W skrócie
- Roczne wydatki inwestycyjne wielkich spółek technologicznych w ciągu kilku lat mogą wzrosnąć z około 200 miliardów dolarów do 700 miliardów, a nawet 1 biliona dolarów.
- W zeszłym tygodniu bardzo potaniały Tesla i Alphabet (właściciel Google’a). Wątpliwości uczestników rynku wzbudziła wielka skala inwestycji obu firm w infrastrukturę AI.
- Inwestorzy niepokoją się wyraźnym spadkiem wolnych przepływów pieniężnych w BigTechach. Jednak niektórzy eksperci prognozują, że znów zaczną one rosnąć od 2028 roku.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Nieudane były sesje giełdowe na Wall Street w drugiej połowie zeszłego tygodnia, a zwłaszcza czwartkowa, która przyniosła spadek indeksu S&P500 o 1,2 proc. oraz Nasdaq Composite o 2,2 proc. S&P500, który na początku czerwca osiągał pułap 7620 punktów, teraz nieznacznie przekracza granicę 7400. Indeks technologiczny Nasdaq w tym samym czasie spadł z 27 190 do niespełna 25 tysięcy punktów.
Lęk przed powtórką krachu sprzed ćwierćwiecza
Z danych Bloomberga wynika, że w tej chwili na 10 największych spółek notowanych w Nowym Jorku przypada 36-42 proc. całkowitej wartości wskaźnika S&P500. Co więcej, zaledwie 24 spółki odpowiadają za ponad połowę kapitalizacji indeksu. To najmniejsza w historii liczba firm potrzebnych do reprezentowania 50 proc. wartości rynku.
W elitarnym gronie potęg giełdowych dominują spółki technologiczne korzystające z boomu AI i transformacji cyfrowej. Skala koncentracji kapitału jest teraz wyższa niż w szczytowym okresie spekulacyjnej bańki dotcomów w 2000 roku. Wówczas 32 spółki odpowiadały za ponad połowę kapitalizacji S&P500. Pesymiści boją się, że słabsze wyniki finansowe zaledwie kilku kluczowych spółek mogą w najbliższym czasie zdemolować rynek.
Wielu jest jednak komentatorów, którzy przestrzegają przed doszukiwaniem się analogii z wydarzeniami sprzed ćwierćwiecza. Podkreślają, że dzisiejsi liderzy giełdy to spółki o zdrowszych fundamentach ekonomicznych niż beneficjenci hossy z końca lat 90. - wypracowują znaczne zyski, mają bardzo dobre bilanse i zajmują czołowe pozycje w swoich branżach.
Eskalacja konfliktu USA-Iran niepokoi inwestorów
W drugiej połowie minionego tygodnia wpływ na pogorszenie nastrojów na Wall Street miał fakt, że od kilkunastu dni znów trwa regularna wojna na Bliskim Wschodzie, a cena baryłki ropy Brent wzrasta do 100 dolarów. W dodatku, wielu inwestorów było rozczarowanych wynikami finansowymi Alphabetu (Google) i Tesli, które podano w czwartek 23 lipca.
Ekonomicznym skutkiem konfliktu amerykańsko-irańskiego jest wzrost oczekiwań inflacyjnych w Stanach Zjednoczonych i zwiększające się prawdopodobieństwo zaostrzenia polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną. Rynek terminowy na 80 proc. wycenia szanse, że do września stopa funduszy federalnych pójdzie w górę o przynajmniej 25 punktów bazowych.
W konsekwencji rentowność 2-letnich obligacji rządu USA podniosła się do 4,34 proc., czyli najwyższego poziomu od grudnia 2024 roku. Z kolei obligacje 10-letnie oferują około 4,68 proc., czyli dochodowość najwyższą od stycznia 2025 roku. Zawsze wtedy gdy rośnie atrakcyjność papierów dłużnych, słabnie siła przyciągania wysoko wycenianych spółek technologicznych.
Inwestorzy skrupulatnie liczą pieniądze
Na amerykańskim rynku giełdowym górę zaczyna brać pogląd, że należy niepokoić się rosnącymi kosztami wojny USA z Iranem, która staje się coraz bardziej uciążliwa dla inwestowania w akcje. Spór o wydatki wojenne może mieć znaczenie nie tylko dla amerykańskiej polityki, ale również dla nastrojów na rynkach finansowych i dla kondycji światowej gospodarki.
