1 maja Zjednoczone Emiraty Arabskie wyszły z OPEC. Tak całkiem wprost oznacza to, że z kartelu czołowych producentów ropy naftowej (dotąd kontrolowali wspólnie ok. 40 procent światowej podaży) wychodzi trzeci co do wielkości producent surowca. Trudno więc powiedzieć, że nic się tutaj nie wydarzyło. W ramach limitów OPEC Emiraty mogły produkować maksymalnie 3 milionów baryłek ropy dziennie. Wyjście zdejmuje z nich te ograniczenia. Już słychać, że instalacje wydobywcze Dubaju, Abu Zabi i pozostałych emiratów mogą zwiększyć podaż surowca o dodatkowe 1-2 mln baryłek dziennie. ZEA nie podjęły tej decyzji spontanicznie i dobrze się do takiego kroku przygotowały. Mają zdolności produkcyjne i potrzebną technologię. A także oddany dekadę temu rurociąg, który pozwala im transportować ropę bezpośrednio do portów w zatoce omańskiej, czyli po drugiej stronie wąskiego gardła cieśniny Ormuz.
Kraje OPEC stały się sercem globalnego systemu w latach 70.
Takie zwiększenie światowej podaży ropy nie przyniesie oczywiście natychmiastowej obniżki cen surowca czy paliw na stacjach benzynowych. Ale zmiana będzie. I to spora. Wszystko to trzeba bowiem traktować jako część dużo szerszej przebudowy, która się na naszych oczach dokonuje.
Obecny obieg światowej ropy urodził się w wyniku szoku naftowego lat 70. To właśnie wówczas kraje OPEC stały się sercem globalnego systemu, zyskując możliwość dyktowania cen ropy dla całego świata poprzez odpowiednie zarządzanie podażą surowca. Formalnie w OPEC pierwsze skrzypce grały kraje zatoki perskiej. Arabia Saudyjska, Iran, Emiraty Arabskie i Kuwejt. Stawkę uzupełniali mniejsi producenci afrykańscy.
Ukrytym partnerem liderów OPEC był rodzący się zglobalizowany system finansowy. Ze szczególnym uwzględnieniem londyńskiego city, które było miejscem, przez które przechodziła większość zysków związanych z produkcją, sprzedażą i transportem ropy naftowej świata. Tak powstał system tzw. petrodolara wysysający zasoby z gospodarek zachodnich (odbiorców ropy) i pakujący je do kieszeni bliskowschodnich potentatów oraz działających w ich imieniu pośredników finansowych.
Ten system funkcjonował w mniej lub bardziej stały sposób przez następne cztery dekady.
Zmiana z inicjatywy USA. Znaczące wydarzenia polityki międzynarodowej
W ostatnich miesiącach wszystko się jednak zmienia. Zmiana ta odbywa się z inicjatywy Stanów Zjednoczonych. Waszyngton od dłuższego czasu z niepokojem obserwował kierunek rozwoju globalnego ładu naftowego. I wygląda na to, że pod rządami Donalda Trumpa próbuje to na dobre zmienić.
Kolejne elementy tej zmiany przemykają przed naszymi oczami pod postacią znaczących wydarzeń polityki międzynarodowej. Dobrze jednak zobaczyć je razem, bo wtedy zaczynają nabierać sensu.
Mieliśmy więc najpierw interwencję USA w Wenezueli zakończoną zmianą na szczytach władzy w Caracas. Tamtejsi nowi przywódcy wykazują znacznie większą gotowość do kooperacji z Ameryką. Tłem są oczywiście olbrzymie zasoby wenezuelskiej ropy (ok. 17 procent wszystkich stwierdzonych pokładów na kuli ziemskiej). A także istniejące - choć od lat uśpione - zdolności technologiczne zwiększenia produkcji z dzisiejszego miliona może nawet do 4-5 mln baryłek dziennie.
To czyni z regionu zatoki meksykańskiej (czy raczej amerykańskiej, bo na takie nazewnictwo nastają USA) nowy hub światowej produkcji ropy. O czym pisałem ze szczegółami niedawno tutaj w Interii. Warto pamiętać, że ten amerykański hub może zaopatrywać w surowiec nie tylko Europę. Lecz także słać ropę w kierunku Azji przez Panamę. Czyli cieśninę, nad którą Ameryka Trumpa już rok temu przywróciła sobie cichą kuratelę.
Przekierowanie popytu na ropę z Bliskiego Wschodu do Ameryki nastąpiło oczywiście w wyniku blokady cieśniny Ormuz przez Iran. Teheran rzucił w ten sposób na szalę swoją prawdziwą "atomówkę", licząc, że światowa presja na otwarcie cieśniny rozmiękczy Trumpa. Na razie to nie nastąpiło. Jest raczej odwrotnie. Iran dławi się własną ropą i z braku zdolności do jej magazynowania czeka ich już za chwilę konieczność wygaszania zdolności produkcyjnych.
USA zainteresowane rozmontowaniem OPEC
Na koniec mamy wreszcie poważny cios w OPEC - właśnie poprzez decyzję Zjednoczonych Emiratów o opuszczeniu kartelu. Decyzja ta też jest oczywiście inspirowana przez Amerykanów. Nie jest tajemnicą, że ZEA są dziś spośród wszystkich krajów regionu najbliżej z Ameryką. I to dlatego to właśnie Dubaj był przez Iran w czasie obecnej wojny najostrzej atakowany.
Dlaczego Ameryka jest zainteresowana rozmontowaniem OPEC? To też da się łatwo wyjaśnić. USA nie jest potrzebny zbiorowy gracz ciągnący w górę cenę surowca poprzez okresowe ograniczanie podaży. A to dlatego, że choć Stany są największym na świecie producentem ropy (więc na wysokich cenach mogliby zarabiać), to jednocześnie Ameryka jest też największym na świecie konsumentem surowca. A ponieważ na rynku ropy jest tak, że nawet przy posiadaniu własnych zasobów i własnej produkcji końcowa cena paliw zaczepiona jest w cenach na światowych rynkach, więc drożeje także u ciebie. Tak jak teraz w Ameryce. W efekcie każdy amerykański przywódca zainteresowany dobrostanem własnej (ropochłonnej) gospodarki woli raczej tańszą niż droższą ropę. A Trump na dodatek nigdy nie ukrywał, że jego tania energia dla amerykańskiego przemysłu interesuje przede wszystkim jako warunek konieczny ponownego ożywienia amerykańskiej wytwórczości zarżniętej w latach 90. clintonowską globalizacją.
Oczywiście blokada Ormuzu kiedyś się zakończy. Nie oznacza to jednak, że automatycznie wrócimy do tego, co było przed początkiem operacji "Epicka Furia".
OPEC może i przetrwa (o tym, czy przetrwa, zadecyduje determinacja jej najważniejszego elementu czyli Arabii Saudyjskiej), ale jego siła będzie słabsza niż kilka miesięcy temu. Globalne łańcuch dostaw ropy wyglądają dziś już inaczej niż wczoraj, a Ameryka w sposób strukturalny zastępuje w nich Bliski Wschód. Do tego dochodzi jeszcze uruchomienie ropy wenezuelskiej.
Nowa geografia światowej energetyki układa się na naszych oczach. Trzeba tylko chcieć to wszystko dostrzec.
Rafał Woś
Autor felietonu przedstawia własne poglądy i opinie.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.
















