Co zabawne - jestem tak stary, że pamiętam, jak przy okazji którychś poprzednich mistrzostw pojawiły się twierdzenia, że piłkarze uprawiający ten "dziaderski sport" zarabiają krocie, a…. No zgadliście Państwo! A lekarze zarabiają mało. Teraz oni tez zarabiają za dużo. Tylko pensje lekarzy w państwowych szpitalach państwo może uregulować. Może nawet je uregulować w szpitalach prywatnych. Pensje piłkarzy też może uregulować. I w reprezentacji i nawet w klubach. Ale jak uregulować pensje i kontrakty reklamowe w innych państwach? Nawet Unia Europejska nie pomoże! Może więc trzeba włączyć w tę walkę o równość i sprawiedliwość społeczną ONZ? Bo w piłkę nożna gra się na całym świecie.
Pensje piłkarzy i lekarzy pod lupą
A dlaczego ten "dziaderski" i w dodatku "patriarchalny" sport - jak orzekła pewna filozofka i etyczka - generuje największe dochody? Koszykarze w NBA i tenisiści też zarabiają krocie, ale wojna była tylko futbolowa. Między Salwadorem a Hondurasem. Wybuchła w 1969 roku po meczu piłkarskim reprezentacji tych państw. Powody były inne, mecz był tylko pretekstem, cała ta wojna trwała raptem 100 godzin, ale nazwa pozostała.
A właśnie mieliśmy wojnę na boisku. Między Argentyną a Anglią. Kolejną. Argentyna dostała nawet od FIFA zgodę na występ w nieregulaminowym stroju. Grali w koszulkach granatowych. Z sentymentu i z powodu przesądu. W takich samych jak w ćwierćfinałowym meczu z Anglią w 1986 roku w Meksyku. Był on rewanżem za wojnę o Falklandy. To jest nazwa angielska. Argentyńczycy mówią o nich Malwiny. W 1982 roku zajęły je wojska argentyńskie. Margaret Thatcher - znienawidzona przez różnej maści socjalistów zwolenniczka liberalnego kapitalizmu - przeprowadziła wojskową operację ich odbicia. Skuteczną. I choć w Argentynie rządziła wówczas faszyzująca junta wojskowa, to "postępowy" świat kibicował Argentynie. Zarówno podczas tej wojny o Falklandy, jak i z tego powodu podczas ćwierćfinału w Meksyku. Nawet jak Maradona strzelił bramkę ręką, a po meczu stwierdził, że była to "ręka Boga".
Emocja to podstawa - sportu i współczesnej polityki
Ale dlaczego to właśnie mecze piłkarskie wywołują takie emocje? Bo jak Guillermo Vilas (to taki argentyński tenisista) grał z Johnem Lloydem czy Markiem Coxem (to tacy brytyjscy tenisiści) to wojennych emocji nie było. No właśnie dlatego, że tenis to sport elitarny. A piłka nożna najbardziej demokratyczny. Z dwóch powodów. Żeby strzelić cudowną bramkę w "okienko" nie trzeba mieć 2 metrów wzrostu - jak do tego, żeby zrobić wsad do kosza. Taki Maradona przy Erlingu Haalandzie to taki trochę Hobbit. A i tak był najlepszy. I każdy chłopak na boisku szkolnym ma szansę kopnąć piłkę jak Maradonna czy Haaland. Przez przypadek, ale ma. A przez przypadek wsadu do kosza jak Jemes LeBron nie zrobi. Ani nie zaserwuje jak Jannik Sinner - tegoroczny zwycięzca Wimbledonu. Nie trzeba też mieć pieniędzy na rakiety tenisowe, wynajem kortu i na trenera. Ronaldinho - chyba najlepszy drybler w historii - trenował boso. Bo jego ojciec nie miał po prostu pieniędzy na piłkarskie buty. Większość z najlepszych piłkarzy pochodziła z biednych rodzin. I z tych właśnie dwóch powodów miliardy ludzi na świecie fascynuje się ich grą. I dlatego to właśnie piłka jest sportem, który wywołuje największe emocje. A emocje po przecież podstawa - także współczesnej polityki. Więc kto jak kto, ale komentatorzy polityczni, mający swoje polityczne sympatie (i je w dodatku okazujący), nie powinni się dziwić, że piłkarze wywołują jeszcze większe emocje.
Sedno polega na tym, że raz można zagłosować na partię Tuska, a innym razem Kaczyńskiego. Coraz rzadziej - ale się zdarza. A czy widział ktoś, by kibic Realu Madryt został kibicem Barcelony?
Ale cóż? Postępowi przeciwnicy Lady Thatcher nie znają się nie tylko na piłce nożnej. Mało tego, gdy rządzi dziś Argentyną jej zagorzały wielbiciel Javier Milei, to postępowy świat powinien chyba kibicować Anglii - bo tam rządzi postępowa Partia Pracy. A świat liberalny - Argentynie. Ale można też z przekorą skwitować, że oto po 40 latach od ćwierćfinału w Meksyku, liberalizm wziął rewanż w półfinale w USA na etatyzmie.
Robert Gwiazdowski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














