Reklama

Jak zrozumieć swój rachunek?

Rachunek za telefon jest mniej więcej zrozumiały, natomiast energetycy stanowią nieustanne źródło zaskoczeń. Zacznijmy od prognoz, czyli tego, jak firma energetyczna szacuje zużycie prądu w mieszkaniu czy domu. Nie ma sposobu, by te prognozy były trafne. Ostatni błąd w mojej prognozie opiewał na tysiąc złotych

Reklama

Kiedyś standardy były proste. Kiedyś, to znaczy 60 lat temu podczas zręcznie zresztą nagłaśnianej przez PRL-owską propagandę akcji elektryfikacji. Elektryfikowany mógł mieć zamontowane w domu jedno gniazdko ("gniazdo wtykowe" według oficjalnej nomenklatury) oraz dwa lub trzy "punkty świetlne".

Oczywiście ludzka przedsiębiorczość nie zna granic i według świadectw z epoki elektryfikowani masowo załatwiali sobie u monterów nieujęte w rozporządzeniu dodatkowe gniazda wtykowe i punkty świetlne. Walutą w tym przypadku były nie tyle pieniądze, ile butelki z samogonem.

Przez lata rzeczywistość się skomplikowała, namnożyło się gniazd oraz punktów, energetyka stała się wyrafinowana, czego przejawem jest jeden z najbardziej zawiłych dokumentów, z jakim masowo ma do czynienia każdy z nas, czyli rachunek za prąd. Pamiętam, jak parę lat temu rozmawiałem z ówczesnym szefem Urzędu Regulacji Energetyki, przemiłym zresztą człowiekiem i dobrym fachowcem, który zapewniał mnie, że jego życiowym celem jest to, by rachunki za prąd były równie przejrzyste, jak rachunki za telefony komórkowe. Tylko przyklasnąć, zwłaszcza że poziom komplikacji technologicznych w przypadku sprzedawania prądu wydaje się - delikatnie mówiąc - nawet nieco mniejszy niż w przypadku całej już gamy usług oferowanych przez sieci komórkowe.

A jednak się nie udało. Rachunek za telefon jest mniej więcej zrozumiały, natomiast energetycy stanowią nieustanne źródło zaskoczeń. Zacznijmy od prognoz, czyli tego, jak firma energetyczna szacuje zużycie prądu w mieszkaniu czy domu. Nie ma sposobu, by te prognozy były trafne. Ostatni błąd w mojej prognozie opiewał na tysiąc złotych. Co i tak jest niczym w porównaniu z głośnym w ostatnich dniach przypadkiem emeryta z Warszawy, któremu firma energetyczna zaprognozowała zużycie prądu wyższe o 4 tys. zł miesięcznie przy dotychczasowych rachunkach niesięgających nawet 200 zł. I próbowała te pieniądze wyegzekwować.

Ale jak sprawdzić, za co właściwie płacimy firmie energetycznej i czy broń Boże nie doszło z jej strony do żadnej pomyłki? Trzeba przeczytać fakturę. Dobrze, czytamy. Taryfa G11 - to akurat proste, z grubsza oznacza klienta detalicznego. "Mnożna: 1". Taa. Pojęcia nie mam, dlaczego akurat mnożna jeden, wolałbym, żeby była mnożna pół lub wręcz zero, ale przyjmijmy, że jeden to też nieźle. Teraz to, co kupuję. "Energia czynna" - to pewnie prąd. "Składnik jakościowy" - ooo, ciekawe, co to takiego. Niedrogie, niecałe 9 zł za pół roku. Domyślam się, że tak tanio dlatego, że jednak parę razy przez te pół roku prądu nie było. Ale płacić trzeba, pewnie za to, że awarie nie spowodowały żadnych szkód poza niemożnością podgrzania kaszki dla dziecka. 9 zł, cena w sam raz.

Dalej. "Opłata sieciowa". Czyli za to, że prąd do klienta dopłynął. Ale są też inne opłaty: "przejściowa", "stała za przesył" oraz "abonamentowa". Co to znaczy, czym to się różni? Jakoś pogodzić się mogę tylko z abonamentem, bo mniej więcej wiadomo, o co chodzi, choć kompletnie nie wiadomo, co daje. Jeszcze tylko VAT oraz akcyza. Wprawdzie liczba kilowatogodzin, od których naliczono akcyzę, jest zupełnie inna niż jakiekolwiek kilowatogodziny wykazane w fakturze, ale to już zupełny drobiazg. Tak zwany odbiorca energii i tak nie ma szans na przebrnięcie ze zrozumieniem przez dokument nieprecyzyjnie zwanym rachunkiem za prąd.

Oczywiście, większość z nas zupełnie nie ma potrzeby wgryzania się w te rubryczki. Płaci i tyle. Tylko że jeżeli z takiego założenia wychodzą firmy energetyczne czy regulator, oznacza to jednak brak szacunku dla tych tysięcy ludzi, którzy woleliby wiedzieć, za co płacą. Zwłaszcza że można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że w przypadku prądu to grono zainteresowanych zacznie szybko rosnąć. Powód będzie bardzo prosty: podwyżki cen energii - i to najprawdopodobniej znaczące.

Biznes INTERIA.PL na Facebooku. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Ale sprawa ma też kontekst szerszy, już dotyczący naszej polskiej mentalności administracyjnej. Czyli - właściwie nie wiadomo, dlaczego tak jest. Czy te wszystkie przepisy - a jak rozumiem opłata za "składnik jakościowy" czy "przejściowa" ma swoje głębokie uzasadnienie prawne - mają spowodować skutek uboczny, że człowiek nie będzie w stanie zrozumieć rachunku na 200 zł? I nikt nie jest w stanie nic na to poradzić?

Przecież nawet w naszym biurokratycznym kraju transakcje daleko bardziej skomplikowane i angażujące daleko większe pieniądze można rozliczyć w całkowicie zrozumiały sposób. A tu trwamy przy kompletnym archaizmie, jednym z dwóch najbardziej tajemniczych dokumentów, z jakimi mamy do czynienia w codziennym życiu. Ten drugi to rachunek za gaz.

Marcin Piasecki

13 lipca 2012 (nr 135)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »