Gdy Prawo i Sprawiedliwość zaprezentowało niedawno projekt budowy nowego wielkiego portu morskiego, publicysta Piotr Gursztyn przedstawił na X siedem etapów tego, co się będzie z tym projektem dalej działo. Wpis był oczywiście na pozór żartobliwie ironiczny, ale jednocześnie miał w sobie cholernie dużo racji. Na tyle dużo, że warto go tu przytoczyć i nieco rozwinąć.
Po co Polsce kolejny port? "Nasi niemieccy przyjaciele i konkurenci uważnie obserwują"
"Etap pierwszy: po co? Przecież już jest w…" I faktycznie nie minęło wiele czasu, a natychmiast w przestrzeni publicznej podniosły się głosy, że nowy port będzie stanowił niepotrzebną konkurencję dla istniejących już portów w Gdyni, Gdańsku czy próbującym się rozbudowywać Świnoujściu. Argument o tym, że przecież są już dobre i wielkie porty nieco dalej na Zachód w Rostocku i Hamburgu nie padał. Ale to raczej dowód na to, że polscy liberałowie nauczyli się na wtopach Rafała Trzaskowskiego ("po co CPK jak jest w Berlinie"), by w takich sprawach trzymać jednak język za zębami.
Nie bądźmy jednak dziećmi. Nasi niemieccy przyjaciele i konkurenci uważnie obserwują to, co dzieje się na ich wschodnim przedpolu. I mają naprawdę duże siły i środki do tego, by pchać polską debatę publiczną w korzystnym dla nich kierunku. Argument "po co Haller, skoro mamy…" jest z tym kierunkiem istotnie zbieżny.
Jak dotąd odpowiedź zwolenników Hallera na tę wątpliwość jest dość przekonująca. Mówią, że port w Choczewie byłby specjalistyczny i nastawiony na potrzeby transportu kołowego oraz rozmiary wielkogabarytowego cargo. W tym sensie stanowiłby więc realne uzupełnienie tego, co dziś oferują porty już istniejące. Kluczowe jest również bezpośrednie sąsiedztwo planowanej na Pomorzu elektrowni atomowej. Tak w kontekście samej jej budowy, jak i późniejszej eksploatacji.
Była "gigantomania" i "marnowanie pieniędzy". Kolej na etap trzeci
Idźmy jednak dalej. Drugim etapem reakcji na Hallera ma być zarzut "gigantomanii" oraz "marnowania publicznych pieniędzy". A może nawet szukanie okazji do ich skręcenia. I faktycznie. Także takie zarzuty zabrzmiały niczym odgłos nożyc poruszonych walnięciem w stół. Dokładnie w tym duchu wypowiedzieli się bliscy obecnej władzy komentatorzy, jak i sami politycy koalicji. Było o "gigantomanii" (Jarosław Wolski), było o "marnowaniu pieniędzy" (minister Pełczyńska-Nałęcz) i były podśmiechujki w liberalnych mediach z tego, że to nie żadna "druga Gdynia" tylko raczej "morski Rzeszów".
I ten zarzut został jednak sprytnie skontrowany argumentem o strategiczno-wojskowym znaczeniu inwestycji. Oczywiście w kontekście realnego zagrożenia ze wschodu. Pomysłodawcy Hallera przypominają, że Gdynia i Gdańsk znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie obwodu kaliningradzkiego. I nawet jeśli Choczewo nie leży na innym kontynencie, to jednak posiadanie jeszcze jednego wyjścia na Bałtyk - alternatywnego wobec Szczecina i Świnoujścia - to sensowna dywersyfikacja polskiego potencjału infrastruktury krytycznej.
To na razie się wydarzyło. Ale jesteśmy przecież dopiero na początku rozmowy o tej nowej inwestycji. Publicysta Gursztyn przewiduje, że jeżeli będzie on procedowany, to niechybnie w następnym trzecim etapie czekają nas wymierzone w inwestycje protesty ekologów. Ot, okaże się na przykład, że tamtejszy piasek jest wyjątkowy w skali świata i ma szczególne znaczenie dla dobrostanu przyszłych pokoleń. A poza tym widziano w okolicy dwie niezwykle rzadkie odmiany foki złotowłosej. Można oczywiście z tego chichotać - a może nawet trzeba. Trochę jednak przez zaciśnięte zęby. Bo przecież ze świadomością, że w najnowszej historii Polski tego typu akcje już nie raz się zdarzały. Od protestów przeciwko budowie Żarnowca po nowsze ekologiczne wrzutki uderzające w stabilność wydobycia i producji energii w Turowie czy zablokowanie perspektyw rozwoju żeglugi na Dolnej Odrze.
Jeżeli projekt ustoi te wszystkie przeciwności, a Polską nadal rządzić będą wtedy liberałowie od Tuska lub jego następców, nadejdzie czas na próbę niechybnego przejęcia projektu. Dokładnie tak, jak to miało miejsce w wypadku CPK. Wczorajsi prześmiewcy i krytycy ogłoszą, że oni przecież od zawsze byli za tą inwestycją. No i generalnie "robimy nie gadamy" - tyle że w jakiejś nowej odsłonię z przyszłości.
"Port Polska Uśmiechnięta"
Na pewnym etapie nastąpi oczywiście konieczny rebranding projektu. Ogłoszone zostanie, że Port Haller kojarzy się z PiSowskim złodziejstwem. A premier nie życzy sobie, by od tej pory w jego obecności ktokolwiek wymieniał tę nazwę na literkę "H". Z resztą nawet i sam międzywojenny generał, którego PiSowcy sobie wzięli na patrona przedsięwzięcia, to jakiś podejrzany Endek i w ogóle wróg Piłsudskiego. A przecież marszałka kochamy wszyscy, nieprawdaż? Dostaniemy więc nową nazwę w stylu "Port Polska Uśmiechnięta" albo jakoś tak.
Co będzie dalej? I przede wszystkim kiedy owo "dalej" nastanie. Czy mowa tu o realizacji projektu w roku 2070? Czy może jednak pod koniec ósmej dekady XXI wieku. Żarty żartami, ale patrząc na to, jak koncertowo ekipa Tuska opóźnia wszystkie kolejne kroki budowy CPK (o zmianie nazwy oraz rozmachu projektu nawet nie wspominam), to wszystko śmieszne być oczywiście przestaje.
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji














