W skrócie
- Aakash Doshi, analityk State Street Investment Management, uważa, że utrzymanie poziomu 4 tysięcy dolarów za uncję złota w trakcie tegorocznej korekty, a następnie powrót w rejon 4600-4700 dolarów, to dowód, że mamy rynek byka.
- Zdaniem Johna LaForge’a z Ned Davis Research, w tych czasach inwestorzy co najmniej 10 proc. swoich portfeli powinni przeznaczać na aktywa alternatywne. Około 5 proc. miałoby przypadać na złoto, 3 proc. na szeroki koszyk surowców, a 2 proc. na bitcoina.
- Thomas Kaplan, miliarder znany z tego, że w 2007 roku wyszedł z rynku akcji tuż przed światowym krachem, spodziewa się wielkiego skoku cen złota. Widzi wiele podobieństw między obecną sytuacją rynkową, a przedkryzysową 19 lat temu.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Sierpień przyniósł duży wzrost cen złota. Pod koniec lipca uncja kosztowała 4 tysiące dolarów, a miesiąc później około 4500. Sierpniowym szczytem była cena powyżej 4700 dolarów - wysoka, ale i tak wyraźnie poniżej historycznego rekordu ze stycznia tego roku, kiedy za uncję płacono ponad 5600 dolarów.
Specjaliści analizy technicznej twierdzą, że po tym jak złoto ustabilizowało się powyżej poziomu 4400 dolarów, definitywnie zakończyła się półroczna korekta spadkowa.
Tegoroczne notowania kruszcu wydają się jednak potwierdzać regułę, do której przywiązani są niektórzy komentatorzy ekonomiczni - to nie złoto drożeje, tylko dolar tanieje.
Pod koniec stycznia, gdy złoto było ekstremalnie drogie, dolar kosztował tylko 3,50 zł. Dla odmiany, w ostatnich dniach sierpnia cena "królewskiego metalu" spadała wraz z tym, jak kurs dolara rósł z 3,68 do 3,74 zł.
Szef Fed zaniepokoił inwestujących w złoto
Walutę Amerykanów umocnił (a cenę złota obniżył) prezes Fed Kevin Warsh swoimi wypowiedziami na dorocznym sympozjum bankowców w Jackson Hole. Oznajmił, że doprowadzenie do niskiej inflacji pozostaje głównym zadaniem Rezerwy Federalnej i był niezadowolony z tempa osiągania 2-procentowego celu inflacyjnego.
Zaraz potem wyceny rynkowe CME FedWatch podniosły prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA po wrześniowym posiedzeniu Fed z 35,4 proc. aż do 57 proc.
Nie ulega wątpliwości, że na sierpniowy wzrost ceny złota duży wpływ miała niebezpieczna sytuacja fiskalna Stanów Zjednoczonych. Zadłużenie publiczne przekroczyło 40 bilionów dolarów, a rentowność obligacji 30-letnich osiągała pułap 5,3 proc. i była najwyższa od 19 lat.
W efekcie Departament Skarbu ogłosił, że od 9 września podwoi skalę skupu papierów długoterminowych z 2 miliardów dolarów do co najmniej 4 miliardów w każdej operacji.
Nabywanie własnych obligacji podbija ich cenę, a to obniża oprocentowanie kolejnych emisji. Mechanizm działania jest prosty - rząd USA odkupuje część długu w postaci papierów długoterminowych, by ciężar finansowania przenieść na krótkoterminowe bony skarbowe.
ZOBACZ TAKŻE: To nie są dobre wieści dla ministra finansów. "Szóstka" straszy na rynku
Świat coraz bardziej zadłużony
Liczni ekonomiści zakładają, że z czasem rynki będą tracić cierpliwość do dolara, a inwestorzy poszukiwać bardziej bezpieczniejszych aktywów, takich jak złoto. Kapitały nie będą bowiem w stanie ignorować amerykańskiego długu federalnego, który przewyższając 40 bilionów dolarów stanowi około 123 proc. PKB i jest największy po II wojnie światowej. Same koszty odsetkowe to rocznie ponad 1,2 biliona dolarów z budżetu, a to więcej niż gigantyczne wydatki Stanów Zjednoczonych na obronność.
Aakash Doshi, analityk State Street Investment Management, podkreśla, że pogorszenie kondycji finansów publicznych oraz rosnące długoterminowe koszty obsługi długu stały się problemem globalnym. Dotyczą na przykład Europy z Wielką Brytanią na czele i Japonii. W wielu krajach ogromna jest skala zadłużenia oraz rozmiar wydatków fiskalnych ponoszonych w okresach pozarecesyjnych.
Dobre prognozy dla kruszcu
Aakash Doshi uważa, że utrzymanie poziomu 4 tysięcy dolarów za uncję złota w trakcie tegorocznej korekty, a następnie powrót w rejon 4600-4700 dolarów, to dowód, że mamy rynek byka.
W bazowym scenariuszu State Street przyjęto przedział 4750-5500 dolarów za uncję na początku najbliższej zimy.
Doshi argumentował pod koniec sierpnia, że "ewentualny gołębi zwrot w polityce monetarnej Fed" może wywindować cenę uncji złota do 5 tysięcy dolarów już w czwartym kwartale tego roku.
Inna sprawa, że po ostatnich wypowiedziach szefa Rezerwy Federalnej Kevina Warsha scenariusz obniżania stóp procentowych w USA jest bardzo mało prawdopodobny. Analityk State Street Investment Management siłę złota dostrzega też w ciągle wysokim popycie fizycznym ze strony banków centralnych rynków wschodzących oraz w rekordowych zakupach chińskich inwestorów detalicznych.
Historia uczy, że wyższe rentowności obligacji (tak jak teraz w USA) działały przeciw kruszcowi, bo podnosiły koszt alternatywny trzymania złota, który swoim właścicielom nie wypłaca żadnych procentów.
Jednak Aakash Doshi przekonuje, że dziś rentowności papierów dłużnych przestały szkodzić "królewskiemu metalowi", ponieważ ich wzrost wynika z żądania wyższej premii terminowej za pogarszającą się wiarygodność fiskalną, a nie z przyspieszenia gospodarczego. W takich okolicznościach posiadanie złota przestaje być kwestią kosztu alternatywnego, a staje się ochroną siły nabywczej.
To może być supercykl złota
Aakash Doshi widzi drogę do osiągnięcia przez uncję cenowego pułapu 10 tysięcy dolarów. Nie jest ona jednak prosta i zależy od reakcji rynków finansowych na narastającą presję fiskalną w wielu krajach. Zdaniem analityka, owe 10 tysięcy dolarów nie wymagałoby skrajnej zmiany proporcji rynkowych.
Złoto stanowi wciąż mniej niż 1 proc. aktywów światowych funduszy giełdowych i inwestycyjnych. Gdyby udział ten wzrósł do 3 proc., stworzony w ten sposób dodatkowy popyt wywołałby gwałtowny wzrost ceny metalu.
Narastające zadłużenie, z którym nie potrafią poradzić sobie liczne rządy, jest napędem dla cen złota także w opinii Johna LaForge'a z Ned Davis Research. Jego zdaniem, rynki światowe są dopiero w połowie supercyklu surowcowego, a jego kulminacja może nastąpić za 6-7 lat.
Zapytany, czy inwestorzy powinni wypatrywać 8 tysięcy, 10 tysięcy, a nawet 12 tysięcy dolarów za uncję złota, LaForge odpowiedział, że kluczowy jest kierunek, a nie z góry ustalony punkt dojścia. Dodał jednak, że wciąż możliwe są kolejne lata wzrostu ceny kruszcu, ponieważ nie dostrzega woli politycznej rozwiązania globalnego problemu zadłużenia.
ZOBACZ TAKŻE: Ceny w Europie przebiły kolejną barierę. Tak drogo nie było od 2023 roku
Banki centralne stawiają na ten metal
Analityk Ned Davis Research wskazuje na ogromną rolę banków centralnych jako strukturalnego źródła popytu na złoto. Instytucje te w ostatnich latach zmieniły ocenę bezpieczeństwa tradycyjnych aktywów rezerwowych. Proces przyspieszył po inwazji armii Putina na Ukrainę w 2022 roku i zamrożeniu rosyjskich rezerw dewizowych.
Według LaForge'a, tamten epizod uświadomił bankierom centralnym, że aktywa przechowywane wewnątrz globalnego systemu kredytowego są bardzo narażone na decyzje polityczne. Złoto jest natomiast jednym z nielicznych aktywów na okaziciela, które można fizycznie posiadać poza tym systemem.
W ocenie Johna LaForge'a, w tych czasach inwestorzy co najmniej 10 proc. swoich portfeli powinni przeznaczać na aktywa alternatywne. Około 5 proc. miałoby przypadać na złoto, 3 proc. na szeroki koszyk surowców, a 2 proc. na bitcoina.
Ten bank obniżył prognozę dla złota
Inwestujący w metale szlachetne spotykają się jednak z rozbieżnymi poradami ekspertów. Niektóre instytucje finansowe w prognozowaniu cen złota stały się ostatnio bardzo ostrożne, do tego stopnia, że nie widzą szybkiego powrotu do rekordowych 5600 dolarów za uncję ze stycznia tego roku.
Wczesną wiosną bank UBS na koniec 2026 roku przewidywał 5900 dolarów za uncję. Teraz jednak zapowiada 5400 dolarów w perspektywie najbliższych 12 miesięcy. Analitycy UBS wskazują na ryzyko utrzymania się wysokich rentowności obligacji skarbowych i siły dolara. Z drugiej strony, spodziewają się ciągle wielkiego popytu na złoto ze strony banków centralnych, co będzie sprzyjać wzrostowi cen metalu.
Ekonomiści banku UBS dopuszczają, że w krótkim terminie dolar znajdzie wsparcie w napięciach na Bliskim Wschodzie i w wysokich cenach ropy, co powstrzyma aprecjację złota. Jednak ich zdaniem, "uwaga inwestorów wyraźnie przesuwa się w stronę długoterminowego odchodzenia od amerykańskiej waluty, a impulsem do tego są odnowione obawy o kondycję finansów publicznych USA".
Innymi słowy, rynki liczą się z postępującą dedolaryzacją, czyli zmianą struktury rezerw walutowych niekorzystną dla "zielonego".
Złoto w roli "bezpiecznej przystani"
Niezwykle optymistyczną, a zarazem futurystyczną, prognozę dla złota przedstawia Thomas Kaplan, miliarder znany z tego, że w 2007 roku wyszedł z rynku akcji tuż przed światowym krachem. "Widzę, jak złoto bez problemu dochodzi do 30, 40, 50 tysięcy dolarów" - oznajmił Kaplan. Taki skok ceny uncji kruszcu szef Electrum Group uznaje za nieunikniony, choć nie podaje ram czasowych.
Thomas Kaplan osiągnął wielki majątek inwestując w surowce i metale szlachetne. W 2007 roku sprzedał spółkę energetyczną Leor Energy, po czym postawił na gotówkę tuż przed kryzysem finansowym. O tamtej decyzji mówi, że podjął ją, bo na rynkach było zbyt dobrze i panował nadmierny optymizm. Dodaje, że dzisiejsza sytuacja w pewnych aspektach przypomina tę sprzed 19 lat.
Argumentację Kaplana przywołują liczni dzisiejsi pesymiści rynkowi. Dodają, że inwestycyjna koncentracja na Wall Street osiągnęła rekordowe poziomy, ponieważ 10 największych spółek odpowiada za prawie 41 proc. indeksu S&P500, wobec 26,6 proc w szczycie bańki internetowej ćwierć wieku temu. W dodatku, jak podaje Fed, akcje stanowią około 41,6 proc. aktywów finansowych amerykańskich gospodarstw domowych, wobec 38,4 proc. w 2000 roku.
Jacek Brzeski











