Reklama

Pożyczki nie dla mazgajów

Nawet ustanowienie prawa uznającego lichwiarstwo za ciężkie przestępstwo nie chroniło mieszkańców przedwojennej Polski przed tą plagą.

Jan Sznajder, emeryt z Warlubia, który poręczył znajomej pożyczkę na drobne 700 zł, przekonał się na własnej skórze, co oznacza kredyt oprocentowany realnie na 2555 proc. rocznie. Lichwiarz przy pomocy komornika wyegzekwował od swoich klientów już 40 tys. zł, a mieszkania pana Sznajdera nie zagarnął jedynie dlatego, że w ostatniej chwili powstrzymał go sąd. Takich wypadków jest coraz więcej.

W ustawie antylichwiarskiej z lutego 2006 r. zapisano, że maksymalna wysokość odsetek kredytu "nie może przekraczać w stosunku rocznym czterokrotności stopy kredytu lombardowego" ustalanego przez NBP.

Reklama

Czterokrotność owa wynosi dziś 16 proc. Pozostałe koszty pożyczki według art. 7a nie mogą przekroczyć 5 proc. kwoty udzielonego kredytu. Teoretycznie więc oprocentowanie pożyczek w Polsce nie ma prawa być wyższe niż 21 proc. W praktyce "całkowity koszt kredytu" z art. 7 ustawy nie jest tożsamy z "łączną kwotą wszystkich opłat, prowizji i innych kosztów" z art. 7a.

Żeby przekonać się, jak ta luka prawna przekłada się na rzeczywistość, wystarczy włączyć telewizor i obejrzeć reklamy firm pożyczkowych.

Ci wybierający gotówkę od Providenta spłacą odsetki w realnej wysokości ok. 80-100 proc. w skali roku. Miłośnicy Wonga.com zapłacą prawie 500 proc. Nieprowadzący kampanii reklamowych w mediach lichwiarze mają się być może jeszcze lepiej. Widać to na każdym kroku po ogłoszeniach o pożyczkach bez dochodu rozlepianych na klatkach schodowych czy wiatach przystanków.

Ustawa antylichwiarska nadaje się więc do kosza. Ale czy możliwe jest stworzenie prawa ograniczającego paskarski proceder, gdy liczba ludzi tracących dostęp do uczciwie oprocentowanych kredytów jest coraz większa?

Biednych kantuje się najłatwiej

"Opisać szczegółowo charakterystyczne wypadki przeprowadzenia z ludnością lichwiarskich operacji nie ma możliwości, ponieważ one mają miejsce w gospodarce każdego biednego rolnika" - donosiła w 1927 r. dyrekcja Kasy Stefczyka z Dorosina pod Łuckiem. Chcąc określić rozmiary plagi lichwiarstwa, Zjednoczenie Związków Spółdzielni Rolniczych RP rozsyłało do spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych, zwanych Kasami Stefczyka, ankiety z pytaniami dotyczącymi tego zjawiska. Łącznie przez kilka lat zebrano 1271 odpowiedzi z całej Polski. Wyłaniał się z nich obraz raju dla lichwiarzy, w którym cieszyli się oni całkowitą bezkarnością i wielkimi zyskami.

Proceder udzielania pożyczek przez prywatne osoby lub szemrane firmy nie był niczym nowym. Kwitł na ziemiach polskich od stuleci i wyrósł na wielki problem w XIX w. "Udałem się na Franciszkańską [w Warszawie]. Z podwórza szedł odór śledzi w beczkach. Na pierwszym piętrze przyjęła mnie podejrzliwa rosła kobieta, która była zajęta liczeniem dwudziestokopiejek. Zwijała je potem w ruloniki" - opisywał czasy młodości w książce "Moje Nalewki" przedwojenny dziennikarz i reporter Bernard Singer.

