W skrócie
- JPMorgan ostrzega, że notowania baryłki ropy mogą wzrosnąć do 120-130 dolarów, a nawet przekroczyć 150 dolarów w razie długotrwałych zakłóceń rynkowych.
- Analitycy banku inwestycyjnego Citi swoim klientom zalecają sprzedaż surowca podczas letnich wzrostów cen i prognozują, że baryłka brent osiągnie poziom od 60 do 65 dolarów na przełomie roku.
- Goldman Sachs zakłada, że w przyszłym roku świat będzie notował nadwyżkę ropy rzędu 3 milionów baryłek dziennie, co powinno obniżać jej cenę.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Baryłka ropy brent na początku lipca kosztowała 70 dolarów, ale już kilkanaście dni później wyraźnie przekroczyła pułap 80 dolarów. Skok ceny surowca to efekt kolejnej eskalacji konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem oraz wzrostu obaw o bezpieczeństwo transportu przez Cieśninę Ormuz. Waszyngton i Teheran kontynuują wymianę ataków rakietowych. Uszkodzona została między innymi kuwejcka platforma wiertnicza, co było pierwszym od kilku tygodni bezpośrednim uderzeniem w regionalną infrastrukturę energetyczną.
Celem Iranu w ostatnich dniach były bazy USA w Bahrajnie i Jemenie, a także niektóre tankowce przepływające przez wody terytorialne Omanu. Według Al-Jazeery ruch w Cieśninie Ormuz zamiera i powraca do poziomu sprzed wstępnego porozumienia amerykańsko-irańskiego, które na jakiś czas "zamroziło" konflikt. Jednak ta wiadomość może być nieprecyzyjna, gdyż niektóre tankowe wyłączają nadajniki i w ten sposób stają się "niewidzialne" dla systemu rejestracji.
"Myto" Trumpa, którego chyba nie będzie
Do podbicia cen ropy naftowej doszło zaraz po tym, jak prezydent Donald Trump ogłosił, że przywraca blokadę morską Iranu. Dodał, że Stany Zjednoczone stają się strażnikiem Cieśniny Ormuz i z tego tytułu będą pobierać 20 proc. zwrotu kosztów za każdy ładunek przewożony tym szlakiem.
Jedni eksperci natychmiast wyliczyli, że "myto" wynosiłoby 15 dolarów od baryłki ropy. Inni - zwłaszcza znawcy prawa morskiego - ogłosili, że opłata tranzytowa w Cieśninie Ormuz jest niezgodna z normami międzynarodowymi. Co ciekawe, także w najbliższym otoczeniu Donalda Trumpa pojawiły się opinie, że Waszyngton nie powinien łamać zasad wolnego handlu. W rezultacie, we wtorek 14 lipca prezydent USA poinformował, że po rozmowach z przywódcami Bliskiego Wschodu postanowił zastąpić 20-procentową opłatę umowami handlowymi i inwestycyjnymi, które różne państwa Zatoki będą zawierać ze Stanami Zjednoczonymi. "Inwestycje te będą ogromne, a jednocześnie wyjątkowo korzystne dla tych państw i ich przyszłości" - dodał Donald Trump.
Ponieważ jednak lokator Białego Domu znany jest z zamiłowania do częstej zmiany poglądów, to rynki biorą w tej chwili pod uwagę zarówno prawdopodobny wzrost ryzyka politycznego i militarnego, jak i pogorszenie ogólnych warunków dostaw ropy naftowej. Dodatkowe opłaty to potencjalny wzrost kosztów transportu, ubezpieczeń i frachtu, co w konsekwencji może przełożyć się na wyższe ceny surowca dla odbiorców na całym świecie.
Bliski Wschód i efekt domina. Widmo wyższej inflacji
Wszystko wskazuje na to, że wojna na Bliskim Wschodzie znów rozgorzała. Tymczasem Cieśnina Ormuz odpowiada za około 20 proc. światowego handlu ropą oraz znaczną część eksportu skroplonego gazu ziemnego. Nawet niewielki wzrost utrudnień w funkcjonowaniu tego szlaku może skończyć się efektem domina - droższa energia to w skali całej gospodarki wyższe koszty produkcji i transportu oraz spadek siły nabywczej konsumentów.
