W skrócie
- Na Wall Street wielu inwestorów wychodzi z pieniędzmi z sektora półprzewodników i oprogramowania. Problem polega na tym, że biliony dolarów wycofane ze spółek technologicznych nie są w stanie znaleźć innych atrakcyjnych branż.
- Amerykańska Rezerwa Federalna wstrzymuje się z obniżkami stóp procentowych. Kapitał nadal jest drogi, a to negatywnie wpływa na giełdowe wyceny wielu kluczowych firm.
- Wielką konkurencją dla akcji amerykańskich spółek jest teraz dolar, a jeszcze bardziej obligacje skarbowe USA. Wojenny wzrost zapotrzebowania na kapitał sprawił, że Stany Zjednoczone muszą oferować inwestorom wyższe odsetki od papierów dłużnych.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
S&P500, główny indeks giełdy nowojorskiej, miał fatalny cały poprzedni tydzień. Spadł w tym czasie z 6 600 do 6 370 punktów, a zaraz po niedzieli obniżył loty do 6 340 punktów. Zaledwie dwa miesiące temu S&P500 ustanawiał historyczny rekord na poziomie 7 tysięcy punktów. Specjaliści analizy technicznej ostrzegają, że momentem krytycznym może być spadek do około 5 927 punktów, czyli cofnięcie się do połowy wzrostu, który rozpoczął się w kwietniu 2025 roku.
Także na giełdzie w Warszawie zarysował się zły trend. WIG20 po wielu spadkowych sesjach w marcu wrócił do poziomu z początku tego roku. Według niektórych analityków GPW w ostatnich tygodniach pokazała, że jest nieco bardziej odporna niż giełda w Nowym Jorku. Być może część kapitału wycofanego z Wall Street przeniesie się na rynki wschodzące. Nie jest jednak pewne kiedy globalni inwestorzy znów zaczną optymistycznie podchodzić do akcji ogółu spółek, także innych niż amerykańskie.
Nawet Nvidia nie zachwyca
Na rynkach akcji dominuje niepewność. Trwałe zamknięcie Cieśniny Ormuz i Cieśniny Bab al-Mandab może odciąć 25 proc. światowych dostaw ropy, wywołując impuls inflacyjny porównywalny z pandemią koronawirusa. Globalnej gospodarce grozi kryzys w postaci paraliżu łańcuchów dostaw. Z kolei konsumenci na niemal całym świecie jeszcze nie zdążyli odbudować oszczędności po fali niedawnej inflacji, a już muszą martwić się, że ceny znów ruszą w górę, zwłaszcza gdy notowania ropy będą utrzymywać się powyżej poziomu 100 dolarów za baryłkę.
Na Wall Street maleje fascynacja sztuczną inteligencją - kapitał wychodzi z sektora półprzewodników i oprogramowania. Problem polega na tym, że biliony dolarów wycofane z firm technologicznych nie są w stanie znaleźć innych atrakcyjnych branż - spółki przemysłowe są już po hossie, a sektor wydobywczy po wzrostach cen złota i srebra.
Nawet firmy zbrojeniowe nie wydają się być dobrymi celami inwestowania. Przez świat przetoczyła się już bowiem fala podwyższonych nakładów na obronność i infrastrukturę. To sprawia, że akcje takich gigantów jak Raytheon czy Lockheed Martin nie zareagowały skokowym wzrostem wartości po wybuchu najnowszej wojny na Bliskim Wschodzie.
O tym, jak bardzo zmieniły się nastroje na Wall Street, świadczą notowania Nvidii - spółki będącej symbolem rewolucji sztucznej inteligencji. To z czego słynęła w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy to dynamiczne wzrosty kapitalizacji, imponujące wyniki finansowe i dominująca pozycja w sektorze półprzewodników.
Akcje Nvidii w 2025 roku zanotowały spektakularny rajd - cena jednostkowa wzrosła ze 120 do 212 dolarów. Hossa napędzana była zapotrzebowaniem na układy GPU, wykorzystywane w centrach danych oraz modelach AI. Jednak ostatnie tygodnie przyniosły wyraźną zmianę trendu. Kurs akcji spółki wszedł w fazę korekty i obniżył loty do 165 dolarów, co oznacza, że spadek liczony od historycznego szczytu przekroczył 20 proc.
Fed rozczarowuje inwestorów i prezydenta
Na przykładzie Nvidii widać jak bardzo polityka monetarna amerykańskiej Rezerwy Federalnej wpływa na decyzje inwestorów. Lęk decydentów Fed przed kolejną falą inflacji sprawia, że cykl obniżek stóp procentowych został wstrzymany. Utrzymywanie wysokich stóp sprawia, że nadal drogi jest kapitał, co negatywnie wpływa na wyceny spółek wzrostowych, takich jak Nvidia. "Król półprzewodników" swoją wartość opiera bowiem głównie na przyszłych przepływach pieniężnych i dużych inwestycjach.