"Co kilka minut zjawiały się przekupki i wchodziły do pokoju. Prawie każda miała w koszu zawiniątko. Niektóre wychodziły uśmiechnięte, inne opuszczały pokój, wzdychając. Znałem Muranów i łatwo przyszło mi rozwiązanie zagadki. Przychodziły z zastawem po pożyczkę lub z utargiem do wykupienia zastawu. Lichwa była zakazana, lichwiarka liczyła jednak na dyskrecję klientów, nawet na przychylne świadectwo w razie sprawy sądowej" - opisywał.

Po odzyskaniu przez Rzeczpospolitą niepodległości sytuacja jeszcze się pogorszyła. Na obszarze biednego państwa istniało jedynie ok. 500 oddziałów bankowych. Dzięki zainicjowanemu pod koniec XIX w. przez dr. Franciszka Stefczyka ruchowi społecznemu powstało w Polsce także ok. 1,5 tys. spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych. Na prowincji Kasy Stefczyka były przeważnie jedynymi instytucjami oferującymi nisko oprocentowane kredyty. Nic dziwnego, że ich pracownikom zdesperowani ludzie proponowali często łapówki w zamian za zgodę na pożyczkę.

Ale rozwijanie się SKOK-ów nie zmieniało faktu, że dla milionów mieszkańców II RP legalne źródła kredytu pozostawały w praktyce niedostępne. W najgorszej sytuacji znajdowali się najbiedniejsi i już zadłużeni, ponieważ w razie konieczności musieli korzystać z usług paskarzy. "Tu zaczyna się lichwa. Gospodarz idzie po chleb do lichwiarza. Lichwiarz daje na kredyt za cenę, jaka mu się spodoba. Na przednówku robi nakaz płatniczy i dochodzi do ugody. Lichwiarz bierze krowę, a często po kilka sztuk od razu" - opisywała Kasa Stefczyka z Jamielnicy.

Cena pożyczki wymuszonej trudną sytuacją życiową czy zdarzeniem losowym bywała niezwykle wysoka. "Znamy wypadek, gdzie wdowa za uzyskanie 50 zł pożyczki celem opłacenia kosztów pogrzebu oddała wierzycielowi pod zastaw pole obszaru 15 arów kwadratowych" - donosiła Kasa Stefczyka z powiatu Myślenice.

Pożyczkodawcy wszystko wolno

Kwestią ochrony najuboższych zajęły się rząd i Sejm już na samym początku istnienia II RP. W Dzienniku Przepisów Prawa Polskiego już 14 grudnia 1918 r. opublikowano dekret "dla bardziej skutecznej obrony ludności przed lichwą wojenną, utrudniającą jej otrzymanie niezbędnej ilości pożywienia i ciepła oraz dachu nad głową".

Dekret, wzorowany na niemieckiej ustawie z maja 1918 r., przewidywał kary do nawet 6 lat więzienia "za gromadzenie, ukrywanie, niszczenie" przedmiotów pierwszej potrzeby "celem sztucznego podniesienia ceny". Ustawodawca wyróżniał wśród nich: żywność, opał, odzież i papierosy. Jednak nie wspominał nic na temat nadmiernie oprocentowanych kredytów, określając mianem lichwy działania nazywane później potocznie spekulacją. Z tym zjawiskiem miał walczyć utworzony w tym czasie Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją.

Tymczasem kwestia wysoko oprocentowanych kredytów burzyła społeczny spokój. A to dlatego, że lichwiarzami, zwłaszcza w miejscowościach na wschód od Wisły, byli często obywatele wyznania mojżeszowego.

"Wypożyczaniem pieniędzy trudnią się przeważnie żydzi (pisownia oryginalna - aut.)" - donosiła Kasa z Wyszonek Kościelnych, powiat Wysokie Mazowieckie. Dodając, że lichwiarze ci "z zasady dają pożyczki krótkoterminowe na weksel bez wstawienia daty, czyli dłużnik w każdej chwili spodziewa się swego wierzyciela, który przy każdej bytności we wsi nie omieszka odwiedzić dłużnika i przypomnieć o terminie".

