Reklama

Chądzyński: Polska potęgą w przeciąganiu liny

Z jednej strony rząd próbuje zatrzymać rozprzestrzeniającą się pandemię, robiąc, co umie, czyli wprowadzając zakazy i nakazy, z drugiej przedsiębiorcy próbują przetrwać, uruchamiając w sobie nieznane wcześniej pokłady innowacyjności w omijaniu tychże zakazów.

Z tego punktu widzenia jedna z najnowszych akcji "oddolnego odmrażania", prowadzona przez branżę fitness, ociera się o geniusz. Bo pomysł, by móc chodzić na siłownię na podstawie licencji przyznanej przez Polski Związek Przeciągania Liny, jest kwintesencją tej ciągłej szarpaniny, i to w kilku wymiarach.

Reklama

Jest praktyczny, bo taka licencja może rzeczywiście otworzyć podwoje siłowni dla kogoś, kto nie jest zawodnikiem żadnego klubu. Praktyczność polega też na tym, że organizatorzy akcji mogą przy okazji przytulić kilka groszy, gdyż wypełnienie i przesłanie deklaracji pobranej ze strony PZPL nie jest darmowe (50 zł dla osoby bez klubu, 15 zł dla trenującego w klubie). 

Drugi wymiar jest oczywiście komiczno-symboliczny: budowanie szerokiej kadry narodowej w sporcie, który do tej pory raczej kojarzył się z festynem z okazji pierwszego dnia lata, zapewne zagwarantuje Polsce pozycję światowego czempiona w tej dziedzinie, a przeciąganie liny ma szansę stać się naszą dyscypliną narodową. I dobrze, bo tradycję w zawodach "kto kogo" mamy długą.

Zanim jednak zaczniemy się gromko śmiać, trzeba sobie zdać sprawę, że tak naprawdę to nie ma z czego. Znów ktoś gra na nosie instytucjom państwa. I to źle. Można by górnolotnie powiedzieć, że demokracja jest tak silna, jak silne są jej instytucje, a te z kolei biorą się z szacunku to ustalonych wcześniej zasad. Jeśli zasad przestrzegają wszyscy, to - z jednej strony - obywatel ufa państwu, że go nie złupi i ochroni w razie potrzeby, a państwo może liczyć na obywatela, że będzie się z nim sumiennie rozliczał, płacąc podatki, i uszanuje inne ustalane przez nie prawa.

U nas jest jednak inaczej: wzajemna nieufność w relacjach władza-obywatel jest wręcz genetyczna, a obecny kryzys pandemiczny właśnie w pełni to pokazuje. Jeden koniec liny dzierży władza, która w czasie drugiej fali się pogubiła, bo kryzys, przynajmniej w pierwszej fazie, zaskoczył ją i przerósł. 

Może gdyby pomoc dla zamrożonych branż była przygotowana lepiej, a rząd uważniej wsłuchiwał się w postulaty przedsiębiorców, to dziś nie zajmowalibyśmy się tak groteskowymi sprawami, jak ustanowienie klubu fitness związkiem wyznaniowym, otwarcie kwiaciarni na środku lodowiska (po to, by móc do niej dojechać na łyżwach), czy powstanie restauracyjnego podziemia. 

Gdyby wsparcie z tarczy finansowej objęło więcej niż kilkanaście procent branży fitness, a działania ekipy rządzącej w zamrażaniu i odmrażaniu gospodarki były bardziej przewidywalne i postawione na jasnych i konkretnych zasadach, to teraz nie byłoby dyskusji o buncie przedsiębiorców, który zwiększa swój zasięg każdego dnia, a punkt kulminacyjny osiągnie zapewne za tydzień. A autorytet władzy nie byłby znów wystawiany na próbę.

Drugi koniec liny ciągną obywatele, którzy coraz jawniej manifestują swoje zniecierpliwienie przedłużającym się pandemicznym reżimem. Ryzykujemy właśnie porażkę całej rządowej strategii, która dziś sprowadza się do wyłączania branż uznanych przez rząd za najbardziej niebezpieczne ze względu na społeczny kontakt i ich otwierania pod wpływem społecznego nacisku. Sam rząd swój plan, w którym uzależniał zakres lockdownu od liczby nowych zakażeń, traktuje raczej luźno i obywatel ma prawo się gubić w tym, co i kiedy będzie otwarte i jak długo. Stąd zapowiedzi łamania zakazów, pozwów do sądów o odszkodowania i ogólnie deklaracje obywatelskiego nieposłuszeństwa. Jeśli to się wymknie spod kontroli, to cały fundament rządowego planu walki z pandemią zacznie pękać.

Ale - i to trzeba jasno powiedzieć - jawne łamanie zakazów będzie w tym nie najlepszym scenariuszu i tak mniejszym złem. Przedsiębiorcy zamierzają łamać zakaz działalności, ale jednak będą działać w oficjalnym obiegu gospodarczym, respektować zaostrzone normy sanitarne, a wszystko w pewnym zakresie da się kontrolować. Byłoby znacznie gorzej, gdyby bunt firm skończył się zejściem biznesu do szarej strefy. 

Skala obrotu nierejestrowanego i tak pewnie się zwiększyła, bo zawsze się zwiększa pod wpływem kryzysu. Mamy na razie tylko dwie poszlaki, które o tym świadczą: słabszą, w postaci szacunków wzrostu luki w VAT w 2020 r., sporządzonych przez Fundację CASE na potrzeby raportu dla Komisji Europejskiej, i mocniejszą, którą są dane NBP o gigantycznym wzroście ilości gotówki w obiegu. Niekontrolowany wzrost szarej strefy szkodziłby konkurencji czy uderzał w podstawy bezpieczeństwa ekonomicznego państwa. Z tego punktu widzenia zapis do kadry narodowej w zawodach w przeciąganiu liny jest aktem większego patriotyzmu niż zakupy bez paragonu.

Marek Chądzyński

26.01.2021

Dziennik Gazeta Prawna


Dowiedz się więcej na temat: obostrzenia | koronakryzys | branża fitness

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »