Pochodząca z USA Nicole Ann zamieściła na facebookowej grupie "Rome Travel Tips: Italy, Sistine Chapel, Colosseum, Vatican" post, w którym ostrzegła podróżnych wybierających się do Rzymu przed lodziarnią w centrum miasta.
Turystka wyjaśniła na wstępie, że podczas spaceru z mężem postanowili zamówić w lokalu dwa małe kubki lodów. Podczas składania zamówienia usłyszała, że lokal nie ma małych porcji, ale najmniejszy kubek zawiera trzy gałki. Para przystała na propozycję i wybrała smaki.
Pułapka na turystów w Rzymie. 186 zł za dwa lody
Po tym, jak ekspedientka skończyła nakładać lody, zaczęła dodawać do nich makaroniki i niewielkie cannoli. Turystka podkreśliła, że nie prosili jej o to, co więcej sprzedawczyni miała zasugerować, że są one darmowe.
"Poszliśmy zapłacić, a cena za 2 lody wyniosła 44 euro (około 186 zł - przyp. red.). Brzmiało to, jakby powiedziała 14, więc nawet nie zdałem sobie z tego sprawy, dopóki nie spojrzałem na paragon. To była prawdziwa pułapka na turystów" - relacjonowała Nicole Ann.
"Szczerze mówiąc, lody nie były nawet dobre, najgorsze ze wszystkich, jakie jadłem w ciągu 10 dni, nie dałem rady ich nawet skończyć" - stwierdziła Amerykanka, dodając, że kilka innych lokali stosuje podobne sztuczki.
Turystka usłyszała, że sama jest sobie winna
Wpis turystyki wzbudził wiele emocji wśród członków grupy. Pod adresem turystki posypało się wiele krytycznych komentarzy. Część internautów stwierdziła, że para sama jest sobie winna, bo powinni wiedzieć, że w centrum jest drogo. Inni pisali, że turyści na pewno sami zamówili dodatki, a poza tym nie powinni mieć do nikogo pretensji, bo widzieli ceny.
O sprawie napisały też media - zarówno ze Stanów Zjednoczonych, jak i z Włoch. To sprawiło, że Nicole Ann opublikowała drugi post - tym razem w formie wideo. Kobieta wyjaśniła, że w lodziarni nie było widocznego cennika. Podkreśliła także, że w trakcie całego pobytu wielokrotnie jedli z mężem lody i nigdy nie płacili za nie więcej niż 5 euro. Dodała również, że dopiero podczas jedzenia deseru spojrzała na rachunek.
To nie był "incydent z cennikiem", a "oszukańcza metoda"
Giovanni Barbera, rzymski sekretarz partii Rifondazione Comunista w komentarzu dla "Corriere della Sera" powiedział, że to, co spotkało turystów, nie jest "zwykłym incydentem z cennikiem" a "kolejne niedopuszczalne potwierdzenie społecznego i handlowego upadku, w którym pogrążyła się stolica".
"[...] Odpowiedzialność polityczna za to spustoszenie spoczywa w całości na instytucjach publicznych, które pozwoliły, by centrum Rzymu przekształciło się w pułapkę turystyczną" - wskazał Barbera.
"Gdzie są kontrole lokalnej policji? Gdzie są kompleksowe kontrole przejrzystości cen i oszukańczych metod, za pomocą których przyciąga się klientów? Nie wystarczy chwalić się danymi o ruchu turystycznym, jeśli gościnność sprowadza się do »zalegalizowanego wymuszenia«" - stwierdził rozmówca gazety.











