Jego typowy dzień wygląda tak:
Wstaje wcześnie, robi sobie kawę. Czyta już przy jej przyrządzaniu. Czyta przy kawie i po niej, a przed następną. W ogóle to dużo czyta. Myśli, robi notatki. Rozmawia na czatach z kolegami, którzy prowadzą podobny tryb życia. Wielu z nich nie ma żadnego doświadczenia giełdowego czy na rynku finansowym. Są matematykami, informatykami, lekarzami, artystami, przedsiębiorcami, inwestorami. Czasem ekonomistami. Ale mogą też być taksówkarzami. Albo kelnerami w restauracji. Liczą się umiejętność poszukiwania informacji, decyzyjność, wyobraźnia.
Platformy predykcyjne i spekulacje. "Niektórym grozi popadnięcie w uzależnienie"
Dużo pracują ze sztuczną inteligencją. Co ciekawe, wielu z nich specjalizuje się w jakiejś dziedzinie wiedzy czy aktywności. W geopolityce Bliskiego Wschodu. W zmianach stóp procentowych i inflacji. Albo w tenisie czy w golfie.
Nie zwalniają w czasie wakacji. Muszą więc dbać o siebie, prowadząc tak wyczerpujący fizycznie i psychicznie tryb życia. Niektórym grozi popadnięcie w uzależnienie, tak jak bywalcom kasyn.
Ale nie chodzi o hazard. Celem dla Neila i wielu jemu podobnych jest zawieranie transakcji, w których handluje się prawdopodobieństwem.
Mówię o platformach predykcyjnych, najbardziej rozwijających się w USA. Znam jednego który - zawodowo - nie zajmuje się już niczym innym. Opis typowego spekulanta jest inspirowany jego postacią. Tyle tylko, że mój znajomy stosuje ciekawą rutynę. Stale aktualizuje wiedzę i zastanawia się nad tym, co się wydarzy w obrębie jego domeny. Jest nią rynek surowców energetycznych (przede wszystkim ceny ropy i gazu). Oznacza to ciągłe obserwowanie i analizowanie światowej polityki. Wiemy ostatnio aż za dobrze, jak te sprawy są ze sobą splątane. Natomiast na platformie Polymarket (druga z dwóch największych w USA, numer jeden to Kalshi) działa w swoich osobistych sesjach trwających tydzień, co kilka tygodni. Czyli wchodzi w tryb transakcyjny, zakładając się z innymi graczami, co jakiś czas, a nie non-stop. Twierdzi, że gdyby to robił częściej, wyczerpałoby go to psychicznie i pogorszyłoby jakość jego decyzji. A to przełożyłoby się na spadek dochodów.
Ronaldo płakał czy to był pot? "Zależało od tego, kto dostanie duże pieniądze"
Zakłady mogą być o wynik wydarzeń sportowych, o to czy wybuchnie kolejna wojna, czy w wojnie się toczącej wydarzy się to czy tamto, czy Cristiano Ronaldo uroni łzę po zakończeniu meczu. Przy rozstrzyganiu tego akurat zakładu - chodziło o mecz na niedawnych mistrzostwach świata - doszło do kontrowersji: płakał czy też nie były to łzy, lecz krople potu? I nie było to zagadnienie pudelkowe, bo zależało od tego, kto dostanie duże pieniądze. W praktyce funkcjonowania platform predykcyjnych zdarza się, że dochodzi do problemów z ustaleniem, jak się dany zakład rozstrzygnął.
