W skrócie
- Bank of America przewiduje, że S&P500 do końca tego roku spadnie do 7 100 punktów, choć nie przeczy, że niektóre spółki nadal są atrakcyjnymi celami inwestycyjnymi.
- Citigroup zaktualizował prognozę dla indeksu S&P500 na koniec 2026 roku, podnosząc ją z 7 700 do 8 100 punktów. Przyczynami hossy mają być solidne wyniki amerykańskich spółek oraz utrzymujący się popyt na inwestycje związane ze sztuczną inteligencją.
- Rentowności obligacji skarbowych USA wzrosły tak bardzo, że ich rynek wart 31 bilionów dolarów wywiera presję na Fed, by ten podwyższał stopy, ku utrapieniu inwestujących w akcje na Wall Street.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Bilans ostatnich dni na Wall Street jest tak zły, że znów do głosu dochodzą pesymiści od dawna wieszczący wielką bessę. Tydzień temu S&P500 był na poziomie 7 600 punktów, po czym szybko osunął się w okolice 7 300 punktów.
Głównemu indeksowi giełdy nowojorskiej zaszkodziły majowe dane z gospodarki USA. Na rynku pracy zanotowano wzrost zatrudnienia o 172 tysiące osób, czyli dwukrotnie większy, niż zakładali analitycy. Z drugiej strony, inflacja konsumencka wzrosła do 4,2 proc., czyli poziomu najwyższego od 3 lat. Z tych dwóch powodów rynek błyskawicznie zaczął wyceniać scenariusz, w którym Rezerwa Federalna podwyższy stopy procentowe, być może już w październiku. Zaostrzona polityk monetarna nigdy nie jest sprzymierzeńcem giełdy.
Coraz więcej sygnałów alarmowych
Wielu komentatorów jest zdania, że indeks S&P500 jest wręcz "groteskowo przewartościowany". Słynny wskaźnik Warrena Buffetta, mierzący kapitalizację rynku akcji w stosunku do PKB, nigdy nie był wyższy. Zapewne z tego powodu Berkshire Hathaway, konglomerat legendarnego inwestora, zwiększył swoje zasoby gotówki do niemal 400 miliardów dolarów. Wszystko wskazuje na to, że "Wyrocznia z Omaha" schodzi z drogi niebezpieczeństwu.
O tym, że wyceny na Wall Street stały się trudne do uzasadnienia przekonani są eksperci Bank of America. Zespół analityków pod kierownictwem Savity Subramanian radzi inwestorom realizować zyski z amerykańskich akcji. Bank of America przewiduje, że S&P500 do końca tego roku spadnie do 7 100 punktów, choć nie przeczy, że niektóre spółki nadal są atrakcyjnymi celami inwestycyjnymi.
Zespół Savity Subramanian policzył, że spośród wszystkich parametrów giełdowych aż 70 procent zapowiada bessę. Indeks S&P500 okazał się statystycznie drogi według 17 z 20 wskaźników, a w przypadku ośmiu z nich poziomy są typowe dla bańki technologicznej. Analitycy zwracają uwagę na oznaki nadmiernej spekulacji. Spółki o wysokich wskaźnikach C/Z (cena/zysk) bardzo wyraźnie górują nad tymi, które mają niskie mnożniki, co jest sygnałem przegrzania.
W tej sytuacji rekordowe poziomy indeksu S&P500 są mylące, gdyż w ostatnich trzech miesiącach rozpiętość zwrotów z inwestycji między najlepszą a najgorszą dziesiątą częścią spółek wzrosła do największej od czasu pandemii. Część wskaźników dla branży technologicznej pozostaje zdrowa, w tym poziom zadłużenia, wyceny oraz kapitałochłonność. Większość z nich pogorszyła się jednak od czasu analizy opublikowanej w listopadzie 2025 roku.
Lekcja z bańki dot-comów
Michael Hartnett z Bank of America obecną hossę na Wall Street bez ogródek nazwa bańką. Podkreśla, że choć S&500 bije rekordy, to o nowych historycznych osiągnięciach przesądza zaledwie 21 spółek, czyli około 4 proc. indeksu. Dokładnie tyle samo było w marcu 2000 roku, w szczycie bańki internetowej. Hartnett parafrazuje starą maksymę barona Rothschilda, mówiąc, że "dziś trąby ogłaszające sprzedaż brzmią wyjątkowo głośno".
Jednocześnie analityk Bank of America ostrzega inwestorów przed pochopną redukcją pozycji, wskazując dwa powody zachęcające do cierpliwości. Po pierwsze, w kolejce do debiutów giełdowych czeka około 3 bilionów dolarów w akcjach SpaceX, Anthropic i OpenAI. Historia pokazuje, że nikt nie tnie długich pozycji tuż przed taką falą IPO. Po drugie, nie ma jeszcze silnego zaostrzenia polityki pieniężnej, które zwykle poprzedzało największe krachy. Inna sprawa, że Hartnett spodziewa się w nadchodzących miesiącach wzrostu inflacji konsumenckiej nawet do 5 proc., co będzie zmuszało Fed do podwyższania stóp procentowych.
Hartnett odwołuje się czterech wielkich krachów - od amerykańskiego kryzysu sprzed stu lat, przez Japonię końca lat osiemdziesiątych, dot-comy z 2000 roku, po Chiny z lat 2006-07. Wzorzec za każdym razem był podobny - sektory spóźnione w fazie hossy przejmowały przywództwo po załamaniu rynku. Dziś maruderami pozostają walory defensywne, reprezentujące branże dóbr podstawowych, finansów czy opieki zdrowotnej.
Zdaniem Michaela Hartnetta, to one mogą wyjść obronną ręką z kryzysu, a przywództwo w obszarze sztucznej inteligencji przesunie się od dzisiejszych gigantów technologicznych ku mniejszym spółkom korzystającym z tej technologii. Analityk Bank of America zwraca uwagę na fakt, że ceny akcji aż 222 spółek z S&P500 lokują się co najmniej 20 proc. poniżej swoich maksimów. Właśnie te dziś niedoceniane walory mogą okazać się największymi wygranymi po ewentualnym krachu.
To może być światowy kryzys
Wielu ekonomistów widzi duże zagrożenia dla giełd na całym świecie, a nie tylko w USA. Globalny dług publiczny przekroczył 360 bilionów dolarów, a rentowności obligacji stały się niezwykle wysokie. Światowy rynek państwowych papierów dłużnych ma wartość 145 bilionów dolarów i jest o 20 bilionów większy od rynku akcji.
Rentowności papierów dłużnych - amerykańskich, brytyjskich, niemieckich, włoskich, czy japońskich - wspinają się do najwyższych poziomów od dziesięcioleci. Rentowności rosną, gdy popyt, cena i zaufanie do obligacji rządowych spadają. To gasnące zaufanie ma bezpośredni związek z poziomem długu publicznego USA, który osiągnął 40 bilionów dolarów.
Dochodowości wrażliwych na politykę pieniężną amerykańskich dwuletnich papierów skarbowych wzrosły do najwyższego poziomu od ponad roku. Przy rentowności dwulatek wynoszącej około 4,15 proc. notowana jest wyraźna jej przewaga nad obecnym przedziałem stóp Fed na poziomie 3,5-3,75 proc. Ta rozbieżność narasta od marca.
Z kolei rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA wzrosła o 75 punktów bazowych w ciągu kilku miesięcy, mimo że Rezerwa Federalna w tym roku ani razu nie podniosła stóp procentowych. Wszystko to oznacza, że wart 31 bilionów dolarów rynek obligacji skarbowych w USA wywiera presję na Fed, by ten podwyższał stopy, ku utrapieniu inwestorów na rynkach akcji.
Ameryka w pętli długów
Stany Zjednoczone wydają już 50 proc. swoich rocznych wpływów podatkowych wyłącznie na spłatę odsetek od zadłużenia, a deficyt obrotów bieżących utrzymuje się na niebezpiecznym poziomie 7 proc. Dawni nabywcy amerykańskich obligacji teraz pozbywają się ich na wielką skalę.
Japonia, największy na świecie właściciel długu USA, sprzedała w pierwszym kwartale 2026 roku więcej papierów skarbowych niż łącznie przez poprzednie cztery lata. Chiny posiadały niegdyś ponad 1,3 biliona dolarów w obligacjach Jankesów, a dziś mają mniej niż 650 miliardów. W tej sytuacji Amerykanie nie mają wyboru - lukę między dochodami, a wydatkami można wypełnić jedynie kolejnymi bilionami "drukowanych" dolarów, a to nieuchronnie dewaluuje walutę.
Nie wszystko stracone
Choć Stany Zjednoczone zderzają się z tak wieloma problemami ekonomicznymi, to są renomowane instytucje finansowe, które spodziewają się powrotu hossy na Wall Street. Nawet jeśli w najbliższym czasie miałoby dojść do poważnej korekty spadkowej.
Eksperci Citigroup pod kierownictwem Davida Chew wskazują na agresywny wzrost pozycji krótkich na rynku amerykańskich akcji. Innymi słowy, rośnie grupa inwestorów przekonanych, że zarobią na spadku cen. Z drugiej strony, ci sami analitycy podkreślają, że w ostatnich tygodniach inwestorzy zwiększali zaangażowanie w akcje, głównie za pośrednictwem funduszy giełdowych. Zachętą były między innymi coraz bardziej optymistyczne doniesienia o możliwym zakończeniu wojny z Iranem - jak dziś wiemy, niezbyt wiarygodne.
Mimo to bank Citigroup zaktualizował swój cel dla indeksu S&P500 na koniec 2026 roku, podnosząc go z 7 700 do 8 100 punktów. Rewizję ogłoszono 8 czerwca, powołując się na solidne wyniki korporacyjne oraz utrzymujący się popyt na inwestycje związane ze sztuczną inteligencją.
Strateg banku, Scott Chronert, oparł nową prognozę na przewidywanym zysku na akcję (EPS) na poziomie 350 dolarów w 2026 roku. Na przyszły rok przedstawił wstępny szacunek sięgający 400 dolarów na akcję. Jego zdaniem, wydatki na infrastrukturę AI (centra danych, chipy, oprogramowanie) ciągle napędzają wzrost zysków w sektorach technologicznym i nastawionym na wzrost.
Z prognozy Citigroup wyłania się obraz rynku, który ma przed sobą następny rok nad kreską pod warunkiem, że AI nie zawiedzie jako koło zamachowe gospodarki. Citi w sposób obrazowy przyznaje, że nie jest pewne, czy wzrost napędzany przez AI utrzyma się na dłuższą metę. "Musimy uznać, że po 2027 roku pewien stopień spowolnienia, a może nawet spadku wydatków ostatecznie doprowadzi do efektu kaca na rynku akcji" - napisano w notatce bankowej.
Trzeba tu dodać, że przewidywania Citigroup są wyjątkowe zbieżne z prognozami Goldman Sachs. Ten bank także podniósł własny cel dla S&P500 z 7 600 do 8 000 punktów. Jednocześnie zwiększył szacunki EPS do 340 dolarów w 2026 roku i do 385 dolarów w 2027 roku.
Jacek Brzeski














