W natłoku zdarzeń mogło ujść waszej uwadze, że na początku tego lata w Szwajcarii doszło do ważnego referendum na temat migracji. Wnioskodawcy głosowania chcieli wyraźnie ustanowić górną granicę populacji tego alpejskiego kraju na poziomie 10 milionów. Dziś w Szwajcarii żyje ponad 9 milionów ludzi.
Referendum w Szwajcarii. "10-milionów i wystarczy"
Polski odbiorca w pierwszym odruchu może zareagować na szwajcarską inicjatywę zdziwieniem. My jesteśmy przecież ostatnio nawykli do rytualnych narzekań na to, że "wymieramy" a wraz ze scenariuszami zmniejszenia się polskiej populacji rysowane są nam przed oczami wizje kolejnych katastrof demograficznych, budżetowych czy emerytalnych. O co więc tym Szwajcarom chodziło? Czyżby chcieli popełnić zbiorową eutanazję?
Aby zrozumieć motywacje pomysłodawców referendum trzeba oczywiście wspomnieć, że akurat w Szwajcarii populacja w ostatnich czasach mocno rośnie. Jeszcze w roku 2002 w alpejskiej republice spod znaku sera, banków i pięknych widoków ludzi było tylko 7 milionów. Dziś jest ich - jako się rzekło - o jedną piątą więcej. Sęk jednak w tym, że już prawie 30 procent mieszkańców Szwajcarii to nie są szwajcarscy obywatele.
W kampanii referendalnej podnoszono różne argumenty. Zwolennicy ustalenia górnej granicy populacji (w miarę zbliżania się do której wprowadzenie moratorium migracyjnego byłoby obowiązkiem władz) podnosili rozmaite argumenty. Mówiono o przeludnieniu niektórych obszarów, nadmiernej presji na infrastrukturę drogową albo instytucje państwa opiekuńczego, stale nakręcającym się głodzie mieszkaniowym, a nawet o negatywnych ekologicznych konsekwencjach nadmiernej ilości ludzi przebywających na stałe w Szwajcarii.
Referendum szybko przerodziło się jednak oczywiście w plebiscyt na temat generalnej filozofii migracyjnej. Zwolennicy zatrzymania wzrostu populacji na wspomnianych 10 milionach wskazywali, że wielkimi krokami zbliża się moment, gdy masa krytyczna zostanie przekroczona. To znaczy odsetek ludności napływowej przekroczy liczbę rodowitych Szwajcarów. I nie chodzi tu bynajmniej o Włochów, Niemców albo Austriaków, którzy woleli zamieszkać po szwajcarskiej stronie zamiast w swoich wioskach i miasteczkach. Tylko oczywiście o napływającą tu od dwóch dekad szerokim strumieniem ludność obcą Szwajcarii kulturowo oraz etnicznie. Jeżeli przegapimy ten moment - powiadali - to powrotu już nie będzie.
Takie podejście było oczywiście otwarcie zwalczane przez szeroki sojusz establiszmentowych partii liberalnych oraz lewicowych. A także przez szwajcarski rząd. Do tradycyjnego zestawu zaklęć na temat "prawicowego populizmu" oraz "ksenofobii" przeciwnicy referendum dodali argumenty praktyczne (konieczne będzie przymknięcie granic z sąsiadami z UE) albo ekonomiczne (powstrzymanie migracji przyniesie wzrost kosztów prac i usług wykonywanych dziś przez migrantów).
Moratorium migracyjne. 45 proc. zagłosowało "za". "To absolutnie nie jest koniec tematu"
Ostatecznie referendum padło. Choć jednocześnie trzeba zauważyć, że różnica głosów nie była wielka. Przeciw postulatowi "10-milionów i wystarczy" głosowało 55 procent. Za było 45 procent głosujących. Frekwencja wyniosła 60 procent.
Patrząc na dynamikę polityczną w Europie wydaje mi się, że ten szwajcarski eksperyment to absolutnie nie jest koniec tematu. Tylko przeciwnie - raczej początek serii zdarzeń o podobnym charakterze w różnych częściach starej Europy. Oczywiście nie wszędzie będą to referenda, bo one są akurat specyficzne dla szwajcarskiego systemu politycznego. W większości innych krajów będzie to raczej coraz bardziej konkretne stawianie kwestii moratorium migracyjnego na agendzie bieżącej polityki. Ale już nie "na miękko" jako otwarcie debaty. Ta debata trwa już od dawna i na tym etapie zdecydowanie nie wystarcza.
Coraz bardziej widoczna jest potrzeba konkretnych rozwiązań. Sprowadzających się do odpowiedzi na pytanie, jak w praktyce ograniczyć (a może nawet wstrzymać) na pewien czas zupełnie wpuszczanie do kraju i legalizowanie pobytu migrantów spoza obszaru Unii Europejskiej.
Radykalnie odmienne koncepcje polityki migracyjnej (takie jak polityka łatwej ścieżki do obywatelstwa dla przybywających do Hiszpanii) będą te tendencje w pozostałych krajach Europy tylko przyspieszać. Jeszcze jeden albo dwa kryzysy migracyjne na wzór tego niedawnego w hiszpańskiej Ceucie (gdy do UE próbowało dostać się w ciągu jednej doby 60 tysięcy ludzi), a nawet kraje dotąd impregnowane na tzw. prawicowy populizm zaczną przechodzić na pozycje pragmatycznego zamknięcia i migracyjnego realizmu. Strawnych w swej formie nawet dla tych środowisk, które dotąd z dumą obnosiły się swoim "otwartyzmem" niczym orderami moralnej wyższości.
Rafał Woś
Autor felietonu przedstawia własne poglądy i opinie.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.












