W skrócie
- Prezydent USA chciałby ogłosić, że wojna z Iranem zakończyła się jego sukcesem i zobaczyć spadające ceny benzyny. Maleje bowiem sondażowe poparcie Amerykanów dla Donalda Trumpa, co może sprawić, że w listopadzie jego Partia Republikańska przegra tzw. wybory "połówkowe" (midterm elections).
- Z powodu zamknięcia szlaków przez Cieśninę Ormuz i Morze Czerwone coraz więcej tankowców wybiera dłuższą trasę wokół Afryki, co dodaje 10-14 dni do rejsów, podnosi koszty frachtu i tworzy długie kolejki pustych jednostek płynących po ładunek amerykańskiej ropy.
- Z raportu The Investment Institute działającego w strukturach banku UniCredit wynika, że nawet po oficjalnym zakończeniu wojny amerykańsko-irańskiej część produkcji utraconej w regionie Zatoki Perskiej może okazać się stratą permanentną. Ponowne uruchomienie przerwanych odwiertów będzie bowiem technicznie zbyt skomplikowane lub po prostu nieopłacalne.
Przedłużają się niepewność, co do rozwoju wydarzeń na Bliskim Wschodzie spowodowała, że cena baryłki ropy brent, która w połowie kwietnia spadła poniżej 90 dolarów, pod koniec zeszłego tygodnia wzrosła do 106-107 dolarów. Zaraz po niedzieli zmalała o kilka dolarów, ale jej ponowny wzrost jest bardzo prawdopodobny.
Jeszcze kilka miesięcy temu branża naftowa obawiała się, że cena baryłki spadnie do 50 dolarów. Wiadomo bowiem, że w czasach pokoju ropy naftowej nie tylko nie brakuje, ale jest jej nawet za dużo. Wiele krajów ogranicza zużycie paliw kopalnych, gdyż coraz więcej energii pochodzi ze źródeł odnawialnych i atomu.
Strony konfliktu chcą mieć sukces
Atak Izraela i USA na Iran zmienił wszystko. Deficyt ropy z powodu wojny i zamknięcia Cieśniny Ormuz stał najpoważniejszym problemem gospodarczym świata. Dziś sytuacja nie jest tak zła, jak na początku marca, gdy baryłka surowca brent kosztowała około 120 dolarów. Decydujący jest tu fakt, że strony konfliktu przestały ostrzeliwać się rakietami.
Z drugiej strony, oficjalnego końca wojny nie widać. To, że rynki są w miarę spokojne nie wynika z jakiegoś przełomu w rozmowach Waszyngtonu z Teheranem (bo go nie ma), a raczej z optymistycznych oczekiwań inwestorów. Górę bierze wiara w scenariusz stopniowego rozluźniania blokady Cieśniny Ormuz i wygaszania konfliktu bez formalnego podpisania pokoju. Obie strony chcą bowiem ogłosić sukces.
Formuła możliwych negocjacji przedstawiona ostatnio przez Teheran to najpierw wyraźna deklaracja o końcu ataków militarnych i otwarcie Cieśniny Ormuz, a w drugiej kolejności rozmowy o rozbrojeniu nuklearnym Iranu. Jeśli Donald Trump zgodzi się na takie warunki, to będzie to odbierane raczej jako sygnał słabości Stanów Zjednoczonych.
Wall Street nie chce tej wojny
Jednak prezydent USA jest w bardzo trudnej sytuacji - i to wewnętrznej, a nie międzynarodowej. Spada sondażowe poparcie Amerykanów dla Donalda Trumpa, co może sprawić, że w listopadzie w wyniku tzw. wyborów "połówkowych" (midterm elections) Partia Republikańska straci kontrolę nad Izbą Reprezentantów lub Senatem, albo nawet nad obydwoma izbami. Dlatego Trumpowi przydałyby się niskie ceny benzyny i wysokie wskaźniki giełdy nowojorskiej. Należy oczekiwać, że do czasu jesiennych wyborów administracja waszyngtońska zrobi wiele, by uniknąć gwałtownych wstrząsów na rynkach paliw i otworzyć swego rodzaju "parasol ochronny" nad indeksami takimi jak S&P500.
Główny wskaźnik giełdy nowojorskiej osiągnął ostatnio historycznie najwyższy poziom około 7 175 punktów. Inwestorzy liczą na bardzo dobre wyniki finansowe czołowych amerykańskich spółek i są przekonani, że ryzyko geopolityczne w postaci wojny na Bliskim Wschodzie jest już w dużej mierze uwzględnione w cenach aktywów. Rynek uznał, że nawet jeśli rozmowy USA-Iran utknęły w martwym punkcie, to nie dojdzie do nagłego i nieprzewidzianego zwrotu akcji, a zwłaszcza do eskalacji konfliktu.
Tankowce płyną dłuższymi trasami
O ile S&P500 nie wykazuje oznak słabości, to handel ropą naftową jest bardziej narażony na wstrząsy. Gary Pedersen, dyrektor generalny Gunvor Group, jednej z największych grup zajmujących się fizycznym handlem ropą na świecie, w wywiadzie dla "Financial Times", przedstawił pesymistyczną perspektywę dla rynku tego surowca. Przypomina, że Cieśnina Ormuz, przez którą przed kryzysem odbywało około 25 proc. światowego morskiego handlu ropą, jest podwójnie zablokowana przez działania Iranu i USA.
Z powodu zamknięcia szlaków przez Ormuz i Morze Czerwone coraz więcej tankowców wybiera dłuższą trasę wokół Afryki, co dodaje 10-14 dni do rejsów, podnosi koszty frachtu i tworzy długie kolejki pustych jednostek płynących po ładunek amerykańskiej ropy. - Rynki kontraktów terminowych nie uwzględniły jeszcze w pełni skali tych zakłóceń, a gdy to nastąpi, zmienność może okazać się większa niż dotychczas - ostrzega Gary Pedersen.
Szef Gunvor Group do czynników komplikujących sytuację na rynku ropy zaliczył także komunikację polityczną prezydenta Donalda Trumpa, którego wypowiedzi sugerujące, że "porozumienie z Iranem jest bliskie" lub że "wojna na Bliskim Wschodzie zmierza ku końcowi", wielokrotnie wywoływały gwałtowne spadki cen kontraktów terminowych. Problem polega na tym, że inwestorzy reagowali na słowa, podczas gdy rzeczywiste fizyczne dostawy ropy nie szły z nimi w parze.
Wysokie ceny ropy zostaną na długo
Sytuację na rynku ropy naftowej podsumowano też w raporcie banku JPMorgan. Nastąpiło to krótko przed 7 kwietnia, czyli przed dniem, w którym prezydent Trump ogłosił dwutygodniowe zawieszenie broni w starciu z Iranem, potem bezterminowo przedłużone.
Eksperci banku przypominają, że przed wybuchem wojny na świecie produkowano dziennie 90 milionów baryłek ropy naftowej. Z tego mniej więcej 25-30 milionów przypadało na kraje Zatoki Perskiej. Dziś połowa arabskiego potencjału pozostaje niewykorzystana. W Iraku produkcja ropy naftowej spadła o 80 proc., w Katarze o dwie trzecie, w Zjednoczonych Emiratach Arabskich o połowę, a w Arabii Saudyjskiej o jedną trzecią. Ogólnie dziennie w tym regionie świata wydobywa się dziś tylko 13-14 milionów baryłek.
Z powodu zamknięcia Cieśniny Ormuz wykorzystywane są inne sposoby transportowania ropy. Arabia Saudyjska utrzymuje rurociąg Wschód-Zachód (Abqaiq-Yanbu), którym można przesłać około 5 milionów baryłek ropy dziennie do Morza Czerwonego. Terminale po obu stronach rurociągu są intensywnie eksploatowane, ale skala przedsięwzięcia nie jest duża.
JP Morgan przyjmuje w swoich analizach, że świat wszedł w wojnę w Iranie z zapasami rzędu 1,1 miliarda baryłek ropy. Zakłada też, że spadek tych rezerw poniżej poziomu 850 milionów baryłek wywoła niepewność, co do możliwości dostarczenia ropy tam, gdzie będzie potrzebna. To z kolei może pociągnąć za sobą poważny wzrost cen.
Analitycy banku szacują, że zapasy komercyjnej surowca w krajach OECD mogą zmniejszyć się o około 166 milionów baryłek w kwietniu, a w pierwszej połowie maja o kolejne 67 milionów baryłek. Wtedy właśnie ogólna suma rezerw zejdzie do poziomu 840-850 milionów baryłek.
Ekonomiści JPMorgan nie prognozują jakie mogą być wtedy ceny. Robią to jednak eksperci innych banków i biur analitycznych, którzy zakładają, że przy wywołującym niepokój deficycie surowca notowania baryłki mogą przekroczyć 150, a nawet 200 dolarów.
JPMorgan ostrzega natomiast, że nawet po szybkim zakończeniu wojny w Zatoce Perskiej odbudowanie zapasów do "przedwojennego" poziomu 1,1 miliarda baryłek zajęłoby osiem miesięcy. W tym czasie inwestorzy nie będą przestraszeni tak bardzo, by uwzględniać w cenach ropy ryzyko niedoborów paliwa, ale jeśli stanie się coś nieprzewidzianego (np. wybuchnie nowy konflikt zbrojny), to reakcja rynku na to "coś" może być gwałtowna.
Widmo kryzysu naftowego
JPMorgan prognozuje, że w razie ostrego kryzysu mogą zdarzyć się dwie rzeczy. Po pierwsze, politycy zaczną zmniejszać ręcznie popyt poprzez wprowadzanie racjonowania paliwa. Wtedy pojawią się limity tankowania, czy ograniczenia przeciwdziałające turystyce paliwowej i spekulacji. Po drugie, sytuację zacznie regulować popyt kurczący się wraz z rosnącymi cenami. Zbyt drogie paliwo sprawi, że nie każdego będzie stać na jego tankowanie, co może doprowadzić do spadku tempa wzrostu gospodarczego, a nawet do stagflacji (stagnacji ekonomicznej połączonej z inflacją).
Z raportu The Investment Institute działającego w strukturach banku UniCredit wynika, że nawet po oficjalnym zakończeniu wojny amerykańsko-irańskiej część produkcji utraconej w regionie Zatoki Perskiej może okazać się stratą permanentną. Ponowne uruchomienie przerwanych odwiertów będzie bowiem technicznie zbyt skomplikowane lub po prostu nieopłacalne. Eksperci UniCredit prognozują, że przed końcem 2026 roku cena ropy brent może spaść do 90 dolarów. Trzeba jednak pamiętać, że tuż przed wybuchem wojny za baryłkę płacono tylko około 75 dolarów.
Jacek Brzeski















