Marcin Płachno jest dyrektorem Zagranicznego Ośrodka Polskiej Organizacji Turystycznej w Berlinie. Do zadań zagranicznych ośrodków należy m.in. promowanie pozytywnego wizerunku Polski oraz jej walorów turystycznych na perspektywicznych rynkach. Do takich należą Niemcy.
Hanna Sidorska: Tak się złożyło, że rozmawiamy w dniu otwarcia "małego Dubaju" nad Bałtykiem (rozmowa odbyła się 10 czerwca - przyp. red.), czyli hotelu Gołębiewski w Pobierowie. Czy Niemcy będą do niego jeździć? Czy to hotel na ich kieszeń?
Marcin Płachno: - Zacznę od tego, że mam takie szczególne podejście do działalności gospodarczej i zawsze z dużą ostrożnością wypowiadam się na temat ruchów biznesowych, z którymi mam do czynienia - nowych hoteli, atrakcji turystycznych, działań touroperatorów czy to polskich, czy niemieckich przedsiębiorców.
- Wynika to z faktu, że wychodzę z założenia, że ktoś, kto prowadzi biznes, ma jakiś pomysł, zrobił research na temat prowadzonej przez siebie polityki cenowej, więc ja jako taki urzędnik państwowy zachowuję dużą ostrożność w wypowiadaniu się w paradygmacie "dobrze" lub "źle". I w taki właśnie sposób patrzę na hotel Gołębiewski w Pobierowie.
- Zanim został otwarty, zastanawialiśmy się w naszym biurze, o czym jest ten projekt. Wynikało to m.in. z tego, że dostawaliśmy zapytania od prasy niemieckiej i prośby o kontakt. Przyglądając się z bliska, to co się przebija poza jego skalą, to wspomniany przez panią standard. To nie jest trzygwiazdkowy hotel, tylko obiekt w kategorii premium.
- Myślę, że w założeniu ma w jakiś sposób konkurować ze średnimi i dalekimi destynacjami.
Konkurować? W jaki sposób?
- Z północnych Niemiec czy z samego Berlina nad polskie morze jest bardzo blisko. Zdecydowanie upraszcza to logistykę. Jeśli zamożna czy średnio zamożna rodzina niemiecka, mówię o rodzinie dwa plus jeden lub dwa plus dwa, ma pokryć koszty np. przelotu, dojazdu na lotnisko, odprawić się, wsiąść do samolotu, wylądować, zorganizować transfer, a ma do wyboru opcję klasy premium nad polskim morzem, do której z Berlina może dotrzeć w 2-2,5 godz., to ma to sens.
Drugą kwestią, poza bliskością, dostępnością, jest infrastruktura polskich hoteli, która jest bardzo wysoka, chociażby w porównaniu do tej niemieckiej. Wynika to z tego, że po latach 90. budowaliśmy ją w zasadzie od zera lub bardzo mocno ją restrukturyzowaliśmy.
Dużo mówiło się o rozmiarach hotelu...
- Niemiecki konsument nie do końca patrzy przez pryzmat skali, a są osoby, które lubią jeździć do miejsc, gdzie przebywają inni ludzie. Bardziej liczą się właśnie kwestie związane z logistyką, wygodą, infrastrukturą na miejscu i to, w jaki sposób ten turysta jest obsługiwany. Nasza gościnność jest istotną cechą tego ekosystemu turystycznego.
Oczywiście, można teraz przerzucić to wszystko na drugi biegun i powiedzieć, że rzeczywiście obiekt jest gigantyczny. W jakiś sposób wpływa na krajobraz i będzie wpływał na środowisko.
- A co do samych cen myślę, że hotel Gołębiewski ma strategię wysokiej ceny na początek, bo będą beneficjentami dużego zainteresowania czy to pozytywnego, czy negatywnego.
Wojna na Bliskim Wschodzie i kryzys wywołany tym konfliktem mocno wpłynęły na turystykę. Czy w związku z tym nad polskim Bałtykiem będzie w tym sezonie więcej Niemców?
- Można powiedzieć, że tak. Trzy czwarte wyjazdów turystycznych niemieckiego turysty odbywa się poza Niemcy - czyli 75 proc., a wewnątrz kraju - 25 proc. Do zagospodarowania jest blisko 600 tys. turystów w skali roku. Gdzieś te osoby będą musiały pojechać. No, ale czy Polska ma ten sam produkt turystyczny co Półwysep Arabski?
- Skłaniam się do odpowiedzi, że nie, ale jeśli ktoś nie zje tego kawałka tortu, to zjedzą go ci, którzy zjedli pozostałe. Tak więc ten wzrost powinien nastąpić, powinniśmy o niego powalczyć, natomiast nie zakładałbym, że będziemy głównymi beneficjentami tego zjawiska.