Czasami pożyczkodawcy zachowywali się aż nazbyt arogancko. "Otóż miejscowy żyd (pisownia oryginalna - aut.) pożycza pieniądze, pobiera 75 proc., a nadto jeszcze, gdy jedzie przez wieś, wstępuje po swoich dłużnikach i od tego paszy, od drugiego kartofli, od innego kury i masła itp., co od którego wydrzeć może. A za jakiś czas, gdy upłynie 3-4 tygodni, znowu to samo robi" - opisywał dyrektor Kasy Stefczyka w Stryju.

Wściekłość budziła też wysokość spłacanych odsetek wynoszących często więcej niż 600 proc. w skali roku. Jak donosiło kierownictwo Kasy Stefczyka z Beremowic pod Zborowem, miejscowy chłop "pożyczył u zborowskiego żydka lichwiarza 100 zł na jeden dzień, za co zmuszony był oddać kurę wartości 5 zł. Ten pozornie niewinny datek wyniósł 1825 proc. w stosunku rocznym!".

Chłopi i mieszkańcy miasteczek dobrowolnie pożyczali pieniądze od Żydów, czując się jednocześnie bardzo oszukiwanymi. W dużej mierze konflikty ekonomiczne sprawiły, że wiosna roku 1919 rozpoczęła się w Polsce wyjątkowo koszmarnie. W małopolskim Miechowie, gdzie prawie połowę mieszkańców stanowili Żydzi, doszło 9 maja do zamieszek, podczas których pobito ponad stu obywateli wyznania mojżeszowego, z czego dwoje na śmierć. Trzy tygodnie później w Częstochowie po podobnych zajściach doliczono się dziewięciu zabitych. Na początku czerwca antysemickie zamieszki ogarnęły Kraków.

Posłowie z Koła Żydowskiego wystąpili w parlamencie z apelem o potępienie zajść przez parlament i rząd Ignacego Paderewskiego. Po długiej awanturze ostatecznie przyjęto uchwałę ganiącą antysemickie zajścia, zaś kierownictwo PSL Wyzwolenie wystosowało apel do premiera i jego ministrów, by zajęli się przede wszystkim zwalczaniem lichwiarstwa, ponieważ to ono - zdaniem partii chłopskiej - "stanowiło główne źródło antysemityzmu".

Jednak pomysł wprowadzenia ograniczeń prawnych co do wysokości stóp procentowych wywoływał duże kontrowersje. Dopiero w 1924 r. prezydent Stanisław Wojciechowski podpisał rozporządzenie "o lichwie pieniężnej", którego paragraf pierwszy określał, iż "nie wolno wymawiać sobie i pobierać w stosunkach kredytowych pieniężnych korzyści majątkowych w formie procentu lub jakiejkolwiek innej formie przewyższających 24 proc. od sta w gotówce lub we wartości". Rozporządzenie dawało ministrowi skarbu prawo do określania maksymalnej wysokości stóp procentowych.

Za pobieranie wyższych odsetek niż 24 proc. grożono karą czterech tygodni aresztu i grzywną do 5 tys. zł. Przeciętny obywatel zarabiał taką kwotę w ciągu około 2 lat. Jednak paskarstwo okazywało się działalnością zbyt dochodową, by owe kary mogły przerazić lichwiarzy. Poza tym, choć ludzie czuli się oszukiwani przez prywatnych pożyczkodawców, rzadko decydowali się na złożenie doniesienia na policji. Nawet jeśli aresztowano jakiegoś paskarza, nikt nie chciał w sądzie zeznawać przeciw niemu.

"Lichwa jest uprawiana na wielką skalę, lecz ludzie trzymają to w tajemnicy, gdyż zdradziwszy, nie mogliby korzystać w przyszłości z pożyczek od lichwiarzy" - podsumowywała to zjawisko tarnobrzeska Kasa Stefczyka. Posłanie miejscowego lichwiarza do więzienia oznaczało bowiem, że jego klienci zostaną odcięci od źródła łatwego kredytu. Czasami jedynego w ich miejscowości.