Mój typ gracza przypomina zatem sylwetkę inwestora lub spekulanta giełdowego, tego z tradycyjnych rynków instrumentów finansowych. Mechanizm transakcyjny jest też podobny. To nie bukmacherka, gdzie organizator zakładów, czyli firma bukmacherska, ustala prawdopodobieństwa danego wydarzenia, a grający zakładają się przeciwko niej jako kontrpartnerowi. Na platformach predykcyjnych prawdopodobieństwo nastąpienia określonego zdarzenia wynika z tego, jak obstawiają je poszczególni gracze. To jest rynek w giełdowym sensie. Na giełdzie jedni sprzedają a drudzy kupują. Tutaj jedni mówią "tak", a drudzy "nie", odpowiadając na pytanie o to, czy dane zdarzenie wystąpi. Ściślej, kupują kontrakty (zakłady), po takiej cenie, jaka w danej chwili obowiązuje na rynku.
Ale to podobieństwo techniczne. Dopiero inne ma znaczenie fundamentalne, choć zawiera ono w sobie także podstawową różnicę między obrotem na giełdzie akcji a handlem na platformie predykcyjnej. Zaobserwowanie tej różnicy prowadziło do innowacyjnej myśli, jaka powstała w głowie współzałożycielki Kalshi, Luany Lopes Lary, gdy pracowała ona w nowojorskim funduszu inwestycyjnym.
Czym różni się inwestowanie na giełdzie od platform predykcyjnych?
Zacznijmy od podobieństwa: inwestorzy giełdowi, handlujący akacjami, przez pryzmat swych decyzji dają wyraz określonemu przewidywaniu. Jak długo potrwa pandemia i czy może się zdarzyć kolejna. Czy Trump zaatakuje Iran. Czy Unia zmieni regulacje co do samochodów z silnikami spalinowymi. Czy średnia temperatura najbliższego lata w jakimś regionie przekroczy 30 stopni. Wszystkie te kwestie wpłyną na kursy instrumentów finansowych.
Stąd kolejny krok w rozumowaniu: skoro fundusze i indywidualni inwestorzy kupują te a nie inne akcje, bo tak a nie inaczej przepowiadają przyszłość i potem albo tracą, albo zyskują, to mogliby przecież przepowiadać przyszłość bezpośrednio, bez wydawania pieniędzy na te zakupy. I podobnie jak na rynku giełdowym, zarabiać lub tracić pieniądze na prognozach.
Platformy predykcyjne mogą pełnić i już pełnią, rolę społeczną i polityczną. Z tego powodu zdaje się, że nie wszystkim by się podobały. Gdy ludzie głosują - prognozowanie jest opowiedzeniem się za jakimś wariantem przyszłości - ale zasadniczo nic ich to nie kosztuje, to wynik takiego głosowania może nie być miarodajny dla ustalenia, co ludzie tak naprawdę myślą o przyszłości. Inaczej wygląda to wtedy, gdy wiedzą, że zarobią lub stracą istotne dla nich pieniądze. Zatem działa tu ogólny mechanizm: ryzyko i nagroda motywują do racjonalnych sądów i decyzji, a poprzez to kształtują prognozę, jak ludzie będą rzeczywiście zachowywać się w przyszłości.
Oczywiście nadal znaczenie mają emocje, podobnie jak na giełdzie, ale to dobrze. Dobrze w tym sensie, że to przynosi wartościowy wynik co do tego, jak będzie układać się przyszłość. Bo przyszłość będzie między innymi bilansem wyborów ludzi, podejmowanych również w oparciu o emocje.
Rzecz jasna rynek prognoz też się czasem myli. Dotyczy to jednak w takim samym sensie rynków akcji i obligacji. I tu i tam inwestorzy czy grający podlegają instynktowi stadnemu, tendencji do poszukiwania i potwierdzenia swoich poglądów, syndromowi społecznego dowodu słuszności, nadmiernej pewności siebie i innym błędom poznawczym. I tu i tam płaci się za nie cenę.
Gdyby w Polsce istniała obecnie platforma predykcyjna, angażująca pieniądze wielu graczy, można by otworzyć na niej zakład oparty na pytaniach: czy prezydent Nawrocki podpisze ustawę o OKI (osobistych kontach inwestycyjnych). A jeśli podpisze, to czy OKI zbiorą w roku 2027 co najmniej 100 milionów oszczędności Polaków. A może, czy zbiorą co najmniej miliard?
