Od wczoraj przy westminsterskiej uliczce Downing Street urzęduje nowy lokator. Nazywa się Andy Burnham, ma 56 lat i kibicuje liverpoolskiemu Evertonowi - co może zaskakiwać, bo przez ostatnią dekadę był burmistrzem Manchesteru.
Nowy premier Wielkiej Brytanii. "Jego misja polegać będzie jedynie na zarządzaniu masą upadłościową"
Czy trzeba wiedzieć coś więcej o 59. premierze rządu Wielkiej Brytanii? Niekoniecznie. Wiele wskazuje bowiem na to, że jego misja polegać będzie jedynie na zarządzaniu masą upadłościową. To znaczy przygotowaniem Partii Pracy do historycznej porażki w wyborach do Izby Gmin, które najpóźniej muszą odbyć się latem roku 2029. Wybory te wygra zaś zapewne populistyczna Partia Reform, kierowana przez Nigela Farrage'a, którym od lat straszy się dzieci w dobrych domach najzamożniejszych dzielnic północnego Londynu. A im bardziej media głównego nurtu od BBC po Guardiana przy pomocy tzw. autorytetów to czynią, tym Farrage i jego Reform są bardziej popularni.
Skąd my to znamy? Bo to ta sama ścieżka, po której poruszały się wcześniej Stany Zjednoczone. A dziś są na niej Francja czy Niemcy. Zjawisko, które widzimy w tych wszystkich krajach, polega na tej samej głębokiej i prawdopodobnie nieuleczalnej niezdolności liberalnego establishmentu, rządzącego przez ostatnie pół wieku zachodnimi społeczeństwami, do jakiejkolwiek autorefleksji. W Ameryce efektem były już dwa demokratyczne zwycięstwa Donalda Trumpa. We Francji idzie na sukces Frontu Narodowego w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. W Niemczech zaś na wygraną Alternatywy dla Niemiec. Wiadomo, Wielka Brytania jest inna, bo jeździ się tam po lewej stronie i pije herbatę po południu. Ale przecież, przy wszystkich odmiennościach oraz różnicach kontekstu, co do zasady nie jest tam przecież inaczej. Także i u nich establishmentowy kartel udający polityczną rywalizację (ale tak naprawdę od lat nieoferujący żadnej alternatywy) jest na wykończeniu. Podział na torysów i laburzystów po stu latach organizowania brytyjskiej polityki chyli się na naszych oczach ku końcowi.
Wielka Brytania ma problem. I nie są to konsekwencje brexitu
Oczywiście w polskich mediach znajdziecie wiele fałszywych wyjaśnień tego, co dzieje się obecnie z brytyjską polityką. Jedna z ulubionych tez naszych liberalnych mediów głosi na przykład, że wyspiarze przeżywają obecnie konsekwencje nazbyt lekkomyślnego brexitu, który zaowocował polityczną niestabilnością. A konkretnie szóstą zmianą na stanowisku premiera od pamiętnego głosowania za opuszczeniem UE w roku 2016.
Ale przecież to kompletna bzdura. Obecność w UE nie wpływa bowiem w żaden sposób na większą stabilność wewnątrzpolityczną czy silniejszą pozycję rządu po wygranych wyborach. Bo gdyby tak było, to by musiało znaczyć, że taka na przykład Francja (dziewięciu premierów w ciągu minionych dziesięciu lat) przebywa poza Unią. Podobnie jak Belgia czy Irlandia, które też oazą politycznej stabilności bynajmniej nie grzeszą.
Od naszych liberałów usłyszycie też pewnie, że Wielka Brytania strasznie żałuje opuszczenia UE, bo przez ten lekkomyślny krok rozwija się wolniej. Ale i to kompletny kapiszon. Gdy idzie o gospodarkę, to po wyjściu z Unii Brytole pozostają w trendzie rozwojowym podobnych do siebie dużych gospodarek europejskich. Rosną bowiem nieco szybciej od Niemiec. I trochę wolniej od Francji. Czyli generalnie dość słabo.