Co może państwo

Gdy w czerwcu 1925 r. Niemcy rozpoczęły wojnę celną z Polską, nastąpiło załamanie wartości złotego. Kolejne miesiące przyniosły nieprzerwane żniwa dla lichwiarzy, którzy przestawili się na kredyty walutowe, wyczuwając potencjalne zyski. W tym czasie wiele osób nieświadomych niebezpieczeństwa wpadało w pułapkę wahań kursowych. "Nabywca parceli pożyczył parę tysięcy złotych na warunkach 6 proc. miesięcznie i waloryzacji według dolara. Pożyczył, gdy dolar był 5,18 zł, a zwrócił, kiedy dolar przenosił 10 zł" - opisywał jeden z takich przypadków dyrektor Kasy Stefczyka w Siedlcach.

Często klient paskarza po wzięciu kredytu walutowego już nigdy się nie podnosił z długów. Kasa w Marcyporębie, powiat Wadowice, donosiła: "Szczególnie uprawianą jest lichwa w dolarach, gdzie są wypadki, że wskutek lichwiarskich procentów niejeden rolnik zadłużył się, że cały majątek zajęty, a ten pozostawiwszy żonę i dzieci, zmuszony był wyemigrować do Kanady za zarobkiem".

W tamtym czasie paskarzom ułatwiała pracę dramatyczna sytuacja sektora bankowego. Wojna celna z Niemcami spowodowała, że spanikowani ludzie pognali do banków wypłacić oszczędności. W krótkim czasie zbankrutowała 1/4 prywatnych banków w Polsce. Rząd Władysława Grabskiego znalazł się pod presją opinii publicznej i posłów żądających walki z paskarskimi pożyczkami. Jednak premier uznawał takie działania za bezsensowne.

"Samo domaganie się od rządu, by usuwał te lub inne dolegliwości, by ograniczył lichwę, drożyznę, by usunął brak pracy, wszystko to nie prowadzi do celu, jeżeli nie ma wśród ogółu dobrej świadomości tego, w jakiej mierze i jakimi środkami, jakimi zarządzeniami rządu, a w jakiej mierze działaniem samego społeczeństwa, daje się to osiągnąć" - pisał w broszurze "O własnych siłach", uznając, iż przede wszystkim to obywatele powinni stawić opór wszechobecnemu lichwiarstwu.

"Często mówimy, że w naturze polskiej leży indywidualizm. Szczęśliwie by to było, gdybyśmy naprawdę byli indywidualistami. Ale u nas, częściej niż gdzie indziej, słyszy się wyczekiwania rady na każde niedomaganie od rządu. To nie jest indywidualizm, ale mazgajstwo" - twierdził znany ze swych liberalnych przekonań ekonomicznych Grabski.

Odmienne zdanie mieli w tej kwestii zwolennicy Józefa Piłsudskiego. Kiedy rok później marszałek przejął władzę w Polsce, jednym z celów programowych obozu sanacyjnego stało się ograniczenie lichwy. Specjalnym rozporządzeniem prezydent Ignacy Mościcki w 1927 r. obniżył dozwolone oprocentowanie kredytów do 15 proc. w skali rocznej. Niedługo potem Sąd Najwyższy orzekł, iż "samo żądanie nadmiernego procentu jest już przestępstwem dokonanem i późniejsze dojście lub niedojście do skutku umowy nie ma żadnego znaczenia". Oznaczało to, że nawet chęć udzielenia paskarskiej pożyczki była karalna.