W zeszłym roku jeden z polonijnych portali informował Niemców, że ceny nad Bałtykiem mocno wzrosły. Ten wzrost odczuli też Polacy. A jak jest w przypadku Niemców? Czy nad polskim morzem nadal jest dla nich tanio?
- Myślę, że zauważają wzrost cen, bo jego nie da się przeoczyć.
- Natomiast chciałbym zaznaczyć, że my jako Polska Organizacja Turystyczna nie posługujemy się przymiotnikiem "tanio". Nie chcemy, żeby Polska kojarzyła się w ten sposób. Stosujemy taką semantykę językową, żeby zwrócić uwagę na to, że relacja ceny do jakości jest atrakcyjna.
- I ona nadal taka jest, tak jak już wcześniej mówiłem infrastruktura turystyczna i jakość obsługi jest w Polsce na naprawdę wysokim poziomie. Wiem to, bo jeżdżę na delegację po Niemczech i korzystam z niemieckiej infrastruktury hotelowej.
My wciąż jesteśmy przede wszystkim atrakcyjni pod kątem wysokiej jakości usług i wysokiej jakości infrastruktury.
- Nawet jeśli polski hotel i niemiecki hotel mają takie same ceny, to ten niemiecki turysta doceni te polskie przymioty, o których mówiłem - infrastrukturę i obsługę.
W zeszłym roku niemiecką prasę regionalną zalały skargi Niemców na jakoś obsługi po ich stronie Bałtyku. Były też porównania z Polską. My podobno jesteśmy bardziej gościnni i przyjaźni...
- Zdecydowanie. My jako naród chyba rzadko zdajemy sobie z tego sprawę. Wydaje nam się, że jesteśmy narodem narzekającym i takim nie do końca miłym. Uważam, że jest dokładnie odwrotnie. Dlatego też zachęcam zawsze ludzi do tego, żeby dobrze o sobie po prostu myśleli.
- A jeśli chodzi o Niemcy, to oni mają znaczący problem z siłą roboczą. Nastąpił duży odpływ kadry, zwłaszcza w pandemii i to nie tylko w Niemczech, ale w zasadzie w całej branży na całym świecie.
- Ludzie odeszli z hoteli, z tego całego biznesu około turystycznego, czyli gastronomii. Przebranżowili się i nie wrócili. Dla branży stanowi to duże wyzwanie.
Dyrektor ZOPOT w Pradze Pavel Trojan mówił mi, że Czechów dziwi to, że w Polsce płaci się za wstęp do parków narodowych. Brakuje im też tras rowerowych. Czy Niemców coś w naszym kraju dziwi, czegoś im brakuje?
- Wydaje mi się, że nad działaniami w kontekście infrastruktury rowerowej warto popracować. W naszym kraju nie było tej - nazwijmy to - kultury turystycznego jeżdżenia na rowerze na skalę masową, takiej jak jest w Niemczech i ta infrastruktura przez wiele lat nie powstawała. Natomiast ona jest w jakimś stopniu w mojej opinii realizowana.
- Czy centralnie te działania się powiodły? Myślę, że jednak trochę nie. Bardziej słychać o tych działaniach w ramach infrastruktury rowerowej w obrębie województw. Każdy urząd marszałkowski ma swój pomysł na te trasy rowerowe i myślę, że w jakimś stopniu to dobrze, bo to, co sprawdzi się na Mazurach, niekoniecznie sprawdzi się w Małopolsce. Turysta - rowerzysta jest obecnie bardzo zróżnicowany, a co za tym idzie, wymagania infrastrukturalne są inne.
Zachodniopomorskie, Małopolska, Dolny Śląsk to są według mnie najbardziej prężne regiony, jeśli chodzi o działania nakierowane na infrastrukturę rowerową.
- A czy ich coś dziwi? Nie odbieram takich sygnałów. Raczej skategoryzowałbym Niemców jako naród rozumiejący różnice kulturowe i te kwestie, o których pani wspomniała, dla nich będą po prostu elementem kultury, punktem na osi czasu, w którym znajduje się dany kraj.
- Częściej spotykam się z tym pozytywnym zaskoczeniem. Wracając chociażby do naszego Bałtyku, byłem w kilku hotelach od Świnoujścia po Gdańsk, no i tam często menu jest napisane w języku niemieckim.
- Podczas jednej z takich wizyt pani na obsłudze śniadaniowej zaczęła do mnie mówić po niemiecku, wychodząc z założenia, że muszę należeć do grupy turystycznej, która przyjechała zza zachodniej granicy.
Nad rowerami musimy jeszcze trochę popracować i tu robię ukłon w stronę Polskich Kolei Państwowych, żeby ten tabor rzeczywiście był przystosowany do przewozu rowerowego.
- To się dzieje w skali regionalnej. Koleje Śląskie, Koleje Małopolskie - tam to jest super zrobione. Natomiast na poziomie krajowym, już nie mówiąc o międzynarodowym, rzeczywiście jest wiele do poprawy.
