Joseph E. Stiglitz. Droga do wolności. Ekonomia i budowa dobrego społeczeństwa. Przeł. Marek Rostocki. Wydawnictwo Prześwity. Warszawa 2025
Joseph Stiglitz - lub jak kto woli bardziej familiarnie "Joe" - to jeden ze świętych ekonomistów liberalnej Ameryki. Nie od wczoraj i nawet nie od zeszłej jesieni. Przynajmniej przez 40 ostatnich lat na pierwszej linii ekonomii i polityki. Skromne początki w robotniczej powojennej Ameryce. Ale potem już tylko establiszmentowa karuzela: uniwersytet, administracja Clintona, Bank Światowy, op-edy w "New York Timesie" i nobel od Banku Szwecji. Tak to się w jego życiu kręciło.
Stiglitz "zaciera ślady zbrodni"
Na starość Stiglitz został zaś zatwardziałym krytykiem neoliberalnego szaleństwa. Jego "Droga do wolności" jest więc dokładnie o tym samym, co ostatnie pięć książek. Ich jakże odkrywcza teza głosi, że to neoliberalizm uczynił ze współczesnej Ameryki kraj XIX-wiecznych nierówności, startej w drobny mak umowy społecznej i polaryzacji o temperaturze, która już dawno rozwaliła wszystkie termometry. Ta teza jest oczywiście prawdziwa, choć w międzyczasie wytarta i banalna do niemożliwości. Ale jest i kłopot. Polega on na tym, że sam Stiglitz niezwykle lakoniczny w ocenie swojej własnej - niemałej przecież - roli w tegoż neoliberalizmu ochoczym budowaniu. O tym cicho sza!
Kiedyś wydawało mi się, że Stiglitz chce się tymi książkami po prostu zrehabilitować. Jak klasyczny skruszony grzesznik, który postanowił zostać świętym. Ale po "Drodze do wolności" zacząłem podejrzewać, że jest dużo gorzej. Mam wrażenie, że Stiglitz tylko pozornie chce naprawiać, bajdurząc o budowie dobrego społeczeństwa bez obsesji PKB i w oparciu o "dobro wspólne". Tymczasem on tak naprawdę… zaciera ślady zbrodni. Jego prawdziwym celem jest budowanie takiej opowieści o korzeniach złego neoliberalizmu, w której winni są zawsze "tamci". Tamci, czyli zła prawica. "Jako decydent w Waszyngtonie, doradca i komentator wydarzeń gospodarczych widziałem wolność w innym świetle aniżeli Bush, Reagan i inni przedstawiciele prawicy" - pisze Stiglitz w wstępie. No i jest! Mamy winnego! Winnym neoliberalizmu w USA jest oczywiście amerykańska prawica. Prezydenci Reagan i Bush-owie. Oraz ich ideowi mocodawcy Milton Friedman i Friedrich von Hayek. Tam szukajcie winnych. To oni zniszczyli Amerykę i świat. Tak było!
"Zaraz, zaraz, a wy drodzy liberałowie?"
Tak właśnie pokrzykuje na czytelnika poczciwy Joe Stiglitz z kart tej książki. Odsyłając do kolejnych dzieł konserwatywnych myślicieli oraz do wypowiedzi prawicowych polityków. Metoda jest następująca: im mocniej i głośniej będzie wybrzmiewał ten argument o prawicowym neoliberalizmie, tym mniejsza szansa, że jakiś śmiałek zapyta: zaraz, zaraz, a wy drodzy liberałowie? Serio nie mieliście z tym całym neoliberalizmem nic wspólnego?
A mieli wiele wspólnego. I to wcale nie mniej niż ta owa legendarna prawica. Zwłaszcza w czasach rządów demokraty Billa Clintona. To wówczas przeprowadzono w Ameryce największą w dziejach deregulację systemu bankowego, która była główną przyczyną krachu finansowego roku 2008. To za czasów Clintona demokraci postawili na uwolnienie światowego handlu, otwierając globalizację na skalę, od której Reaganowi czy Bushowi starszemu spadłyby z wrażenia kapcie. To tamte posunięcia (zwłaszcza układ NAFTA i powstanie Światowej Organizacji Handlu) są główną przyczyną zamordowania amerykańskiej wytwórczości i pauperyzacji ogromnej części amerykańskiej klasy robotniczej. Jeśli zastanawiacie się, dlaczego głosują oni dziś na Trumpa, a nie na następców Clintona, to właśnie dlatego. Na dodatek to właśnie Clinton uparł się, by pokazać w wyborach nadwyżkę budżetową i rozpoczął proces demontażu amerykańskiego państwa dobrobytu. On to uczynił, a nie żaden Reagan.
A chcecie wiedzieć, kto należał do grona współtwórców clintonowskiej agendy ekonomicznej? Tak, dobrze zgadujecie. Joseph Stiglitz we własnej osobie. Wpierw jako członek, a potem szef prezydenckiej Rady Doradców Ekonomicznych. Do tego jeszcze kariera w Banku Światowym i to bynajmniej nie na stanowisku kierownika działu mopów i szczotek. W międzyczasie zaś otwarte łamy najbardziej opiniotwórczych mediów liberalnej Ameryki.
"Można dostać wszystkie nagrody i oblać najprostszy test"
Poczytajcie sobie "Drogę do wolności" po tym kątem, a zobaczycie, że ten swój udział w najbardziej neoliberalnej z neoliberalnych amerykańskich administracji Stiglitz tłumaczy półgębkiem. "W okresie od prezydentury Reagana do rządów Clintona kolejne administracje rozszerzyły wolność banków" - pisze w bardzo charakterystycznym stylu, by nikt nie powiedział, że pominął. Ale bez chęci pogłębienia tematu. Układ NAFTA, przez który rozpoczął się proces eksportowania miejsc pracy do Meksyku i Kanady też zawarł się sam, bo "wszyscy wierzyli w konsensus waszyngtoński". Stiglitza oczywiście nie było wtedy w pokoju, bo był zajęty innymi sprawami. A tak w ogóle to porozmawiajmy lepiej o winach złych prawicowców. Wczoraj, dziś i na wieki.
Przykro to mówić, ale Joseph Stiegliz pokazuje, że można dostać wszystkie najważniejsze nagrody na kuli ziemskiej i zasiadać we wszystkich najważniejszych komisjach ds. reformy wszystkiego, ale jednocześnie oblewać najprostszy test na intelektualną uczciwość. Zamiast spojrzeć na swoje ideowe wybory jeszcze raz, z choćby dozą autokrytycyzmu (Stiglitzowi naprawdę już nikt nic nie może), wyciągając z tego wszystkiego jakieś głębsze wnioski godne noblowego intelektualisty, ten serwuje czytelnikom fałszywą tezę o prawicowym rodowodzie neoliberalizmu. Na dodatek grubymi nićmi szytą, bo opartą wyłącznie na założeniu ignorancji czytelnika.
I tylko poważnemu wydawnictwu się dziwie, że tłumacząc Stiglitza na polski w całym tym kuglarstwie uczestniczy.
Rafał Woś
Śródtytuły pochodzą od redakcji.
Cykl "Półka Ekonomiczna" w Interii Biznes co drugi wtorek.