Pentagon szacuje dotychczasowy koszt wojny na Bliskim Wschodzie na 37,5 miliardów dolarów i wnioskuje o kolejne 87 miliardów, z czego aż 67 miliardów miałoby zostać przeznaczone na operacje prowadzone przeciwko Iranowi. W Kongresie rośnie sprzeciw wobec zwiększania wydatków na konflikt, nie tylko w grupie Demokratów, ale także w szeregach Republikanów.
Inwestorzy z Wall Street stają się coraz bardziej skrupulatni także w liczeniu pieniędzy, którymi obracają BigTechy. Tesla w czwartek 23 lipca potaniała o prawie 15 proc., choć pochwaliła się wysokimi przychodami i zyskami. Rynek uznał, że spółka Elon Muska wydaje niepokojąco dużo na sztuczną inteligencję i pojazdy autonomiczne.
Właściciel Google'a, spółka Alphabet też podała dobre wyniki finansowe za drugi kwartał, a mimo to została przeceniona o 7 proc. W tym wypadku, niektórych uczestników rynku przeraził zamiar wydania przez firmę tylko do końca 2026 roku 205 miliardów dolarów na centra danych i rozwój AI. W rezultacie Alphabet odnotował pierwszy w swej giełdowej historii kwartał z ujemnymi wolnymi przepływami pieniężnymi.
Zawrotne inwestycje hiperskalerów
Dziś na Wall Street prym wiodą hiperskalerzy, czyli firmy dominujące w dziedzinie przetwarzania w chmurze, oferujące usługi przechowywania i analizy danych na wielką skalę. Spółki takie jak Nvidia, Microsoft, Amazon, Alphabet oraz Apple w ostatnich latach gwałtownie zwiększyły swoją wartość rynkową, a wraz z nią wagę w indeksie S&P500. Problem polega na tym, że giganci technologiczni przeznaczają rekordowe setki miliardów dolarów na rozwój sztucznej inteligencji. W kręgach inwestorów pojawiają się więc wątpliwości, czy pieniądze nie są "przepalane".
Jeszcze do 2023 roku wydatki Microsoftu, Alphabetu, Amazona, Meta czy Oracle rosły w miarę powoli, zgodnie z naturalnym rozwojem usług chmurowych. Potem nastąpił prawdziwy przełom. Krzywa inwestycji wystrzeliła, co jest uznawane za początek nowej epoki. Zdaniem wielu ekspertów, nie mamy do czynienia ze zwykłym cyklem inwestycyjnym, lecz z rewolucyjną zmianą zasad funkcjonowania branży. Prognozy sugerują, że roczne wydatki hiperskalerów w ciągu kilku lat mogą wzrosnąć z około 200 miliardów dolarów do 700 miliardów, a nawet 1 biliona dolarów. Pieniądze będą przeznaczane na budowę centrów danych, zakup procesorów graficznych, rozbudowę infrastruktury energetycznej i systemów chłodzenia.
Wielu inwestorów niepokoi fakt, że mimo rosnących przychodów czołowych firm, ich ogromne inwestycje będą w najbliższych latach pochłaniały coraz większą część generowanej gotówki. Efektem ma być dalszy wyraźny spadek wolnych przepływów pieniężnych. Najniższy poziom osiągną one prawdopodobnie w 2027 roku.
Z wielu analiz wynika jednak, że pogorszenie przepływów gotówkowych jest jedynie etapem przejściowym. Prognozy pokazują, że od 2028 roku wolne przepływy zaczną ponownie dynamicznie rosnąć, a pod koniec dekady osiągną nowe rekordy. Nie powinno więc dziwić, że liczni inwestorzy kupują dziś nie obecne wyniki finansowe, lecz przyszłą zdolność firm do monetyzacji infrastruktury AI, która właśnie powstaje. Z tą wizją polemizują pesymiści, którzy podejrzewają, że koszty rewolucji technologicznej są ciągle niedoszacowane, a osiągnięcie satysfakcjonującej stopy zwrotu z inwestycji nie będzie możliwe w najbliższych latach.
Jacek Brzeski














