Wciąż nie wiemy, czy w przededniu listopadowych wyborów do Kongresu dostaniemy oficjalny 90-dniowy zakaz eksportu produktów naftowych z USA. A może (alternatywnie) dojdzie "tylko" do dobrowolnego ograniczenia wywozu paliw z Ameryki. Przybierze to wówczas formę cichego porozumienia Białego Domu z czołowymi koncernami energetycznymi. Cel obu rozwiązań jest oczywiście czytelny. Biały Dom będzie chciał jakoś osłonić swoich obywateli przed wzrostem ceny paliw po wybuchu wojny w Iranie, zablokowaniu cieśniny Ormuz i skoku cen produktów naftowych (bardziej niż samej ropy) na światowych rynkach. Jednak niezależnie od tego, co się wydarzy, pamiętajmy o jednym. To Ameryka ma dziś w ręku wszystkie silne karty. Europa zaś dostanie rozwiązanie złe albo… jeszcze gorsze.
Można sobie oczywiście uciekać w świat fantazji. I upajać się myślą, że wściekli na wysokie ceny paliw Amerykanie wystawią Trumpowi wyborczy rachunek za irańską eskapadę, więc nie ma tego złego. Moim zdaniem nie wystawią, ale to tylko opinia. Możecie mieć inną, zobaczymy.
Tak czy inaczej prawda jest jednak taka, że nawet te amerykańskie narzekania na drogie paliwo to mały pikuś w porównaniu z rozmiarem kryzysu energetycznego, w którym znajduje się dziś Europa. Co gorsza jest to kryzys, który europejskie elity liberalne same sobie latami przygotowały. Solidnie oraz planowo. Teraz zaś te same elity i ci sami ludzie (taka Ursula von der Leyen na przykład) ćwiczą się w kolejnych wymówkach, byle tylko nie stanąć oko w oko z konsekwencjami własnych posunięć.
Zacznijmy od początku, czyli od ceny paliw. W USA benzyna i diesel kosztują (w zależności od stanu) od 4 do 6 dolarów. I to faktycznie o jedną trzecią drożej, niż było rok temu. Pamiętajmy jednak o tym, że ów galon, w którym mierzona jest cena paliw za oceanem, to - przekładając na nasze - prawie 4 litry cieczy. W efekcie to rekordowo drogie paliwo na stacjach w USA wciąż jest o mniej więcej jedną trzecią tańsze niż u nas. I o połowę tańsze niż w krajach z najdroższymi dziś cenami paliw w Europie, czyli w Danii, Norwegii, Szwajcarii albo Holandii.
Dzieje się tak z jednego prostego powodu. Ameryka pozostaje czołowym na świecie producentem i eksporterem produktów naftowych. Wysokie ceny paliw uderzają także w nich (choć słabiej) z powodu tego, jak działają globalne rynki i że cena w dowolnym miejscu zawiera dziś w sobie cząstkę informacji o popycie w różnych częściach świata. Jako czołowy producent Ameryka nie cierpi jednak na problem z podażą paliw. A tamtejsi dystrybutorzy nie muszą teraz nerwowo przeczesywać globalnych rynków w coraz większej panice, że po kolejnej serii cenowych arbitraży zostaną bez zakupionego towaru.
Europa odwrotnie. My należymy do czołowych importerów i samej ropy, i produkowanych z niej paliw. W ostatnich latach to zjawisko stale się zaś pogłębia. W ciągu dwóch minionych dekad zmniejszyła się produkcja własna surowca w UE. Do tego znacząco - bo o ok. 1/5 - spadły zdolności rafineryjne Starego Kontynentu. I to nie tylko w Unii, ale także w takich tradycyjnie ropnych krajach jak Wielka Brytania czy Norwegia.
Aż do wybuchu wojny w Ukrainie Europa wisiała na imporcie paliw z Rosji - stanowiły one ok. połowy wszystkich produktów naftowych trafiających do europejskich konsumentów. Dziś zmieniło się tylko to, że głównym (ok. 42 procent) dostawcą paliw dla Europy jest Ameryka. Znacząco (z 7 do 30 procent) zwiększył się też w latach 2022-2025 udział paliw importowanych wprost z Zatoki Perskiej.