W rezultacie, może pojawić się nowa fala presji inflacyjnej. To z kolei bardzo zmniejszy bankom centralnym przestrzeń do obniżania stóp procentowych. O tym, że nowym napięciom na Bliskim Wschodzie towarzyszy przekonanie rynków, że stopy będą wysokie świadczy wzrost rentowności amerykańskich obligacji dwuletnich do najwyższego poziomu od lutego 2025 roku.
W dodatku, Międzynarodowa Agencja Energetyczna ostrzegła, że przedłużający się konflikt w regionie Zatoki Perskiej może utrudnić odbudowę globalnych zapasów energetycznych. Niewiele tu zmienia fakt, że jeszcze przed obecną fazą konfliktu amerykańsko-irańskiego producenci bliskowschodni, w tym Zjednoczone Emiraty Arabskie, zwiększali sprzedaż ropy w następstwie wcześniejszych ustaleń.
Recesja bardziej prawdopodobna. Ceny ropy mogą sięgnąć 130 dolarów za baryłkę
JPMorgan ostrzega, że notowania baryłki ropy mogą wzrosnąć do 120-130 dolarów, a nawet przekroczyć 150 dolarów w razie długotrwałych zakłóceń rynkowych. Niektórzy analitycy przewidują nawet recesyjne skutki przedłużającej się wojny amerykańsko-irańskiej.
Zdaniem eksperta rynku energii Josefa Schachtera, skok cen ropy do 120-130 dolarów za baryłkę czyni możliwym scenariusz, w którym drożejące paliwo dławi popyt i spowalnia aktywność gospodarczą na całym świecie. To właśnie wtedy wyższe koszty energii miałyby zmusić konsumentów i przedsiębiorstwa do ograniczenia wydatków.
Ekonomiści określają to zjawisko mianem niszczenia popytu (demand destruction). Mechanizm ten działa stopniowo, ale skutecznie. W miarę jak paliwo drożeje, gospodarstwa domowe ograniczają podróże, firmy redukują działalność transportową, a ogólna produkcja przemysłowa słabnie. Im wyżej wędruje cena, tym głębsze stają się te cięcia.
Josef Schachter wyznacza dość wyraźny próg odporności światowej gospodarki. Jego zdaniem, wzrost ceny baryłki ropy do poziomu 140-150 dolarów znacząco zwiększa prawdopodobieństwo globalnej recesji. Wtedy nie będzie to już zwykłe spowolnienie, lecz poważne załamanie ekonomiczne. Niszczenie popytu wynikające z drożejącego paliwa mogłoby wyeliminować z globalnej konsumpcji od 5 do 8 milionów baryłek dziennie.
Schachter twierdzi, że światowy system gospodarczy prawdopodobnie jest w stanie zatrzymać cenę ropy w przedziale 100-110 dolarów za baryłkę. Powyżej tego poziomu zaczyna się jednak strefa realnego zagrożenia. Analityk przypuszcza, że siły rynkowe ostatecznie ustabilizują cenę. Pomóc w tym mają: alternatywne szlaki żeglugowe, korekty w sieciach rurociągów, uwalnianie strategicznych rezerw i niższy popyt ze strony głównych importerów, takich jak Chiny.
Ropa będzie tanieć? Scenariusz dla optymistów
Na przeciwnym biegunie przewidywań, że baryłka ropy będzie kosztować ponad 100 dolarów, lokuje się prognoza zespołu ds. badań rynku towarowego banku inwestycyjnego Citi. W tym wypadku analitycy - mimo skomplikowanej sytuacji na Biskim Wschodzie - przewidują, że cena baryłki może spaść nawet do 60 dolarów do końca tego roku.
Do tego potrzebny byłby jednak wracający do normy przepływ surowca przez Cieśninę Ormuz. Ekonomiści Citi dodają jeszcze jeden element - słabszy popyt z Chin, którego symptomy są bardzo wyraźne. "Nadal zalecamy sprzedaż podczas letnich wzrostów cen i prognozujemy, że ropa brent osiągnie poziom od 60 do 65 dolarów za baryłkę na przełomie roku" - stwierdzili eksperci Citi w notatce dostępnej dla subskrybentów profesjonalnych.
Spadku cen ropy spodziewa się także Goldman Sachs. Amerykański bank jest przekonany, że w przyszłym roku świat zanotuje nadwyżkę surowca rzędu 3 milionów baryłek dziennie. Co prawda, milion baryłek będzie potrzebny do odbudowy strategicznych rezerw, ale pozostałe 2 miliony będą rynkowym nadmiarem.
Jacek Brzeski
















