Polek i Polaków nigdy nie zapytano o to, czy chcą forsownej i niszczącej społeczeństwo polityki klimatycznej. Nie pytano, czy chcemy drogiego prądu, drogich paliw i drogiego ogrzewania. Bo wiadomo, że gdyby spytali, to by ludzie powiedzieli, że… dzięki, wiecie, ale może nieszczególnie. Dokładnie z tego powodu polityki klimatyczne UE były przez lata (i to w całej Europie) realizowane w sposób pozademokratyczny. To znaczy metodą faktów dokonanych z domieszką alarmistycznego szantażu wspartego podkręconymi danymi o zbliżającym się kataklizmie. Danymi, z których dziś - tak cicho, jak się tylko da - wycofują się ostatnio nawet najbardziej alarmistyczne instytucje jak ONZ-owski Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu (IPCC).
Dewastujący wpływ polityki klimatycznej. "Na ten temat dyskusji miało nie być"
W minionym tygodniu prezydent Nawrocki złożył wniosek o referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej. Jutro w południe w Warszawie odbędzie się wielka demonstracja "Solidarności" wspierająca tę inicjatywę. Największy związek zawodowy był pierwszą w Polsce instytucją, która od lat pokazywała jak dewastujący wpływ na polską gospodarkę i polskich pracowników mają unijne polityki klimatyczne. Celem tych polityk była i jest wszak zero(nisko)emisyjność europejskich gospodarek. Droga do tego celu wiedzie zaś poprzez forsowne polityki dekarbonizacyjne oraz stałe zaostrzanie reżimu handlu emisjami w ramach systemów ETS i ETS2.
W efekcie rosną koszty energii dla obywateli oraz biznesu, spada opłacalność produkcji i nikną dobre i dobrze płatne miejsca pracy w przemyśle. I to nie jest wypadek przy pracy ani błąd w systemie. Tak miało być. Energia z paliw kopalnych miała drożeć właśnie po to, by ludzi zmuszać do tego, by używali jej mniej i przestawiali się na inne źródła energii. A że te inne bywają zawodne i też wymagają bajońskich subwencji państwowych - na ten temat dyskusji miało nie być. I właśnie po to był ten pozademokratyczny sposób wdrażania zielonej rewolucji.
Prezydent chce referendum ws. polityki klimatycznej. "Władza zrobi wszystko, by do głosowania nie dopuścić"
Realizując obietnicę złożoną Solidarności prezydent RP chce zadać proste pytanie "Czy jest Pan/Pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?". Nie podoba się to oczywiście tym wszystkim, którzy chcieliby, żeby było tak jak dotąd. To znaczy, by polityka klimatyczna realizowana była dalej bez pytania ludzi o zdanie. Właśnie dlatego wniosek prezydenta Nawrockiego o referendum w tej sprawie będzie teraz - na przemian i w zależności od aktualnej potrzeby - albo niszczony, wyśmiewany i wyszydzany. A jeszcze lepiej zamilczany na śmierć.
Obecna władza zrobi zapewne wszystko, by do głosowania w sprawie udziału Polski w politykach klimatycznych UE nie dopuścić. Ich prawo. Trzeba jednak pamiętać, że za półtora roku odbędą się w Polsce wybory parlamentarne. Po których wiele może się zmienić. Wówczas referendum powinno się niezwłocznie odbyć. A wtedy - jeżeli ludzie powiedzą, że unijnej polityki klimatycznej sobie nie życzą - winien zacząć być realizowany scenariusz polskiego greenexitu.
Greenexit. "To będzie wymagało dużej odwagi i śmiałej wizji"
Taki greenexit byłby równoznaczny z jednostronnym porzuceniem przez nasz kraj tych wszystkich zobowiązań, które się na zieloną politykę UE składają. W tym z systemów takich jak ETS oraz ETS2 (który wedle planów już do tego czasu ruszy). Greenexit oznaczałby więc w krótkim okresie znaczącą poprawę warunków funkcjonowania polskiego przemysłu (któremu spadłyby koszty). Byłaby to także znacząca ulga dla gospodarstw domowych związana z zahamowaniem wzrostu cen energii oraz paliw. Budżetowy ubytek związany z likwidacją ETS byłby zrównoważony wzrostem wpływów, które niechybnie przyniesie ożywienie produkcji, konsumpcji i eksportu.
Oczywiście trzeba się liczyć z reakcją ze strony unijnego establiszmentu, który - mimo rosnącej krytyki zielonych polityk - wciąż uważa klimatyzm za swoje kluczowe zobowiązanie polityczne. Łagodzenie takich napięć będzie oczywiście wielkim wyzwaniem dla nowej polskiej dyplomacji pod nowymi rządami.
Nie można też zapominać o koniecznej zmianie filozofii polskiej polityki energetycznej po ewentualnym greenexicie. To będzie wymagało dużej odwagi i śmiałej wizji - a więc wielkiej zmiany wobec tego, co mieliśmy w minionych latach, gdy polska polityka energetyczna była reaktywna wobec impulsów płynących z Berlina czy Brukseli. A nasz spór w tym temacie ograniczał się w zasadzie do tego, czy unijną dekarbonizacje wprowadzać z uśmiechem, twierdząc, że jest dla nas korzystna (droga KO i liberałów), czy też może skupiać się na blokowaniu tego, co się da (droga PiSu).
Po greenexicie trzeba będzie na nowo rozważyć wszystkie dostępne opcje. Z potężną rekarbonizacją gospodarki, czyli wsparciem naszego rozwoju na niewidzianych dotąd inwestycjach w technologie węglowe. Z tego prostego powodu, że węgiel jest tym surowcem, który spełnia dwa główne warunki dobrej podstawy zdrowej energetyki - po pierwsze go mamy (w przeciwieństwie np. do atomu czy gazu), a po drugie gwarantuje nam stabilność systemu (czego nie dają źródła odnawialne).
Greenexit jest wreszcie pewnie ostatnim sposobem na uniknięcie polexitu. A pewnie i innych exitów. Od lat korzyści związane z naszym członkostwem w UE marnieją i więdną w zestawieniu z kosztami. Rośnie też w społeczeństwie niezadowolenie z powodu uporu liberalnych elit UE by swojej polityki integracji nie zmieniać ani na jotę. Ta czara goryczy się w końcu przeleje. Wyjście z polityki klimatycznej mogłoby stanowić wentyl bezpieczeństwa. Mogłoby spuścić jakąś część niezadowolenia i obniżyć generalną siłę odśrodkową, prowadzącą dziś UE w kierunku rozpadu.
Bez greenxitu za dwa lata będziemy mieli polexit za pięć do siedmiu wiosen. Zobaczycie.
Rafał Woś
Autor felietonu przedstawia własne poglądy i opinie.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.