W takiej sytuacji oczywiste jest, że ceny produktów ropopochodnych w Europie są ściśle powiązane z podażą płynącą od głównych dostawców. To właśnie nazywa się brakiem suwerenności paliwowej i to z tego powodu ceny paliw w Europie tak mocno zareagowały najpierw na wybuch wojny na Ukrainie, potem na zamknięcie cieśniny Ormuz. Teraz zaś dokładnie z tego samego powodu tak bardzo odczuwalne będzie u nas embargo na eksport paliw z USA. Niezależnie od tego, w jakiej formie nastąpi. To nie są żadne cuda. Tylko efekty strukturalnego problemu Europy z totalnym rozjazdem olbrzymiego apetytu na paliwa z brakiem własnej podaży.
Do tego dochodzi jeszcze kompletny brak geopolitycznych narzędzi potrzebnych do tego, by sobie Europa potrafiła dopływ tanich paliw zabezpieczyć. Bo europejska polityka oraz biznes z dziecięcą naiwnością zawierzyły, że ze swoim bogactwem zawsze będą w stanie zaopatrzyć się gdzieś na świecie w konieczne paliwa.
Drugim fatalnym elementem tego samego równania jest kompletne fiasko planu wyjścia z energetycznej niewoli przy pomocy ucieczki od paliw kopalnych. Po piętnastu latach prowadzenia forsownej transformacji energetycznej i setkach miliardów utopionych w dekarbonizacji okazało się, że w momencie próby ten nowy zielony model nie jest w stanie udźwignąć potrzeb całego systemu. A odnawialne źródła energii czy elektryfikacja transportu - owszem - pochłonęły zyliardy. Ale nie dały Europie ani niezależności, ani stabilności. I tu żadne piękne hasła i zielone certyfikaty niczego nie zmienią. Bo przecież gdyby zmieniały, toby nas te kolejne kryzysy energetyczne i droga benzyna albo diesel w ogóle nie musiały obchodzić. A jednak obchodzą.
Najgorsze jest jednak to, że widzą te problemy już wszyscy. Tylko nie liberalne elity rządzące Europą. One na wszelkie próby politycznej rozmowy o energetycznej niewoli Europy reagują jak rozkapryszone dziecko na zabranie zabawki. Od razu w ryk. A winni oczywiście wszyscy wokoło. Tylko nie oni sami. Winny jest więc Donald Trump, który zaatakował Iran. Winna jest Rosja, która zamiast dalej sprzedawać Niemcom tanie surowce zaatakowała Ukrainę i zmusiła Europę do odcięcia się od ropy ze wschodu. Winne są kraje Zatoki Perskiej, które nie potrafią osłonić swoich statków albo nie zbudowały sieci rurociągów omijających wąskie gardło Ormuzu. I tak dalej.
Wszyscy winni, tylko nie oni. Nie europejscy przywódcy z Brukseli, Berlina, Paryża i innych stolic. Oni niczemu nie są winni. Nigdy. Choć przecież to oni wymyślili i wprowadzili w życie drogą oraz rażąco nieskuteczną koncepcję dekarbonizacji unijnej gospodarki. To oni utopili w elektromobilności oraz OZE środki publiczne, które mogły zostać przeznaczone na rozwój technologii węglowych (w tym na na uczynienie ich bardziej spójnymi z ekologicznymi celami). To oni skazali przemysł rafineryjny na odpływ inwestycji i znaczącą redukcję mocy przerobowych (o 20 procent w porównaniu z rokiem 2009). To oni wreszcie odmawiają przyjęcia do wiadomości jakiejkolwiek odpowiedzialności za ten stan rzeczy.
To oczywiste, że z takimi elitami Europa nie wyjdzie z tej matni. To się nie wydarzy. Droga energia będzie kulą u nogi dla rozwoju tej części świata. Zamiast rozwoju kontynent czeka zaś ubożenie oraz związane z nim napięcia i pęknięcia wewnętrzne. Maskowane jedynie coraz mniej przekonującymi zaklęciami o walce o "demokrację", "praworządność". I innymi pustymi frazesami służącymi impotentnym liberalnym elitom już tylko do zachowania ich coraz bardziej sklerotycznej władzy.
Rafał Woś