Rezerwa Federalna znalazła się między nową presją inflacyjną a żądaniami prezydenta USA, który domaga się redukcji stóp procentowych. Zwłaszcza teraz, gdy trwa wojna na Bliskim Wschodzie, Donald Trump żąda obniżenia ceny pieniądza. Chce bowiem ograniczyć koszty obsługi amerykańskiego długu publicznego, który wzrósł już do 39 bilionów dolarów. Każdy dzień konfliktu z Iranem kosztuje amerykańskich podatników prawie 900 milionów dolarów, a zwiększający się przy tej okazji dług może wymknąć się spod kontroli.
W ocenie Trumpa niższe stopy miałyby też pobudzić wzrost gospodarczy, wesprzeć rynek mieszkaniowy oraz poprawić sytuację na giełdzie. Ogół inwestorów jest przekonany, że w najbliższych miesiącach Rezerwa Federalna nie spełni oczekiwań prezydenta. Kontrakty rynkowe wyceniają wyższe stopy na koniec roku od przewidywanych przez członków Fed.
Jednak Mike McGlone, starszy strateg makroekonomiczny w Bloomberg Intelligence, nie jest przekonany, czy amerykański bank centralny długo wytrwa przy "jastrzębiej" polityce pieniężnej. Podkreśla, że Fed co prawda nie może ignorować faktu, że wysokie ceny ropy naftowej tworzą presję inflacyjną, ale musi liczyć się także z ryzykiem recesji gospodarczej, a ta wymaga luzowania monetarnego.
Mike McGlone zakłada, że Fed nawet przy rosnącej inflacji podejmie decyzję o obniżeniu stóp procentowych, gdy rynek akcji zacznie się załamywać. Przypomina, że kapitalizacja giełdy nowojorskiej jest ponad 2 razy większa od PKB Stanów Zjednoczonych, co czyni ją kluczowym parametrem dla całej gospodarki.
Obligacje wygrywają ze złotem
Konflikt Izraela i Stanów Zjednoczonych z Iranem zachęcił inwestorów do kupowania amerykańskiego dolara i obligacji skarbowych USA. Głównie z tego powodu popyt na akcje notowane na Wall Street jest teraz mniejszy. Wojenny wzrost zapotrzebowania na kapitał sprawił, że Stany Zjednoczone muszą oferować inwestorom wyższe odsetki od papierów dłużnych. W konsekwencji rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA osiąga wartość około 4,40 proc., czyli najwyższą od lipca 2025 roku.
Wzrost rentowności obligacji skłonił wielu inwestorów do realizacji zysków osiągniętych w minionym roku między innymi na złocie. Obserwowana w ostatnim czasie przecena "królewskiego metalu" wynika więc także z faktu, że złoto zostało uznane za mniej atrakcyjne od lokowania pieniędzy na rynku długu. Do kupienia obligacji potrzebne są dolary, co w naturalny sposób zwiększyło popyt na walutę Amerykanów i wywindowało jej kurs.
Rentowności amerykańskich obligacji skarbowych wzrosły tak bardzo, że zbliżyły się do poziomów, które w przeszłości wywoływały silne turbulencje na rynkach akcji. Trzeba pamiętać, że 10-letnie papiery dłużne USA stanowią najważniejszy globalny punkt odniesienia dla tzw. stopy wolnej od ryzyka. To oznacza, że ich rentowność wpływa na wycenę aktywów na całym świecie - od kredytów hipotecznych, przez finansowanie przedsiębiorstw, aż po wartość akcji na giełdach.
Jeżeli instrument uznawany za praktycznie wolny od ryzyka zaczyna oferować coraz wyższy zwrot, część kapitału odpływa z rynku akcji. Dla inwestorów szczególnie ważna jest konkurencja między obligacjami a akcjami dywidendowymi. Gdy papiery rządowe zaczynają dawać około 4,5 proc., wiele spółek wypłacających dywidendy (zazwyczaj na poziomie około 3 proc.) traci na atrakcyjności.
W takich warunkach duża grupa inwestorów decyduje się sprzedać akcje i przenieść kapitał do obligacji zapewniających wyższy i bardziej przewidywalny dochód. Tu trzeba przypomnieć, że w USA jesienią 2023 roku rentowność papierów skarbowych wzrosła do poziomu 5 proc. Efektem była 10-procentowa korekta indeksu S&P500, do której doszło w ciągu zaledwie kilka tygodni. Właśnie dlatego wielu analityków nazywa poziom 5 proc. psychologicznym i ekonomicznym progiem bólu dla rynku akcji.
Jacek Brzeski















