Reklama

Podwyżki cen za wywóz śmieci. Samorządy dopłacą do makulatury

Książki, gazety i tektura, jeszcze kilka miesięcy temu z zyskiem oddawane do papierni, teraz obciążą gminne systemy gospodarki komunalnej. Podobnie jest z innymi odpadami.

Problemy w skali kraju są podobne: rosnące ceny energii, wyższe koszty pracy, większe ilości odpadów, a także coraz trudniejsza sytuacja na rynku surowców wtórnych spowodowana - jak podkreślają eksperci - między innymi brakiem instalacji przystosowanych do pięciofrakcyjnego modelu segregacji.

Skutek? W ostatnich miesiącach wyższe stawki na odbiór lub odbiór i zagospodarowanie odpadów ogłaszają metropolie i mniejsze samorządy. W Luboniu (woj. wielkopolskie) wydatki na system gospodarki odpadami wzrosną w tym roku o ponad 3,6 mln zł. Zgierscy urzędnicy wyjaśniają, że w 2016 r. za przyjęcie odpadów płacili w instalacjach komunalnych ponad 166 zł za tonę, a teraz 600 zł. Fala podwyżek nie dotarła tylko do tych nielicznych gmin, w których obowiązują stare umowy.

Drogi niebieski pojemnik

Reklama

- Pół roku temu za papier można było otrzymać 200-250 zł, a nawet 400 zł za tonę dobrego surowca. Dziś to recyklerzy, czyli papiernie, żądają 50, 100, a nawet 200 zł za tonę - wylicza Piotr Szewczyk, szef rady RIPOK.

Potwierdzają to przedstawiciele Lubonia, którzy zwracają uwagę, że w 2019 r. za makulaturę recyklerzy płacili około 100 zł za tonę, teraz to im trzeba zapłacić za przyjęcie surowca prawie 500 zł za tonę.

Podobne zachwianie na rynku miało miejsce w 2009 r. Cena makulatury wynosiła wówczas niecałe 100 zł i w konsekwencji zamknęło się wiele punktów skupu. Dziś problem polega nie tylko na tym, że papier jest droższy, ale też na tym, że będzie go coraz więcej w gminnych systemach.

Firmy, które jeszcze do niedawna zbierały ten surowiec, wycofują się obecnie ze współpracy ze szkołami. Problem z pozbyciem się makulatury mają też ci, którzy oddawali takim firmom zalegające w domach czasopisma, materiały biurowe i książki i mogli liczyć chociaż na zwrot kosztu transportu.

- Wszystko to trafi teraz do systemu gminnego, podnosząc koszty jego funkcjonowania - mówi Piotr Szewczyk.

Dlaczego? Bo instalacje komunalne (dawne RIPOK-i) do niedawna pobierały symboliczną opłatę za przyjęcie papieru (8 zł za tonę), a teraz podniosły stawkę do 130 zł.

- Instalacja musi ten papier zagospodarować, doczyścić go, przekazać go dalej z dopłatą, a tym kosztem obciąży gminę - wskazuje ekspert.

Nie tylko makulatura

Według zapowiedzi kolejnych ministrów odpowiedzialnych za gospodarkę odpadami mają one nabrać wartości dzięki rozszerzonej odpowiedzialności producenta i wprowadzeniu systemu kaucyjnego na opakowania. Pozyskane w ten sposób pieniądze miałyby wesprzeć rynek recyklingu. Na razie jednak ustawy nie ma, a nawet cenne do tej pory surowce stają się kosztownym obciążeniem - tak jak stało się w przypadku makulatury.

- Potężny problem jest z oponami. Za przekazanie ich cementowni należy zapłacić od 500 do nawet 800 zł za tonę. Dwa, trzy lata temu można było oddać je za symboliczną złotówkę - mówi Piotr Szewczyk.

W 2015 r. na polski rynek wprowadzono ponad 220 tys. ton opon, a dwa lata później - już ponad 280 tys. ton. Mieszkańcy mogą zostawić je w punkcie selektywnej zbiórki odpadów (PSZOK) w ramach ponoszonej miesięcznie opłaty śmieciowej.

Do góry poszły też stawki za przyjęcie frakcji kalorycznej w cementowniach. Trafiają tam pozostałości po sortowaniu z żółtego worka, czyli tworzywa sztuczne, oraz resztki z odpadów zmieszanych. Specjaliści za dobry wynik uznają, gdy z żółtego pojemnika uda się wyciągnąć 40 proc. surowca do recyklingu, a pozostałe 60 proc. nadaje się do spalenia. W przypadku odpadów zmieszanych frakcja kaloryczna to około 20 proc.

- Cena za przyjęcie frakcji kalorycznej do instalacji produkujących paliwo z odpadów, jakie stosowane są w cementowaniach to obecnie 500, 600 zł za tonę, a niekiedy nawet 1 tys. zł. Niższe stawki mają spalarnie odpadów należące do samorządów (oprócz spalarni rzeszowskiej). W ich wypadku to 250-350 zł za tonę dla właścicieli - zaznacza Piotr Szewczyk.

Śmieci na ulicach

Niestabilność na odpadowym rynku może sprawić, iż wkrótce więcej gmin zmierzy się z groźbą, że śmieci mieszkańców trafią na ulice. Na początku lutego w tarapatach znalazła się gmina Sokółka (województwo podlaskie). Odpadów nie chciały od niej przyjąć ani spalarnia w Białymstoku, ani składowiska w Hryniewiczach, tłumacząc, że nie mają mocy przerobowych. Gminie groziło, że zacznie tonąć w śmieciach. Jak donoszą media lokalne, sokólskiemu MPO udało się zawrzeć tymczasowe porozumienie z Hajnówką.

Pytanie jednak, co dalej? Odkąd odpady można wozić po całym kraju, a jest ich nadpodaż, instalacje wybierają korzystniejsze cenowo oferty. To jednak podnosi koszty i stawia w gorszej pozycji uboższe i mniejsze lub niezrzeszone samorządy.

Katarzyna Nocuń

10.02.2020

Dowiedz się więcej na temat: wywóz odpadów | śmieci | samorządy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »