Na chwilę obecną, rynek dyskontuje fakt, że epidemia jest pod kontrolą i nie będzie ona miała realnego wpływu na gospodarkę. Co więcej, inwestorzy zakładają, że spowolnienie gospodarcze widoczne w zeszłym roku zostanie wkrótce przezwyciężone, a produkcja przemysłowa powróci na właściwe tory.
Fakty są jednak takie, że epidemia koronowirusa się nie zakończyła i obciążony ona realną gospodarkę. Po drugie, produkcja przemysłowa wciąż spada, a przemysłowe PMI dalej utrzymują się na recesyjnych poziomach. Co w takim razie wpływa na rozdźwięk pomiędzy rynkiem akcyjnym, a globalną gospodarką?
Odpowiedź jest prosta - sentyment. Od kilkunastu tygodni nastroje inwestorów na świecie są bardzo optymistyczne, a od początku roku wręcz euforyczne. Początkowo, największy wpływ na pozytywny sentyment na rynku miała umowa handlowa, którą podpisały USA i Chiny. Fakt, że umowa jest potwierdzeniem jedynie panującego status quo i absolutnie nic nie zmienia we wzajemnych relacjach gospodarczych, czy wręcz jest "wydmuszką", nie ma znaczenia (przynajmniej na razie, dopóki panuje optymizm).
Ponadto, z pomocną ręką jak zwykle wyszedł Fed, który stwierdził, że kompletnie przemodeluje swoją politykę pieniężną i zamiast chłodzić rozgrzaną gospodarkę, jeszcze bardziej ja napędzi obniżając stopy procentowe i uruchamiają pseudoprogram skupu aktywów. Od października 2019 roku, kiedy to Fed wznowił po wielu latach operacje repo (stabilizujące krótkoterminowe stopy procentowe i dostarczające bankom płynność - czyli kolejny QE), bilans Fed przyrastał procentowo w podobnym tempie, co S&P500.
Korelacja jest oczywista, tak samo jak oczywiste powinny być następstwa zakończenia tego pseudoprogramu. Wczoraj, Fed zapowiedział, że ograniczy operacje repo o ¼ ich dotychczasowej wartości, a prezes nowojorskiego oddziału Fed stwierdził, że operacje repo zostaną silniej ograniczone niż zakłada rynek. Czy w takim razie Fed zaczyna powoli wyciągać wtyczkę, która zasilała wzrosty na rynku od początku października?
Marcin Działek