A kim jest taki przeciętny niemiecki turysta, który przyjeżdża do Polski? Czy to emeryt? Singiel? Rodzina z dziećmi?
- No nie ma jednej persony 80 mln narodu. Nie da się tego w ten sposób uprościć, ale można zdefiniować te największe grupy.
- Rodziny z dziećmi - to jest stały, rosnący segment. Ta grupa jeździ na urlop w lipcu i sierpniu, czyli w czasie przerwy w szkołach.
- Numer dwa, zwłaszcza na Wybrzeżu, to aktywni seniorzy. Ta grupa seniorska ma silny udział w tej puli 75 proc. Niemców spędzających wyjazdy za granicą.
- Możemy wyróżnić grupę tzw. turystów miejskich. Niemcy lubią poznawać kraj przez pryzmat tkanki miejskiej dużych miast. W tej kategorii "pchają nas" Kraków, Wrocław, Gdańsk i coraz bardziej popularny Lublin.
- Duży nacisk jest też kładziony na kwestie związane z naturą, z traktowaniem tego wyjazdu czy urlopu jako okazji do resetu. Mamy więc miłośników natury poszukujących spokoju i autentyczności - w naturze, społeczeństwie, kulturze czy w ludziach, którzy zamieszkują dany region.
- Wojna nie sprzyja, ale nie sposób nie zauważyć rosnącego zainteresowania, nieodkrytymi do tej pory Podlasiem, Lubelszczyzną i Podkarpaciem.
- Mamy też grupę aktywną - rowerzystów, piechurów, ludzi uprawiających sporty wodne. Tu prym wiodą Mazury.
- Z grupy miejskiej wyodrębniłbym grupę zainteresowaną historią, industrializacją. Tutaj myślę np. o Górnym Śląsku. Staramy się też promować tutaj w Berlinie Łódź, do której są połączenia kolejowe i jest relatywnie blisko. Jest też Poznań dobrze już znany przez niemieckiego turystę.
W niemieckiej prasie pojawiło się wiele artykułów, w których Polska jest wskazywana jako ten gospodarczy przymus UE. Po takich publikacjach często pojawiają się komentarze, że Niemcy nam zazdroszczą, że w Polsce żyje się lepiej. Ale czy my trochę nie przesadzamy? Nie leczymy tymi porównywaniami własnych kompleksów? Czy do przeciętnych Niemców ten przekaz, że Polska się wybiła dociera?
- Ten przekaz faktycznie do nich dociera. Jest to też zauważalne dla tych ludzi, którzy Polskę odwiedzają. Zdjęcia z Warszawy pokazujące centrum robią piorunujące wrażenie, zwłaszcza jeśli zestawi się je ze zdjęciami z Berlina, który też jest stolicą. No to widać tutaj duży rozdźwięk na rzecz pozytywnego odbioru Warszawy, jako nowoczesnego, rozwijającego się miasta versus Berlina, który ma swoje duże problemy. Problemy - nazwijmy je eufemistycznie - "urbanistyczno-społeczne". Ten przekaz opiera się też na konkretnych danych wzrostu PKB.
Należę do tej grupy optymistów, którzy doceniają to, co się dzieje u nas w kraju. Sam jestem z tego dumny i staram się to komunikować, natomiast lubię "wrzucać" to w pewne realia.
- Do Niemców wciąż mamy daleko, jeśli chodzi o poziom życia. Ten nasz postęp, to nasze prymusostwo w Unii, jak to pani nazwała, dotyczy nie wyprzedzania, tylko doganiania, skracania znaczącej dysproporcji między krajami z początku lat 90. ubiegłego wieku.
- W pewnych obszarach ten poziom życia w Polsce rzeczywiście jest lepszy. Jest bezpieczniej, jest lepsza infrastruktura, mamy lepiej działające urzędy, np. urząd skarbowy - większość sprawy można załatwić przez internet. Tutaj jest to niemożliwe. Natomiast jeśli zestawimy to z twardymi danymi ekonomicznymi...
Choćby na temat wysokości płacy minimalnej...
- Dokładnie - płacy minimalnej, gwarantowanych świadczeń socjalnych... No to wciąż jeszcze musimy pracować nad tym, żeby powiedzieć, że sytuacje są porównywalne.
- Podpisuję się pod tym, co pani powiedziała - ten obraz bywa zniekształcany, dodaje się do niego taką narrację, która wypełnia nasze kompleksy narodowe, które posiadamy, a wyrosłe na bazie pedagogiki wstydu serwowanej latami. A my nie ma się czego wstydzić, tylko to uznać.
- Świadomość własnych słabości to nie wstyd - to fundament. Bez niej zostajemy z ładną opowieścią o sobie zamiast z prawdziwą. Tego nam życzę jako społeczeństwu - odrzucenia kompleksów, uznania siebie takimi jakimi jesteśmy i dalszej wytrwałości.