Tak naprawdę problem z Wielką Brytanią (podobnie jak z przeżywającymi podobne problemy Niemcami czy Francuzami) jest dziś znacznie głębszy. Już wiele lat temu w największych zachodnich gospodarkach ujawniły się fundamentalne, strukturalne problemy. Należy do nich mieszanka zgubnego wpływu polityk neoliberalnych (nadmierna ekspozycja na globalizację, deindustrializacja, pęknięcie społeczeństwa po liniach klasowych) oraz przykrywających te problemy kulturowych przemian narzucanych społeczeństwom w ramach swoistej pedagogiki wstydu. Nie macie dobrej, stabilnej roboty, za którą możecie utrzymać rodzinę i spłacić kredyt hipoteczny? Nie płaczcie, bo przynajmniej rozliczamy się z demokracji kolonialnej przeszłości, a związki jednopłciowe mogą adoptować dzieci.
Politycy nie zrozumieli brexitu. "To nie mogło się udać"
Decyzja z roku 2016 o wyjściu z UE była demokratyczną reakcją ludzi na te problemy. Zaś mapa głosowania za i przeciw brexitowi w zasadzie pokrywała się z podziałem na biedę (za wyjściem) i zamożność (za pozostaniem w UE). Problem w tym, że rządzący Brytanią establishment polityczny, medialny i symboliczny nie chciał i do dziś nie chce tego rozczytać. Tak jest im wygodniej. Nie zrobili tego ani torysi, ani laburzyści, ani pozujący na bycie języczkiem uwagi liberalni demokraci. I dokładnie to samo zdarzyło się w Niemczech czy we Francji, gdzie między chadekami a socjaldemokratami, liberałami i zielonymi, polityczna różnica zatarła się już zupełnie, pozostawiając miliony obywateli bez swojej politycznej reprezentacji. Albo w najlepszym razie proponując tym obywatelom tematy zastępcze w postaci kosmopolitycznej ponowoczesności, walki z globalnym ociepleniem albo homogenizacji etnicznej czy płciowej.
Wyborczy sukces brytyjskiej Partii Pracy w roku 2024 był zmianą w ramach tamtego systemu. To jednak nie mogło się udać. Obdarzony ujemną charyzmą premier Kier Starmer wytrwał na stanowisku 750 dni, po czym odkrył dokładnie to samo, co jego torysowscy poprzednicy: to znaczy, że bycie fajnym politykiem owszem sprawia, że lubią cię media głównego nurtu oraz opiniotwórcze elity. Bo mówisz to, co chcą usłyszeć na temat wielokulturowości, walki ze zmianami klimatu czy równości szans. Ale jednocześnie twoje realne posunięcia sprawiają, że przechodzisz obok żywotnych problemów większości społeczeństwa. Albo wręcz im zaprzeczasz. I to na wszystkich polach, od polityki podatkowej po bezpieczeństwo na ulicach. To stało się przyczyną upadku premiera Starmera, którego nie kupowali ani ciężko pracujący wyborcy, którym rosły zobowiązania podatkowe, ani beneficjenci programów polityki społecznej, którzy nie są w stanie wyjść dzięki nim poza poczucie wiecznej zależności od państwa.
To były wyzwania, których Starmer nie potrafił nawet zdefiniować. Umykał przed nimi w kwestie coraz bardziej symboliczne - jak choćby walka z mityczną "mowa nienawiści". Podobny los czeka jego następcę Burnhama. I to nawet nie jest ich wina. To jest większe od nich. Tego nie można naprawić siedząc w bezalternatywnym systemie. Tu potrzebne jest wyjście poza zastany polityczny duopol.
Czy to może przynieść zmianę? W USA sprawdzają to właśnie Trump i ruch MAGA. Już za chwilę szansę powinni dostać Francuzi. A potem Niemcy czy Brytyjczycy.
To musi się wydarzyć. Tego nie da się już dalej zamiatać pod dywan.
Rafał Woś
Autor felietonu przedstawia własne poglądy i opinie.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.










