Malcolm Harris. Palo Alto. Historia Kalifornii, mit Doliny Krzemowej i technokapitalizm. Przeł. Grzegorz Kuśnierz. Wydawnictwo Prześwity. Warszawa 2026
Dlaczego akurat Palo Alto?
Czemu tam wybuchła gorączka złota i dlaczego stamtąd wyszedł impuls dla rozbudowy kolei żelaznych na niespotykaną dotąd skalę? Dlaczego tam zbudowano Hollywood? Czemu właśnie tam rozkwitła kontrkultura hippisowska? Dlaczego akurat tam rozkwitła cała tzw. Dolina Krzemowa z jej apple'ami, smartfonami, internetem, płatnościami elektronicznymi, wyszukiwarką Google'a i sztuczną inteligencją? Mało to na świecie innych pięknych miejsc o podobnie idealnym klimacie, pięknej przyrodzie i podobnym natężeniu dobrych uniwersytetów, dobrze płatnych posad i masy ciekawych ludzi? Czemu akurat tam?
Odpowiedzi na te pytania szukał już w roku 1880 sam Karol Marks. Wyraził to w liście do działającego w Ameryce niemieckiego komunisty Fryderyka Sorgego. "Byłbym nader kontent, gdyby raczył Pan wyszukać dla mnie coś treściwego o stosunkach gospodarczych w Kalifornii" - pisał Marks z Londynu. Kalifornia była dla niego ważna, bo - jak sam pisał - "nigdzie indziej skumulowany kapitalizm nie dokonał przewrotu równie szybko i bezczelnie". Musiało to staremu Marksowi (umrze trzy lata później) mocno zaprzątać myśli, bo skoro poprosił Sorgego, by przesłał mu wyniki kwerendy na jego (tj. Marksa) koszt. Co było dla autora "Kapitału" prośbą dość nietypową.
150 lat później odpowiedzi Marksowi postanowił dostarczyć Malcolm Harris. Jego analiza stosunków gospodarczych w Kalifornii jest imponująca i liczy sobie przeszło 700 stron, co czyni z książki księgę poważnego ciężaru. Nie tylko gdy chodzi o wagę.
Imponujący jest też zakres opowieści. Większość opowieści o systemowej roli Kalifornii we współczesnym amerykańskim i światowym kapitalizmie ogranicza się do Doliny Krzemowej. Taka opowieść rozpoczyna się więc gdzieś w latach 60., gdy przy wsparciu świetnych kalifornijskich uniwersytetów technicznych realizowane są zamówienia potrzebne do utrzymania przewagi technologicznej USA w zimnej wojnie ze Związkiem Radzieckim. Po kryzysie lat 70. branża dostaje kolejny zastrzyk energii w czasach reaganowskich "gwiezdnych wojen". Pod koniec dekady lat 80. Ameryka wygrywa. Także dzięki technologicznej wkładce od Kalifornijczyków.
Tamte procesy tworzą jednak specyficzny ekosystem, w którym wojskowe wynalazki zaczynają przenikać do sektora cywilnego, dając początek boomowi na technologie takie jak internet, GPS albo algorytmy do przeszukiwania sieci. Setki dobrze podczepionych pod publiczne finansowanie przedsiębiorców zaczyna je monetyzować, osiągając nieprawdopodobne zyski. Te zyski napędzają kolejne. Rodzi się potęga Apple'a, Google'a, PayPala i innych. Świat poznaje najpierw Jobsa, a potem jego młodszych kolegów Thiela, Muska i gości od OpenAI.
Czy bunt jest płodny czy jałowy?
Ta Dolina Krzemowa jest już w międzyczasie opisana na wiele różnych możliwych sposobów. Od peanów pochwalnych po krytyczne rozrachunki w duchu Mariany Mazzucato (technobaronowie uwłaszczyli się na publicznych technologiach) czy Shoshanny Zuboff (potęga Doliny Krzemowej jest rodzajem rabunku na pozostałej części społeczeństwa).
W "Palo Alto" rozmach jest jednak większy. Malcolm Harris zaczyna swoją opowieść znacznie wcześniej. Sięga do początków amerykanizacji Kalifornii w XIX wieku i do tamtejszej akumulacji pierwotnej. Czyli do zagarnięcia bogatej w surowce ziemi, po którym nastąpiło szybkie przekształcenie jej w śmiały projekt rozwojowy. Właśnie tamten przyjęty wtedy model Harris uważa za sedno owego kalifornijskiego ducha. Zawsze na całego, zawsze bez hamulców, zawsze trochę z dala i bez oglądania się na opinie innych. W efekcie do dziś w Kalifornii robi się to w ten sam sposób. Tak jak kiedyś dobywano tu złota i kładziono koleje żelazne bez oglądania się na koszty (także ludzkie). Tak i dziś eksplorowane są w tej samej Kalifornii granice człowieczeństwa przy rozwoju technologii sztucznej inteligencji i transhumanizmu. Zawsze tak było.
Ciekawe jest oczywiście także to, że sam autor jest właśnie z… Palo Alto. Co wpisuje go - nieco nawet karykaturalnie - w klasyczny obraz bananowego młodzieńca, który podejmuje odwieczną próbę rozliczenia się ze swoim własnym dziedzictwem. Nie mam powodów, by powątpiewać w autentyczność tego buntu. Pytanie, z którym zostałem po lekturze "Palo Alto" brzmi jednak, czy jest to bunt płodny, z którego wyniknąć może autentyczna społeczna zmiana? Czy może bunt jałowy, ochoczo konsumujący swój krytyczny sprzeciw na pluszowym krzyżu moralnej słuszności?
A Wy - drodzy czytelnicy - jak sądzicie? Tylko poważne propozycje poproszę...
Rafał Woś
Śródtytuły pochodzą od redakcji.
Cykl "Półka Ekonomiczna" w Interii Biznes co drugi wtorek.