Kolejny etap zaostrzania przepisów nastąpi podczas prac nad nowym kodeksem karnym, przyjętym w 1932 r. Lichwę zdefiniowano w nim jako "wyzyskanie przymusowego położenia kontrahenta i zawarcie z nim krzywdzącej dla niego umowy". Tak szeroka definicja powodowała, że przestępstwem przeciw mieniu stawało się nie tylko udzielenie zbyt wysoko oprocentowanej pożyczki, ale i wszelkie krzywdzące umowy dotyczące świadczeń wzajemnych. Za jego popełnienie groziły już nie cztery tygodnie aresztu, lecz 5 lat więzienia oraz dotkliwe grzywny.

Gdy kredytu brak

Podjęte działania nie przyniosły oczekiwanych efektów. Trwał wielki kryzys i ludzie masowo popadali w biedę, długi lub tracili zdolność kredytową. Najwyraźniej widać to na szpaltach gazet ukazujących się w 1932 r., gdzie w działach drobnych ogłoszeń pełno anonsów o treści: "1000 złotych poszukuję" lub "3000 złotych poszukuję pod zastaw". Aleksander Bramson w rozprawie naukowej "Prawo o lichwie" wydanej w 1933 r. podkreślał, iż obowiązujące przepisy "pozostają martwą literą; niedostosowane do potrzeb obrotu, zdystansowane przezeń - figurują jedynie na papierze, wydobywane od czasu do czasu".

Badania, jakie przeprowadził, wskazywały, że rozporządzenie prezydenta RP i wykładnia Sądu Najwyższego były notorycznie łamane. Jedynie duże banki zachowywały wysokość oprocentowania kredytów gotówkowych na poziomie poniżej 15 proc. Z kolei małe "zakłady bankierskie" lub osoby prywatne, udzielając kredytu, naliczały odsetki w wysokości 3-4 proc. miesięcznie, czyli ok. 50 proc. w skali roku. Choć, jak przyznawał czasami, nowe prawo jednak działało, bo "sprytniejsi dłużnicy mogą z łatwością uzyskać ulgi i zwłokę już przez samo zagrożenie procesem karnym, i to tem dalej idące, im tchórzliwszy jest wierzyciel i im bardziej dba owe swe dobre imię". Groźba złożenia donosu w prokuraturze na lichwiarza powodowała, że był on bardziej skłonny rozłożyć płatność na dłuższy okres lub obniżyć wysokość rat.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Ubocznym efektem kryzysu ekonomicznego i słabego radzenia sobie aparatu państwa z paskarstwem okazała się też nowa fala antysemickich wystąpień w różnych miejscowościach. Potępiający je prymas August Hlond wzywał wiernych w liście pasterskim z lutego 1936 r., aby "nie pustoszyć sklepu żydowskiego, niszczyć żydom towarów, wybijać szyb, obrzucać petardami ich domów", acz przyznawał, iż "prawdą jest, że żydzi dopuszczają się oszustw, lichwy i prowadzą handel żywym towarem".

Jednak według ankiet Kas Stefczyka, częstym zjawiskiem było to, że trudniący się lichwiarstwem Polacy, aby zachować dobre imię lub uniknąć więzienia, nie udzielali pożyczek osobiście, lecz wynajmowali Żydów jako pośredników. "Prywatni wierzyciele trzymają swoją siedzibę w tajemnicy z obawy, aby ich nie schwytano. Rozpożyczają zaś pieniądze za pośrednictwem swoich agentów" - opisywała w ankiecie Kasa z Uherska.

Pod koniec lat 30. władze straciły zapał do walki z lichwiarzami, a jednocześnie sytuacja zaczynała się zmieniać na lepsze. Zmniejszenie się liczby ubogich i poprawienie dostępności do legalnych kredytów spowodowało automatycznie spadek chętnych do korzystania z usług paskarzy. Ta prawidłowość zadziała i obecnie. Choć w odróżnieniu od II RP władze raczej nie poczuwają się do tego, aby na poważnie poszukać środków zaradczych na społeczny problemem. Wyraźnie przyznając rację Grabskiemu, że domaganie się jakichś działań od rządu w tej kwestii to zwyczajne mazgajstwo.

Andrzej Krajewski

27 września 13 (nr 188)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »