W skrócie
- Statystyki pokazują, że na GPW w Warszawie, nawet jeśli maj i czerwiec są mniej udane, to lipiec i sierpień dużo lepsze. Tegoroczny maj zaczął się bardzo dobrze.
- Dziś inwestorzy bardziej biorą pod uwagę doniesienia z Bliskiego Wschodu i politykę monetarną banków centralnych niż opowieść o nieuchronnej wakacyjnej przecenie akcji.
- Na Wall Street najsłabszym miesiącem jest wrzesień, a nie maj. Jednak zarówno w Londynie jak i w Nowym Jorku sezon letni (maj-październik) zazwyczaj przegrywa z zimowym (listopad-kwiecień).
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Minął pierwszy tydzień maja, a to dla inwestorów giełdowych najwyższa pora, by odnieść się do maksymy: "Sell in May and go away" (w maju sprzedaj akcje i jedź na wakacje). Ma z niej wynikać, że w tym miesiącu należy wycofać się z inwestycji w akcje przynajmniej niektórych spółek, gdyż do końca sierpnia nie będzie można na nich zarobić.
Jeszcze kilka dni temu niektórzy komentatorzy pisali, że na GPW w Warszawie stara reguła zaczęła działać już od 17 kwietnia, gdyż przez kilkanaście dni (do 4 maja) WIG20 stracił na wartości aż 6 proc. Jednak dwie kolejne sesje przyniosły duży wzrost głównego indeksu polskiej giełdy i ton komentarzy zmienił się. Zaczęto przypominać, że w świetle wieloletnich statystyk na warszawskiej giełdzie co prawda maj i czerwiec są zazwyczaj słabsze, ale okres lipiec-sierpień dużo lepszy.
Rachunek ekonomiczny, a nie fatum
W tej chwili dominuje pogląd, że skoro WIG20 z dużą łatwością osiągnął poziom 3 500 punktów, a zaraz potem 3 600 punktów, to dalszy ruch w górę jest bardzo prawdopodobny. Na początku maja zaobserwowano duży napływ zagranicznego kapitału na GPW. Międzynarodowi inwestorzy instytucjonalni rebalansowali portfele po pierwszym kwartale i skierowali część pieniędzy na rynki wschodzące, także do Warszawy. W najbardziej optymistycznym wariancie szybki wzrost na naszej giełdzie może wywołać efekt samonapędzającej się hossy, gdyż rosnący rynek będzie jak magnes i przyciągnie kolejnych kupujących.
Ostatni dni pokazują, że giełdami na świecie w tej chwili nie rządzi fatum (wiara w spadkowy maj i słaby cały sezon letni), a raczej geopolityka. Rynki reagują na najnowsze sygnały z Waszyngtonu o możliwej deeskalacji konfliktu z Iranem. Informacja o zakończeniu ofensywnej fazy amerykańskiej operacji "Epic Fury", a następnie o wstrzymaniu "Project Freedom", jest odbierana przez inwestorów jako próba przesunięcia akcentu z presji militarnej na dyplomację. Inna sprawa, że nadal utrzymuje się obustronna blokada statków w Cieśninie Ormuz, co od wielu tygodni jest największym problemem gospodarczym świata.
Przez giełdy papierów wartościowych przeszła ostatnio fala wzrostów - objęła Seul, Warszawę, Londyn, Paryż, Frankfurt, Nowy Jork. Dla amerykańskich indeksów takich jak S&P500, Dow Jones czy Nasdaq sygnały o deeskalacji konfliktu USA-Iran są wsparciem, ponieważ niższe ceny ropy zmniejszają presję inflacyjną, ograniczają ryzyko wzrostu kosztów transportu i poprawiają warunki działania spółek przemysłowych i konsumenckich.
GPW mocna wbrew okolicznościom
Na GPW w Warszawie inwestorzy bez wątpienia czekają na normalizację sytuacji w regionie Zatoki Perskiej. Polska gospodarka jest eksportowa i energochłonna, co oznacza, że skutki wojny na Bliskim Wschodzie odczuwa szczególnie mocno. Utrzymywanie się przez dłuższy czas cen ropy naftowej na wysokim poziomie to jeden z kluczowych elementów tej ekonomicznej układanki. Droższa energia wpływa na inflację oraz koszty działalności przedsiębiorstw, co z kolei może negatywnie odbić się na wynikach krajowych spółek.
Wielu firmom notowanym na warszawskiej giełdzie okoliczności ekonomiczne i geopolityczne nie sprzyjają, a mimo to wykazują one dużą odporność. Niedawny, kilkuprocentowy spadek indeksu WIG20 nie był zwiastunem bessy, a raczej korektą w trendzie wzrostowym, którą część inwestorów wykorzystała, by zwiększyć udziały w polskich spółkach.
Na GPW nie było negatywnej reakcji na ostatnią decyzję Rady Polityki Pieniężnej o utrzymaniu względnie wysokich stóp procentowych. RPP przyjęła postawę "wait-and-see" - obserwowania sytuacji. Decydenci z NBP chcą zobaczyć, jak geopolityka przełoży się na ceny paliw, a przez to na ogólny poziom inflacji. Co więcej, nie jest wykluczone, że pod koniec tego roku dojdzie w Polsce do podwyżki stóp.
Widmo nowych podatków
Prawdą jest, że inwestorzy na giełdach papierów wartościowych nie lubią zaostrzonej polityki monetarnej. Wyższe stopy procentowe to wyższe koszty kredytu dla firm i konsumentów oraz mniej środków na inwestycje przedsiębiorstw.
