Teoretycznie chyba tak powinno być, to znaczy głos kogoś, kto ma coś do powiedzenia, powinien ginąć w potopie informacji, poglądów, opinii, obrazków i wygibasów.
Na szczęście tak nie jest, bo zdarza się, że ta papka sublimuje się do czegoś, co należałoby wymyślić, gdyby to coś wskutek inwazji przeciętności nie zaistniało. Innymi słowy, czasami dzięki internetom dzieje się coś ważnego.
"Lepiej, by wszyscy myśleli tak jak Bartosiak"
Takim ważnym zjawiskiem jest Jacek Bartosiak. A wykazuje mi to następujący sylogizm:
Najważniejszą funkcją państwa polskiego jest zapewnianie bezpieczeństwa obywatelom. Nie działanie w sprawach gospodarczych, nie kreowanie ideologii. Przedsiębiorcy poradzą sobie bez nadmiernej, a czasem myślę, że nawet w ogóle bez aktywności państwa. A bez ideologii, która w polskich realiach przybiera od razu postać bijatyki, wszystkim żyłoby się swobodniej. Natomiast bezpieczeństwa publicznego obywatel sam sobie nie załatwi, do tego państwo jest niezbędne.
Skoro tak, to najważniejszym polskim tematem politycznym jest geopolityka. A skoro tak, to każdy, kto o tej geopolityce i wyborach stojących przed Polską mówi przenikliwie, a zarazem ma wpływ na opinię zbiorową, jest kimś ważnym i odpowiedzialnym. A każdy, kto myśli komunałami, powierzchownie, doraźnie i uprawia przy tym politykierstwo, mając zarazem narzędzia do zmiany rzeczywistości, jest zwyczajnym - choć niezwyczajnie niebezpiecznym - fircykiem. To jedna z rzeczy, które pośrednio pozwalają zrozumieć wywody Bartosiaka.
Dzisiaj wszyscy powinniśmy myśleć jak Bartosiak. Facet pewnie się trochę myli, trochę przesadza, a przyszłość pokaże, w jakich sprawach przewidział trafnie, a w jakich nie. Ale jakkolwiek szeroki czy wąski może być ten margines błędu, dla bezpieczeństwa Polski lepiej, by politycy i zwłaszcza rządzący, a także my wszyscy, myśleli tak jak Bartosiak, a nie tak jak fircykowie. I kropka.
Krzysztof Stanowski. "Dobrze, że sam się wymyślił i jest"
A drugim facetem, którego należałoby wymyślić w polskim internecie, gdyby go nie było, jest Krzysztof Stanowski. Dobrze, że sam się wymyślił i jest. I to w odsłonie dość nieoczekiwanej. Otóż jest prawdopodobne, że Stanowski zrobił dla ekosystemu innowacji i przedsiębiorczości coś konkretnego, czego ten ekosystem nie był w stanie sam wyprodukować, a co dla jego kondycji ma zasadnicze znaczenie.
Mam na myśli bardzo głośną w niektórych kręgach rozmowę w Kanale Zero z Olgą Malinkiewicz, a potem z Dawidem Zielińskim. Chodzi, najogólniej rzecz ujmując, o spółkę Saule i innowację technologiczną opartą na materiale zwanym peroskwitami. Nazwa ta mnie osobiście kojarzy się z bakterią lub jakimiś niedobrymi grzybami. I złych bakterii, infekcji oraz toksyn jest w tej historii sporo. Notabene zastrzegam, że na oko, w tym oko z siatkówką uwrażliwioną na kwestie regulacyjno-prawno-finansowe, wydaje mi się, że tu nie ma jednego winnego, w tej całej historii.
Ale poczyniwszy to zastrzeżenie, myślę dalej. Nawet jeśli wszystkie zaangażowane w historię strony przyczyniły się do wyhodowania tych toksyn i złych bakterii, to kto powinien był wykazać większą mądrość i inteligencję biznesową? Debiutantka w biznesie czy starzy wyjadacze? Kto powinien odznaczyć się wyczuciem, gdzie leży i od czego zależy strategiczny interes i budowa wartości spółki?
Dobrze, że wprowadzono do publicznego obiegu temat, który dla zdrowia ekosystemu jest kluczowy. To, że jego jakość zależy od jakości inwestorów. Bo w kapitalizmie łatwo jest ulec pokusie, by pieniądze stanowiły wystarczające usprawiedliwienie dla wszelkiego rodzaju działań. Bo skoro ktoś daje pieniądze, to znaczy, że ma we wszystkim rację i jest generalnie niekrytykowalny. A tymczasem taki pogląd jest zwyczajnie prostacki. Od inwestora, także mniejszościowego, należy oczekiwać odpowiedzialności tak samo, jak oczekujemy jej od menedżerów spółki czy jej założycieli.
To nie są bzdurki czy frazesy. Frazesem jest powiedzieć, że inwestor ma zawsze rację. Oczekujemy od wszystkich, którzy w spółkach mają instrumenty władzy, że będą zachowywać się przyzwoicie i dbać o interesariuszy przedsiębiorstwa. To powinno dotyczyć nie tylko zarządów czy głównych właścicieli, lecz także mniejszych inwestorów, którzy "weszli" na akcje lub udziały albo sfinansowali coś instrumentem pożyczkowym, a instrumenty władzy nabyli w umowie inwestycyjnej. Oni także powinni się "zachowywać."
Pieniądze nie są paszportem umożliwiającym wjazd dokądkolwiek, czasem potrzebna jest wiza.
Inwestor, który tego nie rozumie lub rozumiejąc, ma to w tak zwanym głębokim poważaniu, jest częściowo inwestorem, a częściowo fircykiem.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.













