Reklama

Nóż w plecy

Możesz zbankrutować, jeśli twój kluczowy pracownik stanie się twoim konkurentem.

Mówi Jan, właściciel firmy sprzedającej maszyny i urządzenia budowlane: - To był zupełny przypadek. Na podłodze jednego ze swoich służbowych samochodów znalazłem potwierdzenie przelewu do ZUS. Wpłacającym był mój pracownik, handlowiec. A konkretnie jego firma.

Reklama

- Dowód przelewu musiał mu wypaść z teczki albo zostawił go przez zwykłe gapiostwo. Były tam wszystkie dane - NIP, REGON - więc bez problemu mogłem sprawdzić w rejestrze działalności gospodarczej, z czym tak naprawdę mam do czynienia. I co się okazało? Z trzech lat, jakie ten facet u mnie pracował, ostatni rok działał też na własne konto. Na moją szkodę - jeździł moim samochodem, używał mojego telefonu i w tym samym czasie załatwiał swoje sprawy.

- Poszedłem do prawnika z pytaniem, co mam dalej z tym robić. A on mi na to, że każdy ma prawo przecież prowadzić swoją działalność. I musiałbym mu udowodnić, że poniosłem przez to straty. Oczywiście mój "pracownik" się bronił, że swój biznes prowadził po godzinach. I nie było sposobu, żeby udowodnić mu kłamstwo. Musiałbym chyba założyć podsłuch, jakiś monitoring, żeby mieć twardy dowód.

Co piąta firma ofiarą

Mariusz Witalis, partner w dziale zarządzania ryzykiem nadużyć firmy doradczej EY, mówi, że na jego biurko trafia coraz więcej podobnych spraw - takich, w których pracownicy świadomie szkodzą zatrudniającym ich firmom.

- Wynika to z kilku przyczyn. Jedna z nich: pracownicy są poddani większej presji, bo firmy są oceniane stosunkowo często. Przy tym rynek nie rośnie tak dynamicznie, jak jeszcze kilka lat temu, co dodatkowo zaostrza konkurencję miedzy przedsiębiorstwami. To wszystko sprawia, że jest większa podatność na działania nieetyczne - opowiada Witalis. Przytacza amerykańskie analizy, zgodnie z którymi pracownicze nadużycia kosztują przedsiębiorstwa rocznie około 6 proc. ich przychodów.

- Dla Polski nikt nie robił szczegółowych badań. Ale wiemy, że przeciętnie ofiarami nadużyć pada u nas co najmniej 20-30 proc. firm. Czyli każda firma raz na kilka lat - mówi ekspert.

Nie ma branż stuprocentowo odpornych na to zjawisko. Ale są takie, które są na nie szczególnie podatne. Na przykład wszystkie rodzaje usług, gdzie informacja o klientach odgrywa istotną rolę. - Usługi doradcze, prawne, headhunterskie, ale też handel - tam stosunkowo łatwo wyciągnąć dane od byłego pracodawcy i wykorzystywać je we własnej działalności. Choć mieliśmy też przypadki nadużyć w branży produkcyjnej - zauważa Witalis.

Jeden z nich szczególnie zapadł mu w pamięć: duży zagraniczny inwestor kupił w Polsce zakład produkcyjny. Na stanowisko prezesa został powołany miejscowy menedżer. Inwestor wrócił do swojego kraju, a mianowany przez niego prezes uruchomił własną firmę, działającą w tej samej branży.

- Załoga z przedsiębiorstwa zagranicznego inwestora pracowała jednocześnie w prywatnej firmie prezesa. To była operacja na masową skalę, działały dwie konkurujące ze sobą fabryki, ale pracownicy formalnie zatrudnieni byli tylko w jednej, tej zagranicznej. Jej straty oszacowano na miliony złotych - mówi Witalis.

Na ogół nadużycie polega na tym, że pracownik albo grupa pracowników, wykorzystuje dane pozyskane w trakcie zatrudnienia u poprzedniego pracodawcy do własnej działalności biznesowej. Ekstremalny przykład takiego działania z praktyki Witalisa to przypadek jednej z firm ubezpieczeniowych, gdzie grupa pracowników nie tylko przeszła do konkurencji, zabierając dane klientów, ale jeszcze wykasowała z serwerów swojego poprzedniego pracodawcy informacje na ich temat.

Inna sprawa: jedna z dużych firm produkcyjnych zainwestowała spore pieniądze w rozbudowany system IT. System był dość skomplikowany, stworzyła go i obsługiwała grupa wysoko wykwalifikowanych informatyków. I ci właśnie informatycy wpadli na pomysł, że założą własną firmę i zażądają od byłego pracodawcy dodatkowych opłat. Postawili go w ten sposób pod ścianą, bo nikt inny nie był w stanie obsłużyć tego systemu.

- Czasem nadużycie przyjmuje bardziej wyrafinowaną formę. Przykład: pracownicy firmy pracują na jej zlecenie nad jakąś innowacją, która ma np. usprawnić proces produkcji. Robią to w godzinach pracy, dostają za to wynagrodzenie. Jednocześnie rejestrują rozwiązanie na siebie i występują jako jego prawni właściciele - opowiada Witalis.

Kret w firmie

Robert Solga, radca prawny z kancelarii Solga i Wspólnicy, autor bloga "Tajemnica przedsiębiorstwa", dzieli pracowników-konkurentów na dwie kategorie. Pierwsza to kret w firmie. Pracownik konkuruje ze swoim pracodawcą jeszcze w czasie obowiązywania umowy o pracę. Wykorzystuje informacje pracodawcy do prowadzenia własnej działalności albo działalności firmy, w której jest cichym wspólnikiem. Pracodawca traci w ten sposób przewagę konkurencyjną, bo jego konkurent wie o nim wszystko. - Na pierwszy rzut oka to dość prymitywne działanie, ale jest skuteczne i dość często stosowane. Stanowi ewidentny czyn nieuczciwej konkurencji - mówi Solga.

Kategoria druga: pracownik odchodzi i rozpoczyna oficjalnie własną działalność konkurencyjną. Kieruje swoją ofertę do klientów byłego pracodawcy, nawiązuje współpracę z jego dostawcami. Znając ceny i inne warunki zawieranych przez pracodawcę umów, jest w stanie skutecznie zawłaszczyć sporą część jego udziału w rynku.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

- Także tutaj możemy mieć do czynienia z naruszeniem tajemnicy przedsiębiorstwa. Mówię "możemy", gdyż cenne informacje nie stają się tajemnicą przedsiębiorstwa same z siebie. Pracodawca powinien zadbać o to, by takie dane objąć poufnością i przedsięwziąć odpowiednie działania w celu jej zachowania - opowiada prawnik.

- Obie formy naruszeń są niebezpieczne i mogą doprowadzić nawet do upadłości pracodawcy. Odejście dyrektora handlowego lub kluczowego handlowca może doprowadzić w krótkim czasie do utraty istotnej części przychodów. Znane są mi sytuacje, w których firmy po takich odejściach traciły po kilkadziesiąt procent przychodów. Odchodzący pracownik przejmuje zazwyczaj najlepszych klientów - mówi Solga.

I dodaje, że w niebezpieczeństwie są najczęściej małe i średnie firmy. - Duża przetrwa odejście kluczowego pracownika - oczywiście poniesie straty, ale sobie poradzi. Średnia lub mała firma może już nie przetrwać - uważa.

Dowiedz się więcej na temat: nóż w | konkurencja | noże | firma

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »