17 lipca Komisja Europejska przedstawiła wyczekiwaną propozycję największej od lat reformy unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 (EU ETS). Zaproponowano m.in. by kraje UE przeznaczały co najmniej 50 proc. wpływów z tego systemu na inwestycje w dekarbonizację.
Komisja Europejska ogłosiła ważne zmiany w ETS
Reforma zakłada również spowolnienie tempa ograniczania liczby uprawnień do emisji poprzez obniżenie współczynnika liniowej redukcji (LRF) do 3,7 proc. w latach 2031-2035 i 1,7 proc. od 2036 r., wobec obecnych 4,3 proc. (4,4 proc. w latach 2028-2030). Projekt przewiduje także zmniejszenie z 24 do 12 proc. wskaźnika zasilania Rezerwy Stabilności Rynkowej (MSR), dostosowanie zasad jej funkcjonowania do malejącej puli uprawnień oraz przedłużenie działania Funduszu Modernizacyjnego.
"Po raz kolejny Polska otrzymała pozytywną odpowiedź na swoje oczekiwania, aby pewne regulacje unijne były bardziej sprzyjające dla kraju" - podsumował decyzje KE premier Donald Tusk.
Polska skorzysta na zmianach w ETS? "Może czuć się wygrana"
- Polska na pewno może czuć się wygrana, gdyż wiele z naszych postulatów udało się wdrożyć w życie - mówi w rozmowie z naszą redakcją Bartłomiej Orzeł z think tanku Project Tempo.
Jak dodaje, kluczowe było zbudowanie tzw. mniejszości blokującej, co skłoniło Komisję Europejską do pewnego uelastycznienia systemu. - Nie mam tutaj wątpliwości, że gdyby nie naciski Niemiec i tamtejszego przemysłu oraz w mniejszym stopniu Francji, to nie byłby one tak głębokie. Globalna rywalizacja - zwłaszcza z Chinami i USA - wymusza na Europie pewne ustępstwa wobec dotychczas prowadzonej polityki - mówi ekspert.
Jak ocenia, jednym z najważniejszych elementów jest zmiana zasad funkcjonowania Rezerwy Stabilności Rynkowej (MSR).
- Kluczowe jest zawieszenie umarzania uprawnień w ramach MSR powyżej progu 400 mln. Nie będą one znikać z systemu, ale będą mogły trafiać na rynek w okresach niedoborów. To będzie powodować większą stabilizację i przewidywalność kosztów emisji oraz zabezpieczenie przed nagłymi, wysokimi skokami cen dzięki lepszemu zarządzaniu popytem i podażą - podkreśla ekspert.
Jak dodaje, istotnym rozwiązaniem jest także utrzymanie dodatkowych darmowych uprawnień do 2030 roku. W jego ocenie to kluczowa informacja dla polskiej gospodarki, ponieważ daje przedsiębiorstwom kilka dodatkowych lat na zachowanie konkurencyjności i przygotowanie się do dalszych zmian.
Orzeł zaznacza jednak, że po 2030 roku proces zaostrzania polityki klimatycznej będzie postępował. Jak wyjaśnia, reforma MSR oraz zmienione tempo obniżania limitów emisji sprawią, że system ETS będzie funkcjonował dłużej, niż wynikało z dotychczasowej trajektorii.
- Pętla zacznie się zaciskać, choć w zwolnionym tempie. Limity emisji nie skończą się w 2039 roku, jak wynikałoby z dotychczasowej ścieżki, ale będą z nami także po 2040 roku. Cel na 2050 rok się nie zmienia - zmieniają się drogi dojścia do niego. Będą one mniej wyboiste i bardziej przewidywalne dla polskiej gospodarki - wskazuje.
Ekspert zwraca również uwagę, że utrzymanie darmowych przydziałów nie będzie bezwarunkowe. Jak podkreśla, przedsiębiorstwa będą mogły z nich korzystać dopiero po przedstawieniu planów dekarbonizacji. -To krok w kierunku przyspieszenia zmian, ale za pomocą rozwiązania, które można określić jako "marchewkę na kiju" - ocenia.
Również zdaniem Kamila Moskwika, analityka Plentra Research, obecnie "najważniejsza jest podaż, czyli LRF". - Ramy prawne przewidują szybkie kurczenie się puli: 4,3 proc. rocznie w latach 2024-2027 i 4,4 proc. od 2028 roku, co prowadziłoby do wyczerpania uprawnień na rynku około 2039-2040 roku. To był problem systemowy, bo unijna ścieżka redukcji wciąż zakłada istotne emisje przemysłowe po 2040 roku. Innymi słowy: system kasowałby uprawnienia szybciej, niż przemysł jest fizycznie w stanie się dekarbonizować, a to jest przepis na eksplozję ceny EUA - zauważa.
Dla Polski, gdzie koszt CO2 siedzi w cenie prądu mocniej niż gdziekolwiek indziej w Unii, to jest zmiana numer jeden. W praktyce oznacza przesunięcie horyzontu wygaszania systemu z okolic 2039-2040 na 2049 rok
Moskwik zaznacza jednak, że ta reforma nie jest luzowaniem polityki klimatycznej. - Jej celem jest dostosowanie systemu ETS tak, by adekwatnie przyczyniał się do realizacji celu 90 proc. redukcji emisji netto do 2040 roku, przyjętego wiosną w rewizji Europejskiego Prawa Klimatycznego. Kierunek i cel końcowy się nie zmieniają, zmienia się rozkład kosztów w czasie. Polska wywalczyła łagodniejszą trajektorię, nie łagodniejszy system. To istotna różnica i uczciwie trzeba ją komunikować - podsumowuje.
Co z budżetem? "Pozbawia polski rząd elastyczności"
Jak zmiany w ETS wpłyną na budżet Polski? - Powolniejszy spadek liczby uprawnień w systemie oznacza, że Polska będzie miała ich o ponad 30 mln więcej do sprzedania w latach 30. i 40. - mówi w rozmowie z Interią Biznes Aleksander Śniegocki, prezes Instytutu Reform. Jak dodaje, kolejnym istotnym elementem jest przedłużenie funkcjonowania Funduszu Modernizacyjnego o kolejną dekadę, co oznaczałoby ponad 14 mld euro dodatkowych środków na inwestycje wspierające transformację gospodarstw domowych i przedsiębiorstw.
Śniegocki podkreśla, że reforma ma również zwiększyć przejrzystość wydatkowania dochodów z ETS. Część wpływów trafiających bezpośrednio do budżetu państwa miałaby być przeznaczana na jasno określone inwestycje związane z transformacją energetyczną, na zasadach zbliżonych do Funduszu Modernizacyjnego. - To dobra i potrzebna zmiana, gdyż obywatele powinni wiedzieć, że środki z ETS są przeznaczane na sprawiedliwą transformację, a nie znikają w budżecie - zaznacza.
Prezes Instytutu Reform uważa również, że reforma poprawi konkurencyjność przemysłu, dając sektorowi "więcej czasu na zmiany". - Co ważne, w ramach Investment Boostera zaproponowanego przez Komisję Europejską polski przemysł może liczyć na wsparcie z oddzielnej puli dla państw naszego regionu - to znaczy, że będzie konkurował z zakładami z Rumunii czy Czech, a nie Hiszpanii czy Szwecji. To sprawiedliwe rozwiązanie wyrównujące szanse w ramach Unii Europejskiej - mówi.
Zmiany nie będą również bez wpływu na ceny energii dla gospodarstw domowych. - Zwiększa się podaż uprawnień w systemie - co będzie prowadziło do obniżenia ich ceny, a więc kosztów emisji w okresie przejściowym transformacji - mówi, dodając, że reforma ma zapewnić, że większa część środków z systemu zostanie skierowana na inwestycje w uniezależnianie się od paliw kopalnych - co buduje trwałe podstawy dla niższych cen energii w Polsce i Europie.
Mniej optymistycznie z perspektywy budżetowej reformę ocenia Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz XTB, który zwraca uwagę, że ma ona charakter dwutorowy - Z jednej strony może przyspieszyć dekarbonizację i transformację systemu energetycznego, ale z drugiej - pozbawia polski rząd elastyczności w dysponowaniu środkami z aukcji uprawnień do emisji CO2.
- Zasady zawarte w nowym projekcie wskazują na przeznaczenie co najmniej 50 proc. krajowych dochodów z aukcji na dekarbonizację sektorów bezpośrednio objętych systemem ETS. W przeszłości władze swobodnie dysponowały tymi środkami, przeznaczając je m.in. na bezpośrednie obniżanie rachunków za energię dla gospodarstw domowych, co w dłuższej perspektywie nie wpływało na ograniczenie emisji - zauważa.
Jak dodaje, brak elastyczności w dysponowaniu przychodami z aukcji jest szczególnie negatywny z perspektywy polskiego budżetu, gdyż silnie rosnący dług publiczny wywiera ogromną presję na rządzących. - Warto pamiętać, że choć wprowadzenie systemu ETS2 przesunięto na 2028 rok, Polska musi przyspieszyć przyjęcie Planu Społeczno-Klimatycznego, aby nie stracić 65 miliardów złotych przeznaczonych na złagodzenie kosztów społecznych i ekonomicznych związanych z rozszerzeniem systemu opłat za emisję - mówi w rozmowie z Interią Biznes.
Stajniak zauważa, że biorąc pod uwagę kryzysy energetyczne z 2022 oraz 2026 roku, gospodarka europejska ogranicza swoją produktywność. - Wiele celów klimatycznych w ostatnich dekadach osiągnięto poprzez transfer emisji do krajów spoza Unii (np. przeniesienie rafinacji metali ziem rzadkich do Chin), co obecnie odbija się negatywnie nie tylko w Europie, ale również w Stanach Zjednoczonych. Ponadto, zmniejszenie mocy rafineryjnych oraz ograniczenie wydobycia surowców energetycznych osłabiają bezpieczeństwo energetyczne obywateli UE - podsumowuje.
Emilia Chlipała-Faltyn












