Poważni kolekcjonerzy nie zbierają współczesnych pieniędzy, których używano do płacenia. Może się jednak zdarzyć, że jakiś pasjonat wymyśli sobie, iż chce mieć w swojej kolekcji banknoty z tej samej serii, mające określoną kombinację liczbową numeru seryjnego. Wówczas taki kolekcjoner może zainteresować się pieniędzmi, które ktoś miał w swoim portfelu. Przy czym szansa na to jest niewielka.
Czy na obiegowych pieniądzach można zarobić? Oto czego szukają kolekcjonerzy
Prawdziwi numizmatycy szukają najczęściej okazów w stanie menniczym, czyli takich, które nigdy nie były używane. Wyjątek od tej reguły stanowią stare pieniądze. W tego typu przypadku cenę może podbić ich "historia", np. fakt, że należały do znanej osobistości lub uległy uszkodzeniu podczas jakiegoś ważnego wydarzenia.
W przypadku banknotów obiegowych kolekcjonerzy polują na te, które nie były przeznaczone do emisji, bo np. były "wzorami". Banknoty wzorcowe drukuje się m.in. po to, by je pokazać osobom decyzyjnym przed zleceniem emisji. Wzory przekazuje się także zagranicznym bankom, Interpolowi czy innym instytucjom, które mają do czynienia z dużym przepływem gotówki i muszą sprawdzać, czy pieniądze nie są fałszywe.
Wzór 50 zł sprzedany za konkretną sumę
Wzory banknotów mają najczęściej numerację zerową. Właśnie taki numer miało 50 zł z 1994 roku, które sprzedano na Onebid na początku lipca. Licytacja skończyła się na 24 tys. zł, a zaczęła od ceny wywoławczej wynoszącej 8 tys. zł. Banknot miał nadrukowany napisy "specimen" i "specimen no006", co może oznaczać, że był to egzemplarz wzorcowy przeznaczony dla jakieś zagranicznej instytucji.
Okaz został wydrukowany w TDLR (De La Rue) w Wielkiej Brytanii. Po denominacji polskiej waluty to ta drukarnia papierów wartościowych drukowała przez jakiś czas polskie banknoty. To prawdopodobnie ten fakt oraz pieczęcie drukarni po obu stronach banknotu podbiły jego cenę. Wzory innych nominałów drukowane w Polsce sprzedawały się na Onebid znacznie taniej (za 850-1800 zł). Przy czym były też w znacznie gorszym stanie. Wspomniana "pięćdziesiątka" była w stanie idealnym i miała certyfikat.
Hanna Sidorska