Z drugiej strony, to także wyższe marże odsetkowe dla banków. Trzeba pamiętać, że "na GPW nie ma hossy bez banków". Ten sektor jest kluczowym ogniwem naszego rynku kapitałowego. Wyniki finansowe polskich banków pozytywnie zaskoczyły nawet największych optymistów, a perspektywa utrzymania lub podwyższenia stóp procentowych przez RPP na kolejnych posiedzeniach czyni tę branżę szczególnie atrakcyjną.
Analitycy giełdowi w tej chwili chyba najbardziej zaniepokojeni są zapowiedziami ministra finansów Andrzeja Domańskiego o planowanym podatku od nadmiarowych zysków. Nową daniną mają być obłożone firmy, które korzystają na wojnie na Bliskim Wschodzie. Podatek ma zniwelować ubytek dochodów budżetowych wynikający z wprowadzenia pakietu "Ceny Paliw Niżej" po ataku Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran.
To oznacza, że na celowniku rządu znalazł się przede wszystkim Orlen, czyli firma, która w ostatnim czasie jest lokomotywą hossy na GPW. Jeśli jednak każda spółka, która wypracuje nadprogramowe zyski, będzie zobowiązana do dzielenia się nimi ze Skarbem Państwa, to zmieni się kalkulacja inwestycyjna dla całego sektora przedsiębiorstw notowanych w Warszawie.
Maj to nie jest powód, by porzucać akcje
Dziś wydaje się, że zasada: "w maju sprzedaj akcje i jedź na wakacje" nie wytrzymuje konfrontacji z poważnymi powodami inwestowania na giełdach. Trzeba jednak odnotować, że jej zwolennicy uzyskane dochody trzymają w gotówce. Na rynek wracają z pieniędzmi po wakacjach lub nawet dopiero w listopadzie. Tym samym unikają trzymania akcji w miesiącach letnich. Takie zachowania mogą wynikać z zadawnionych przyzwyczajeń.
Pełną, choć rzadziej publikowaną wersją porzekadła jest: "Sell in May and go away and come back on St Leger's Day". St Leger's Day odnosi się do okresu popularnych wyścigów konnych w Wielkiej Brytanii odbywających się pod koniec września w Doncaster, których tradycja sięga 1776 roku. Maksymę tę zaadoptowali także inwestorzy amerykańscy, którzy na wakacje często wybierają się pomiędzy Memorial Day a Labor Day. Memorial Day to święto państwowe obchodzone w ostatni poniedziałek maja upamiętniające obywateli, którzy zginęli podczas odbywania służby wojskowej, a Labor Day to święto pracy, obchodzone w USA w pierwszy poniedziałek września i uznawane za nieoficjalny koniec sezonu letniego.
Jeszcze w latach 60.-80. XX wieku na giełdach zachodnich rzeczywiście obserwowano wakacyjną stagnację. Strategia była prosta - unikaj sezonowej flauty i zainwestuj ponownie, gdy wróci płynność. Jednak trendy mocno się zmieniły. Po krachu w 1987 roku rynki zaczęły zachowywać się inaczej, a długoterminowe inwestowanie - również latem - zaczęło przynosić lepsze rezultaty. Teraz liczni analitycy podkreślają, że nie jest poważne zalecanie inwestorom wycofywanie się z rynku tylko dlatego, że mamy maj.
Brytyjska giełda jest wyjątkowa
Daniel Kostecki, analityk CMC Markets Polska, przypomina, że w 2002 roku dwóch holenderskich ekonomistów, Sven Bouman i Ben Jacobsen, opublikowało w American Economic Review głośną pracę pokazującą, że reguła "Sell in May and go away" jest obecna na 36 z 37 badanych rynków na świecie.
To, że przekonanie o nieudanych wakacjach z akcjami w portfelu powstało w Wielkiej Brytanii ma swoje konsekwencje. Nigdzie tak dobrze ta reguła nie działa, jak właśnie na giełdzie w Londynie i to od stuleci. Daniel Kostecki podkreśla, że na brytyjskim FTSE sezonowa anomalia giełdowa jest potwierdzona danymi sięgającymi 1694 roku.
Od 1970 roku maj jest jednym z trzech miesięcy z ujemną średnią stopą zwrotu dla FTSE All-Share (-0,4 proc.). Pozostałe dwa to czerwiec i wrzesień. Przez ostatnie 40 lat sezon letni (maj-październik) przegrywał z zimowym (listopad-kwiecień) średnio o około 12 punktów procentowych rocznie. Strategia "Sell in May" na FTSE All-Share od 1997 roku dała +95 proc., podczas gdy "Buy in May" przyniosła stratę na poziomie -19 proc.
Daniel Kostecki zaznacza, że na Wall Street dla indeksu S&P500 maj nie jest najgorszym miesiącem. Średni zwrot maja dla S&P500 licząc od 1957 roku jest dodatni i wynosi +0,43 proc. Najsłabszym miesiącem jest wrzesień z ujemnym wynikiem rzędu -0,81 proc. W USA wyraźniejsza sezonowość pojawia się dopiero, kiedy spojrzymy szerzej. Średni zwrot dla półrocza listopad-kwiecień to +1,10 proc. miesięcznie, a dla okresu maj-październik +0,32 proc.
Analityk CMC Markets podkreśla, że najmocniejsze miesiące dla S&P500 to listopad, kwiecień, grudzień i styczeń. Co szczególnie ciekawe, z wieloletnich statystyk wynika, że w Stanach Zjednoczonych po bardzo mocnych giełdowych kwietniach, maj wcale nie był słaby. Wręcz przeciwnie, przynosił kontynuację wzrostów.
Jacek Brzeski















