Żeby łatwiej było to pojęcie krytykować, Pan Profesor Jerzy Zajadło, przyznając jego autorstwo Jurkowi, związał je z Jarosławem Kaczyńskim - synonimem politycznego zła. W opinii niektórych. "Nie ulegajmy propagandzie imposybilizmu prawnego" - grzmiał Pan Profesor na łamach "Państwa i Prawa". Podobno "propagandowa niedookreśloność tego pojęcia i związana z nią instrumentalizacja prawa oraz prawoznawstwa rodzą takie zagrożenia jak niekontrolowany pejoratywny sens upolitycznienia prawa".
PKL bliska utraty unijnych miliardów
Ja uważam, że jest to doskonałe określenie pewnej niemożności. Żeby samemu nie mierzyć się z autorytetem Pana Profesora Zajadło, posłużę się autorytetem Kennetha Arrowa - laureata Nagrody Nobla z ekonomii z 1972 roku. Pisał on o niemożności agregacji preferencji indywidualnych w preferencję zbiorową. W prawie ta niemożność jest jeszcze powszechniejsza. To właśnie ten imposibilizm. Albo "niedasizm".
Przypomniałem sobie o tym imposyblizmie (czy "konfrontacyjnym legalizmie") bo Sztuczna Inteligencja podsunęła mojej uwadze proces udzielania zamówienia publicznego na budowę polskiego odcina Rail Baltica od Białegostoku do Ełku. A dokładnie budowę drugiego toru, jego elektryfikację i przystosowanie do kursowania pociągów z prędkością 200 km/h. Zamawiający (PLK) przyznaje, że jest bliska utraty unijnych miliardów jeśli nie zrealizuje inwestycji w terminie. Bo już po raz trzeci przetarg nie został rozstrzygnięty. To znaczy został rozstrzygnięty przez zamawiającego, ale oferenci po raz trzeci się odwołują od tego rozstrzygnięcia. Które za każdym razem było inne.
Robert Kagana pisał onegdaj o "konfrontacyjnym legalizmie", opisując procesy blokowania inwestycji przez długie batalie prawne. W efekcie rozstrzygnięcia inwestycyjne przesuwane są z organów regulacyjnych na sądy. Wydłuża to proces, ale nie go nie poprawia. Wręcz przeciwnie. Niech będzie nawet drożej, ale żeby było. Najdrożej bywa bowiem wówczas, gdy nie ma czegoś w ogóle.
W Polsce na Rail Baltica ma być szybciej. "Jesteśmy przecież pawiem narodów"
Zacznijmy od tego, że to nie jest polska inwestycja. Nie tylko polska. To element transeuropejskiego korytarza transportowego łączącego Europę środkową z krajami bałtyckimi zgodnie z Decyzją Parlamentu Europejskiego i Rady nr 661/2010/UE z dnia 7 lipca 2010 r. w sprawie unijnych wytycznych dotyczących rozwoju transeuropejskiej sieci transportowe. Skąd się więc wziął pomysł by w przypadku Rail Baltica do granicy z Litwą pociągi jechały z prędkością 200 km/h, skoro dalej będą jechały wolniej? Jak pisał wieszcz Słowacki - jesteśmy przecież "pawiem narodów". Więc u nas będzie szybciej. A jak szybciej, to drożej. Kiedyś sprawiliśmy sobie Pendolino - bo szybko jeździ. Choć nie mamy torów, po których mogłoby ono jeździć tak szybko jak może jeździć.
O co wiec chodzi? Jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o dziewczynę albo o pieniądze. Ale o dziewczynę to w tym przypadku raczej nie chodzi. Chodzi więc o pieniądze. Duże pieniądze. Zamówienie nie zostało podzielone na kilka. Choć mogło. Nie wiadomo dlaczego. Zamawiający pieniądze ma. Nawet jak straci te unijne z powodu niedotrzymania terminów, to i tak zapłaci za realizację tej strategicznej inwestycji. Toczy się więc bój o to, komu je zapłaci. Realizacja zamówień publicznych powinna być do bólu transparentna. A nie jest. A szkoda.
Robert Gwiazdowski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.













