W opublikowanych pod koniec kwietnia założeniach makroekonomicznych na lata 2026-2030 możemy przeczytać, że średnia inflacja w 2027 roku wyniesie 2,5 proc. W dokumencie wskazano, że wynagrodzenia w strefie budżetowej, tak jak i w 2026 roku, wzrosną o poziom inflacji, więc realnie podwyżek nie będzie. To nie podoba się związkom zawodowym, które chcą realnego wzrostu płac.
Marne podwyżki w budżetówce "działają demobilizująco"
Jak mówi rzecznik Forum Związków Zawodowych Grzegorz Sikora w rozmowie z "Faktem" propozycja podwyżek w budżetówce o 2,5 proc. to "działanie niespójne" ze słowami Donalda Tuska o budowaniu odporności państwa względem zagrożenia ze strony Rosji. Zdaniem Sikory tak niskie podwyżki będą działać demobilizująco.
"Podkreślam jednak - nie chodzi o to, by kupować patriotyzm. Potrzebujemy odbudować kadry w sektorze finansów, pilnie potrzebujemy nowych pracowników w wymiarze sprawiedliwości i służbach mundurowych. To można zrobić przez zwiększenie wynagrodzeń" - mówił "Faktowi" Sikora.
Związki zawodowe walczą o większe podwyżki
Dziennik wskazuje, że pracownicy ZUS od tygodni negocjują podwyżki, żądając wzrostu wynagrodzeń o 1200 zł brutto na etacie. Tymczasem rząd proponuje 200 zł podwyżki brutto, oraz 3400 zł brutto jednorazowej nagrody. Również związek Nauczycielstwa Polskiego chciałby, aby płace były związane ze wzrostem przeciętnego wynagrodzenia.
Jak wynika z dokumentu z wieloletnimi prognozami rządu, w 2027 roku wynagrodzenia w gospodarce narodowej wzrosną o 6 proc.; czyli powyżej progu inflacji. Tym samym pracownicy państwowi pozostaną z wynagrodzeniami w tyle względem przeciętnego pracownika na rynku.













