Niewielka stacja benzynowa w Wiener Neustadt w dzielnicy Wöllersdorf-Steinabrückl stała się sławna w całej Austrii. Napisały o niej także media w Niemczech i Czechach. Powód tej popularności raczej nie cieszy jej właściciela.
Zatrzymał się na stacji paliw w Austrii. Dostał wezwanie do zapłaty 372 euro
Kilku kierowców opowiedziało mediom, że dostało wezwania do zapłaty 372 euro (około 1600 zł), po tym, jak na chwilę wjechali na teren stacji, ale nie zatankowali. Takie wezwanie dostał mężczyzna, który chciał kupić paliwo, ale punkt był zamknięty. Inny kierowca zatrzymał się na chwilę, aby sprawdzić ceny paliwa. Jakob P. zajechał na stację, aby wyciągnąć wodę z bagażnika. "Byłem na miejscu zdarzenia dokładnie przez minutę i 28 sekund" - relacjonował w rozmowie z "Kronen Zeitung".
Dwa tygodnie później odebrał pismo od kancelarii prawnej z żądaniem zapłaty. List był utrzymany w bardzo agresywnym tonie, co było celowe. Odbiorca miał się przestraszyć i natychmiast zapłacić. W przypadku Jakoba P. ten plan się nie powiódł. Mężczyzna skontaktował się z prawnikiem, by dowiedzieć się, co powinien zrobić. Ten poradził mu, by poczekał na ewentualne wezwanie do sądu.
Inna rozmówczyni gazety, Anita K., również otrzymała pismo od kancelarii z żądaniem zapłaty. Była to kara za to, że z mężem na chwilę zatrzymali się na stacji na motocyklach. Kiedy nie zapłaciła, kancelaria przysłała drugie, tym razem z propozycją płatności ratalnej.
Właściciel stacji tłumaczy się z wezwań. "Ceny widać z ulicy"
"Kronen Zeitung" skontaktował się z właścicielem kontrowersyjnej stacji paliw, Nikollem Bibajem, by zapytać go o "mandaty". Przedsiębiorca nie był jednak zbyt skory do rozmowy. Usprawiedliwiał się tym, że stacja jest terenem prywatnym, a "ceny widać z ulicy". Przed wjazdem są też informacje o zakazie postoju, ale jak zaznacza dziennik, są one mało widoczne.
Zasugerował, że problem wynika z umowy, którą zawarł z firmą ochroniarską. Chciał ją rozwiązać, ale będzie to możliwe dopiero pod koniec roku. Po tym, jak sprawę pism nagłośniły media, punkt został zamknięty. W komentarzu dla "Kronen" Bibaj stwierdził, że już nie chce go prowadzić. Postój na zamkniętej stacji nadal jest jednak zabroniony, a ruch monitorowany przez kamery.
Izba Gospodarcza ma inną teorię na ten temat. Jej przedstawiciel zasugerował, że naliczanie opłat miało na celu podreperować budżet punktu. "Zasadniczo należy zauważyć, że istnieją stacje benzynowe, które borykają się z tak poważnymi trudnościami, że nie są w stanie poradzić sobie z nimi w inny sposób" - powiedział gazecie Michael Steinparzer z sekcji ds. transportu i ruchu drogowego.
Kierowcy dostają żądania zapłaty za postój na stacji. "Powszechna praktyka"
Isabella Mittelstrasser z austriackiego Centrum Porad Konsumenckich w rozmowie z "Niederösterreichische Nachrichten" wyjaśniła, że tego typu wezwania to "powszechna praktyka". Kancelarie powołują się na to, że kierowcy zatrzymali się na terenie prywatnym.
Zdarza się, że dostają oni "mandaty" o wysokości nawet 600 euro. Mittelstrasser wyjaśniła, że te kwoty przekraczają stawki dozwolone przez prawo, dlatego radzi, aby wstrzymać się z płaceniem. Od firmy, która wysłała wezwanie, należy zażądać szczegółowego zestawienia oraz nagrania wideo potwierdzającego, kiedy i jak długo pojazd znajdował się na terenie obiektu. Jeżeli dojdzie do pozwu, koszty sądowe wynoszą maksymalnie 200 euro, czyli i tak mniej niż kwota "mandatu" - zaznaczyła ekspertka.
"Zgodnie z prawem austriackim, jedynym czynnikiem decydującym jest to, czy właściciel nielegalnie zaparkowanego pojazdu mógł rozpoznać, że dopuszcza się bezprawnego naruszenia cudzego prawa własności" - tłumaczyła w rozmowie z gazetą Mittelstrasser, dodając, że dotyczy to m.in. wyraźnie określonych podwórek, wjazdów do garaży lub obszarów z obniżonymi krawężnikami. W przypadku stacji benzynowej ta kwestia jest problematyczna, szczególnie jeżeli z ulicy wydaje się ona otwarta, "co sugeruje, że jest to parking dla klientów".











