedno z banalnych stwierdzeń wymaga dzisiaj weryfikacji.
Zwykło się uważać, że inwestorzy indywidualni na rozwiniętych rynkach akcji odgrywają rolę marginalną. Rządzą tam profesjonaliści, zarządzający finansowymi aktywami. "Wiedzą" oni więcej niż rzesza drobnych graczy, którzy stanowią bezwolną anonimową masę. Zdolną do podgrzewania hossy lub pogłębienia bessy, w ślad za ruchami transakcyjnymi tych wielkich, zawodowych uczestników rynku. Z tym że ci ostatni będą zawsze wiedzieli wcześniej, kiedy na rynku pozycję należy otworzyć, a kiedy zamknąć.
To już pogląd przestarzały.
Rewolucyjny trend na nowojorskich giełdach
Weźmy Amerykę. Jakiś czas temu pisałem o niezwykłej zmianie w kohorcie starszych generacji, jeśli chodzi o inwestowanie w akcje. Około 40 proc. wartości rynkowej spółek wchodzących w skład czołowej pięćsetki amerykańskich firm (objętych słynnym indeksem S&P 500) należy do ludzi w wieku 70 lat i jeszcze bardziej zawansowanym.
A teraz dane jeszcze mocniejsze.
Amerykańscy drobni inwestorzy nauczyli się kupować na spadkach. Czyli nie ma już tych fryzjerów, którzy kupują akcje na szczycie hossy i zostają z gorącym kartoflem. Rzeczywistość dostarcza ku temu okazje - takie jak pandemię czy ostatnio wojny celne. Bo wojna z Iranem jakoś amerykańskim rynkiem akcji nie wstrząsnęła.
Około 60 proc. gospodarstw domowych w USA ma akcje spółek giełdowych. I bodajże po raz pierwszy w historii wartość tych portfeli przewyższyła wartość posiadanych przez amerykańskie rodziny nieruchomości.
Co więcej, indywidualni inwestorzy generują dziś około 36 proc. obrotów na giełdach nowojorskich. To dopiero rewolucyjny trend. Bo to się nie stało nagle, lecz narastało od około dziesięciu lat. Drobni gracze zaczęli wyznaczać wyceny. Wartość ich zleceń przewyższa obrót inicjowany przez wielkie banki inwestycyjne i fundusze hedgingowe.
Dotąd to indywidualsi, jak o nich żargonem mówimy w Polsce, starali się odgadnąć, co będą robić instytucje. Dzisiaj Instytucje zastanawiają się, jaka będzie reakcja masy małych portfeli na Ormuz i inne przypadki.
Nie chodzi jedynie o inwestowanie aktywne w określone spółki. Liczba ETF-ów (instrumentów umożliwiających inwestowanie w pakiety akcji, zwykle będące kompozycją jakiegoś indeksu giełdowego) przewyższyła liczbę spółek notowanych w USA. Połowa z ETF-ów została wprowadzona do obrotu w ostatnich trzech latach. To raczej sygnał przemawiający za tym, że superaktywność małych inwestorów nie jest wywołana wyłącznie trwającą od lat hossą. I oprócz swojej, w braku lepszego słowa, chciwości, kierują się oni potrzebą spokojniejszego zachowania się na rynku inwestycyjnym.
Różnie to nowe zjawisko zaczęto objaśniać.
Wydaje mi się, że klucz leży w dostępie do informacji. I nie skupiałbym się w tym kontekście na informacjach płynących ze spółek, zwłaszcza tych, które mają one obowiązek przekazywać rynkowi.
AI zmieniła sytuację inwestorów. "To ma dziś w swoim zasięgu każdy farmer"
Zmiana dotyczy przede wszystkim konsumpcji informacji ogólnopolitycznych, ogólnoekonomicznych. A także dotyczących sektorów, innowacji, mega trendów, trendów pomniejszych, regionalizmów i całej geografii ekonomicznej. A także tego, co określa się jako kapitalizm atencji - czyli wpływ charyzmatycznych liderów biznesu na decyzje inwestorów. W tym potężnym obszarze uprzywilejowanie czy przewagi inwestorów instytucjonalnych zanikły. A zdolność rozumienia często mało zrozumiałych informacji? Zdolność analizy? Umiejętność przekładania ich na decyzje finansowe? To ma dziś w swoim zasięgu każdy farmer z Iowa, student z warszawskiego placu Zbawiciela czy londyński prawnik, za parę dolarów/złotych/funtów. Trzeba tylko zdecydować się na któryś z modeli AI.
W Polsce czekamy na śmielsze wkroczenie inwestorów indywidulanych na rynek kapitałowy. Wizja, że będą oni na równo z instytucjami budować płynność rynku, wydaje się dziś mało realistyczna. Jeśliby się ziściła, nie byłaby to wszakże stratosferyczna zmiana, lecz…powrót do tego, co już było. Nie tylko wtedy, gdy rynek raczkował (w latach 90'). Byłby to w pierwszym rzędzie powrót do codzienności sprzed kilkunastu lat. Co się stało z tamtą naszą klasą - to na pewno ciekawa historia.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














