Pracowałem kiedyś w zespole, którego kierowniczy rdzeń stanowiła grupa ludzi w podobnym (starszym) wieku, o bardzo spójnych poglądach (liberalnych) i podobnym (wysokim) statusie materialnym. Lubili raz po raz wysłać w świat komunikat w stylu "trzeba się otwierać na zmiany oraz odmienne perspektywy". Na przykład na ludzi młodszych, o poglądach bardziej wspólnotowych i słabiej sytuowanych. W praktyce jednak nie zamierzali zmieniać absolutnie nic. N-I-C.
Współpraca z nimi była doświadczeniem trudnym, bo stawiała człowieka przed niezwykle frustrującym wyborem. Albo walić głową w mur ze świadomością, że się sobie prędzej ten łeb rozbije, niż uczyni w ich spiżowym oporze jakikolwiek wyłom. Albo się dopasować, obsłużyć napisaną dla ciebie rolę listka figowego, inkasować wpływające na czas wypłaty i schować gdzieś na dnie duszy palące poczucie porażki.
Unijny szczyt w sprawie ETS. "Nie wydarzyło się absolutnie nic"
Mniejsza jednak o mnie. Założę się, że niejeden czytelnik odnajdzie w tym schemacie swoje własne życiowe dylematy. Kłopot w tym, że my dziś z czymś bardzo podobnym mamy obecnie do czynienia w sensie dużo szerszym. To znaczy na planie ogólnoeuropejskim w temacie przyszłości UE.
Kilka dni temu odbył się szczyt unijnych przywódców w sprawie reformy ETS. Padło przed nim wiele zapowiedzi, bo unijny klimatyzm przynoszący drogą energię i dławiący europejską wytwórczość jest dziś problemem w skali całego kontynentu. Koszty polityk klimatycznych czują i gospodarstwa domowe, i średni czy większy biznes. W odpowiedzi rządy 11 krajów UE zapowiedziały, że chcą zrewidować system ETS, przy pomocy którego Unia od dwóch dekad wymusza na gospodarce Europy dekarbonizację.
Padły więc przeróżne deklaracje - że "musimy", "nie dopuścimy" i "wywalczymy". A potem… nie wydarzyło się absolutnie nic. N-I-C. ETS 1 zostaje, ETS 2 zostaje. W tym pierwszym będą jakieś kosmetyczne zmiany. Tu obietnica wydłużenia konkretnych certyfikatów, tam da zapowiedź specjalnego funduszu pomocowego. Ale to dopiero później. Ale generalnie klimat jest ważny, więc klapki na oczy i do przodu. Można się rozejść.
Innymi słowy plan jest taki, że będziemy działać w Europie dalej wedle tej samej chorej logiki dekarbonizacyjnej.
Dalej ciśniemy europejskich wytwórców chorym parapodatkiem na wytwarzanie energii z paliw kopalnych.
Dalej podnosimy ceny, drenujemy kieszenie konsumentów i zmniejszamy rentowność produkcji po to, by tę energię z paliw kopalnych uczynić schyłkową.
Dalej idziemy w kierunku preferowanej energetyki odnawialnej. I nic nas nie obchodzą ostrzeżenia (potwierdzane już pierwszymi blackoutami), że OZE nie nadają się do oparcia o nie stabilności energetycznej całego systemu.
Dalej robimy to wszystko choć wiemy, że świata nie zbawimy - bo Chiny produkują sześć razy więcej CO2 niż Unia Europejska. I że jako Europa tracimy udział w globalnej produkcji w tempie zastraszającym - w ciągu półtorej dekady z 25 do 17 procent. A w tym czasie Chińczycy rosną z 9 do 28 proc.
"To jest schemat, który trwa. Niszcząc Europę od środka"
Dlaczego będziemy to dalej robić? Żeby rządząca Unią formacja nieodwoływalnych liberalnych przywódców nie musiała przyznać się do błędu. Żeby ani Ursula von der Leyen - ani jej emerytowana w międzyczasie promotorka Angela Merkel - nie zostali postawieni w sytuacji niekomfortowej. I żeby - broń Boże - nie okazało się, że krytykujący ich za klimatyzm tzw. populiści mieli rację. To z resztą jest jedyny trwały i sensowny plan liberałów, który im wychodzi. To właśnie utrzymywanie się za wszelką cenę u władzy poprzez straszenie tzw. populizmem. Który jak tylko dojdzie do władzy to wszystko zniszczy.
Ale jest jeszcze gorzej. Bo niestety ten sposób myślenia trwa dłużej niż sam klimatyzm. Dokładnie tak samo ten sam liberalny unijny establiszment przeczekał dekadę temu niszczący kryzys w strefie euro. Na dobrą sprawę już dekadę temu projekt wspólnego pieniądza w UE powinien zostać zarzucony - i to właśnie po to, by integrację europejską uratować. Jest bowiem euro wmontowanym w sam jej środek mechanizmem samozniszczenia. Stale generuje nierównowagi ekonomiczne, których kraje tworzące ów obszar nie mogą rozwiązać bez istnienia walut narodowych. Muszą więc tkwić w projekcie, który prowadzi ich do zubożenia, nierówności, kryzysów i napięć.
Dlaczego więc trwa? Z tego samego powodu, co klimatyzm. Z tą tylko różnicą, że dekadę temu to generacja Angeli Merkel kryła nieprzemyślane i niszczące decyzje pokolenia poprzedników (głównie kanclerza RFN Helmuta Kohla). A także odsuwała od siebie konieczność tłumaczenia się z obrony fatalnego projektu.
To jest schemat, który trwa. Niszcząc Europę od środka. Ale liberalne elity udają, że tego nie ma. Owładnięte ideą utrzymania monopolu na władzę pudrują po raz kolejny cuchnącą rzeczywistość. W nadziei, że dociągną do emerytury bez konieczności stanięcia w prawdzie o swoich dziełach. I tak w kółko.
Nie dostrzegają chyba tylko jednego. Że takim postępowaniem mogą do grobu zabrać ze sobą także całą eurointegrację. Z której już lada chwila nie będzie naprawdę czego bronić.
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji













