Z góry przepraszam, że zajmę się w tym felietonie małymi sprawami, co niemalże nie wypada, gdy tyle potężnych procesów zachodzi wokół nas.
Powstały propozycje "deregulacji". Wiele z nich zostało wprowadzonych w życie
Pisałem tu już o deregulacji, w sensie akcji zainicjowanej przez propozycję współpracy rzuconą przez premiera w kierunku R. Brzoski. W ten sposób powstała inicjatywa SprawdzaMY.
To anegdotyczne zdarzenie zrodziło u mnie szereg kąśliwych uwag: aha, czyli że niektórzy przedsiębiorcy uważają za wielki postęp to, że rząd obiecał, że zacznie z nimi rozmawiać (szczerze to myślałem wcześniej, że jest to psi obowiązek rządu w demokracji); aha, czyli skoro rząd nie potrafi sam zderegulować, to znaczy że najpewniej regulował też na chybił trafił, byle jak najwięcej zamocować śrub i jak najsilniej je dokręcić - i teraz się boi, że po wyjęciu kilku śrubek konstrukcja mu się zawali.
No ale dobrze, zaczęły powstawać propozycje "deregulacji" i wiele z nich zostało nawet wprowadzonych w życie. To znaczy uzyskały podpis prezydenta, bo czy wprowadziły się do życia gospodarczego, to nie wiem, i o analizach w tym przedmiocie nie słyszałem.
Deregulacja jest jedynie doraźną akcją
Jest natomiast rzeczą jasną, że zajęcie deregulacyjne nie skończy się nigdy, bo w Polsce wszystko w tej materii przebiega według zasady wahadła. A to z tego względu, że deregulacja nie jest zmianą kulturową, mentalnościową czy ustrojową, albo choćby modą, lecz jedynie doraźną akcją.
Dokładnie jest to widoczne poprzez projekt nowelizacji ustawy w kierunku rozszerzenia odpowiedzialności podatkowej osób powiązanych ze spółkami kapitałowymi.
Właśnie procedowany projekt rządowy odchodzi od modelu, w którym odpowiedzialność za zaległości podatkowe spółki kapitałowej dotyczy członków zarządu. W projekcie zapisano wprost, że ma on określić zasady przypisania odpowiedzialności "członkowi zarządu i innym podmiotom prowadzącym sprawy spółki kapitałowej". W komentarzach do projektu wskazano już, że organy będą próbować sięgać np. do menedżerów liniowych i operacyjnych, dyrektorów poszczególnych pionów, prokurentów, a w szczególnych sytuacjach nawet członków rady nadzorczej.
Podobno to znowu wynika z jakiejś regulacji europejskiej. Notabene jest ciekawe, że w dziedzinie implementacji przepisów zaostrzających, i to radykalnie, finansową odpowiedzialność oraz kontrolę obywateli jesteśmy prymusami (vide KSEF).
Przewiduję, że te nowe przepisy spowodują skutki dewastacyjne - dla kompozycji organów spółek, dla zaangażowania udziałowców i akcjonariuszy w sprawy spółki, dla ich chęci inwestowania swojego kapitału, dla realności koncepcji "smart money" wnoszonego przez inwestora, dla rozwoju rynku kapitałowego, dla finansowania przedsięwzięć wyższego ryzyka, i tak dalej, i tym podobne.
W związku z tym nie wiem, jaki jest obecnie bilans deregulacji i nadregulacji.
Mamy pana płaszcz i co pan nam zrobi?
Dla równowagi pomyślałem, że przecież heroldowie projektu SprawdzaMY podkreślali, że udało się wprowadzić domniemanie niewinności podatnika. Jak zwał, tak zwał, konstrukcyjnie nie jest to tego rodzaju domniemanie, ale miało być bardzo bliskim kuzynem tegoż. SprawdzaMY to sprawdzamy, a raczej sprawdziłem. No i to jest śmiech na sali.
"W postępowaniu podatkowym wszczętym z urzędu niedające się usunąć wątpliwości co do stanu faktycznego rozstrzyga się na korzyść strony". Otóż organ zawsze może stwierdzić, że takowych wątpliwości w sprawie nie ma, bo owszem, wątpliwości może jakieś i były oraz są, ale wszystkie dają się usunąć. A poza tym, co to właściwie znaczy "usunąć", a zwłaszcza "usunąć w postępowaniu"? Bo potrafię sobie tu wyobrazić różne operacje intelektualne, na przykład: "usunąć, to znaczy zignorować i już nigdy do tematu nie wracać". Albo: "stwierdzić, że na pewno dałoby się je usunąć, ale szkoda nam czasu i zachodu, by to robić, przecież chodzi tylko przekonanie, że coś dałoby się usunąć, gdyby nam się chciało albo gdyby podatnik sam się przyznał". Czyli, na koniec, właśnie, że mamy pana/pani płaszcz, i co pan/pani nam zrobi? Najwyżej w pismach prawników reprezentujących podatników zaroi się od erystyki na temat wątpliwości, których nie dawało się usunąć, a jednak zostały uznane, ku naszemu ubolewaniu, za usuwalne.
Ale puenta w tym przepisie jest parę zdań dalej. Szlachetnej zasady rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika nie stosuje się, w przypadku gdy "sprzeciwia się temu ważny interes publiczny, w tym istotny interes państwa". A czy interes fiskalny państwa jest interesem publicznym? No raczej! A czy jest on ważnym interesem publicznym, czy też nieważnym interesem publicznym? Hmm, a kto to w ogóle takie pytanie zadaje, zdrajca czy prowokator?
Wiele trzeba zmienić, by wszystko pozostało po staremu, jak stwierdził klasyk.
Można było ewentualnie pomyśleć o obywatelach i zapisać w ustawie, że w postępowaniu podatkowym wszelkie decyzje mogą być oparte wyłącznie na okolicznościach faktycznych, które w każdym aspekcie są pewne i nie podlegają żadnym wątpliwościom. I bez wyjątków. Byłoby to jednak zbyt niebezpieczne dla interesu publicznego. I to jest istota deregulacji w stylu polskim.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