To, co przewidują na te tematy gracze, pokazywałaby cena kontraktu (zakładu). Bardzo wysoka cena kontraktu przy pytaniu o minimum 100 milionów w OKI - rynek uważa taki wynik wprowadzenia OKI za niemal pewny. Niska cena - rynek sądzi, że są jakieś wewnętrzne (tkwiące w konstrukcji tego rozwiązania podatkowego) lub zewnętrzne (lub i jedne, i drugie) przyczyny, dla których projekt Oki przynajmniej na przestrzeni roku 2027 zakończy się porażką. Albo że z jakiegoś powodu jego rozruch będzie wybitnie niemrawy.
Oczywiście dziś jesteśmy już w przededniu wprowadzenia tej konkretnej zmiany. Dlatego też wypowiedzi ekspertów w mediach - sam udzieliłem takiej, poproszony przez jedno z mediów finansowych, a także nieproszony zabrałem na ten temat głos w felietonowym tonie w Interii - pojawiają się wtedy, gdy już wszystko jest pozamiatane. Zaś polityk najwyżej może się zastanawiać nad korektami w triumfalnie wprowadzonej regulacji (mało prawdopodobne, w każdym razie to też nadaje się jako zakład do otwarcia na platformie predykcyjnej - "czy będą zmiany?"). Ale gdyby na platformie predykcyjnej uruchamiano kontrakty już wtedy, gdy politycy lub regulatorzy prezentowaliby swoje pomysły? Ekspert niewiele ryzykuje i dość często jeszcze na wszelki wypadek nie jest jednoznaczny, bo nie chce podpaść władzy swoim komentarzem. Anonimowy rynek jest natomiast bezlitosny.
Dzisiaj politycy ogłaszają sukces swoich projektów na konferencjach prasowych. Na rynku predykcyjnym sukces byłby codziennie wyceniany. I być może właśnie dlatego wielu polityków nie polubiłoby takich rynków.
Na platformach predykcyjnych nie chodzi o hazard lecz o prognozę zdarzeń "realnego świata"
Ważne zastrzeżenie: na platformach predykcyjnych, gdzie nie chodzi o hazard, lecz o prognozę zdarzeń "realnego świata", dla wartości tych prognoz najważniejsza jest płynność. A zatem nie tylko wartość finansowa, którą jedna strona rynku traci, a druga zyskuje, lecz i liczba uczestników. Znowu tak samo jak na giełdzie papierów wartościowych, gdzie bez wysokiej płynności trudno mówić o wiarygodnej wycenie rynkowej notowanych na giełdzie przedsiębiorstw.
Unia Europejska, będąca fabryką regulacji, powinna sprzyjać powstawaniu platform predykcyjnych. Byłoby to ważny instrument poprawiania prawa a także redukowania jego ilości. Prawdziwa cnota krytyki się nie boi. A wiedza o prawdopodobieństwie jest również wiedzą.
Pytanie, czy nie baliby się jej politycy i regulatorzy, jeśli z tą krytyką trudno byłoby dyskutować, a przede wszystkim trudno byłoby ją zbyć milczeniem lub kpiną. Stałyby za nią przecież opinie i pieniądze graczy, będących zarazem wyborcami. To zupełnie inna sytuacja niż sondaż poparcia lub panel ekspertów albo dokument programowy partii jako wyrocznie sensu i skuteczności działań.
Unia musiałaby zapewne wprowadzić dobre regulacje dotyczące funkcjonowania platform, na przykład ograniczające ryzyko wpływania na samo zdarzenie, będące przedmiotem zakładu, przez graczy. Takie sytuacje są już znane na rynku amerykańskim. A europejska biurokracja niczego bardziej nie lubi niż regulować. Może zatem dlatego dopuści do działania platformy predykcyjne, aby dać samej sobie zajęcie.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.
















